„Hamlet” Williama Shakespeare'a w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hubnera w Warszawie i „Kofman. Podwójne wiązanie” Janusza Margańskiego i Moniki Muskały w reż. Katarzyny Kalwat w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Jacek Sieradzki w „Odrze”.
Podchodzi na przód sceny, zaczyna: Być… Witają go śmieszki młodych widzów. No tak, bo to, by tak rzec, memiczny tekst. Hamlet, młody aktor Antek Sztaba, to swój chłop, kontaktowy, trochę jajcarski. Daje sobie z miejsca spokój z monologiem; swoimi słowami sunie do widzów prostą perswazję. Co byście zrobili, jakby ktoś powiedział, że na skutek działań władzy zabito wam najbliższą osobę? Zostalibyście terrorystami? Tak to mniej więcej leci, nie do końca zgodnie z sensem Szekspirowskiej tyrady. Której końcówkę aktor zresztą po chwili dopowiada, trochę niepotrzebnie, skoro zabrzmiało już i jej streszczenie, i komunikat, że w te kilkanaście wersów nie ma się co tak znowu wsłuchiwać.
Siedzę z tyłu i myślę po dziadersku, czy miła młodzież z widowni warszawskiego Powszechnego będzie miała jakąś gdzieś okazję dowiedzieć się/przekonać, że sztuka to też forma, nie tylko treść. Że forma jest składową treści. Że liczy się nie tylko to, co mówi przekaz, ale i to, jak mówi, jakimi słowami, intonacją, rozłożeniem akcentów. Że na tym polega poezja sceniczna, a, cokolwiek myśleć, Szekspir jest poezją, niekiedy nieznośną w manieryzmie, ale poezją. I streszczanie własną prozą monologu Hamleta jest tym samym, co czytanie internetowego bryka zamiast oryginału. Da się tak zaliczyć maturę, obcować ze sztuką nie bardzo. Ale skoro mamy tu tak mocne przymierze artystów z ich młodym targetem w kwestii traktowania starego Willa, to co komu po moim zrzędzeniu?
Przeczytałem wywiad z Maciejem Nowakiem w „Notatniku Teatralnym”. Obecny dyrektor poznańskiego Polskiego chwali się tam liczbą młodych reżyserów, których wypromował. Słusznie, ma się czym chwalić. Gdy jednak Jan Klata swego czasu zaproponował mu tragedię na „H” w gdańskich postoczniowych przestrzeniach nieco się, powiada, przestraszyłem, bo przecież jak to – młody człowiek i „Hamlet”, najważniejszy tekst, jaki można pokazać w teatrze – ale nie było już odwrotu. No tak, Maciej, choć człek ode mnie sporo młodszy, jeszcze miał okazję, jak mniemam, zetknąć się z artystami starej daty, którzy mogli mu mówić, że Hamleta na razie nie robią, bo za wcześnie, do tego tekstu trzeba dojrzeć, zwyczajnie, życiowo dojść. Dziś takie myślenie jest dziwactwem, także za sprawą Nowaka, i nie ma na to rady.
Ale wynika z tego i to, że Kamilowi Białaszkowi, któremu przypadł w udziale ów Hamlet w Powszechnym, nie tylko tekst Szekspira, ale i sam przebieg, fabuła dramatu, zda się czystym zawracaniem głowy. Pańszczyzną. Interesują go głównie okazje do dygresji. Czasem jeszcze cienką nitką, powiązanych z opowieścią – jak scena w sypialni matki, gdzie grająca Gertrudę Anna Ilczuk ochrzania syna z góry na dół za, mówiąc najogólniej, hamletyzowanie, czyli ucieczkę od działania. Śmiem podejrzewać, że aktorka czyni to własnym tekstem (kiedyś tak u Krystiana Lupy wchodziła ze spektaklem w osobistą polemikę). Ale to, że u stóp matki i syna wala się trup Poloniusza, jest już obojętne. Inne dygresje odjeżdżają szmat drogi od utworu. Na środku stoi wielki sedes; gdy ci, co na górze, defekują, to maluczkim też coś skapie. Taka, ot, kloaczna satyra na ten okropny kapitalizm.
W finale postać, która może jest Fortynbrasem, dzieli się z widownią pomysłem na uratowanie świata. Trzeba tylko zakazać dziedziczenia majątku. Ludzie dobrze zarabiający będą musieli zarobione wydać za życia, bo inaczej wszystko im się zmarnuje. Zniknie więc obsesja gromadzenia dóbr, także po trupach, przez konflikty, wojny, etc. Fajny felieton, utopijna igraszka myślowa, parę mechanizmów obnażająca. Ale co ma wspólnego z resztą przedstawienia? Z tymi trzema godzinami, na które fatygowano na warszawską Pragę pana Williama Shakespeare’a, a pospołu i nas?
*
Bania z Hamletami rozbiła się w polskim teatrze w ostatnich miesiącach. Główny konkurs Festiwalu Szekspirowskiego na przełomie lipca i sierpnia, bój o Złotego Yoricka rozegra się między trzema opowieściami o duńskim księciu: tą, o której była mowa, przekładem na język śląski w teatrze katowickim (reż. Robert Talarczyk) i jeszcze wersją zza gorącej miedzy, czyli z Teatru Zagłębia w Sosnowcu (reż. Jacek Jabrzyk). Rozumiem, że taki to sezon, ale może by festiwal wydał jakąś broszurę, przystępnie uświadamiającą teatralnemu światu, że ten facet ze Stratfordu napisał trzydzieści parę dramatów i inne też warto przeczytać, a nuż się przydadzą. Choćby na kanwę do dygresji.
Nie mam podstaw do wypowiadania się o hamletowskim pakiecie, bo znacznej jego części nie widziałem; co się da, nadrobię. Jeden wszakże drobiazg mnie nurtuje i nawet zagadnąłem profesora Dariusza Kosińskiego, który wszystkie Hamlety oglądał, jak kwestia, o której myślę, była rozwiązywana. Wyszło że tak, jak przewidywałem. A chodzi o osobę Horacego lub Horacja, w zależności od przekładu.
U Szekspira jest to przyjaciel Hamleta, jeszcze ze studiów w Norymberdze. Czekał na jego powrót, teraz mu pomaga. Rozsądny i ostrożny, cieszy się poważaniem na dworze Klaudiusza. Gdy konflikt wybuchnie z całą mocą będzie jedynym powiernikiem myśli Hamleta, najbliższym mu człowiekiem; na koniec konający książę poprosi go, by dał świadectwo potomnym, jak było ze zbrodniami na dworze i z jego mniemanym obłędem. Obejrzałem w życiu Horacych bez liku, często nudnych, jak to z takimi przyzwoitkami (obu płci) bywa na scenie. I niekiedy, owszem, komuś przychodziło do głowy, by zrobić z niego zdrajcę, tajnego agenta Fortynbrasa czy spiritus movens intrygi z pojawieniem się ducha ojca. Ale rzadko. Dziś się to zrobiło obowiązkowe. Od pożegnalnej inscenizacji Jana Englerta w Narodowym sezon temu, przez omawiane tu widowisko w Powszechnym, a wedle świadectwa teatrologa w innych Hamletach też, choć w różnej skali.
Wygląda na to, że na dzisiejszej scenie współbycie dwóch facetów, jeśli nie gejowskie, musi być podszyte złą wiarą, nielojalnością i zdradą. Portretowanie opisanej w dramacie zwykłej, jednoznacznej męskiej przyjaźni za żadne skarby nie mieści się w horyzoncie pojmowania świata. O czym to świadczy, o teatrze czy o świecie?
*
Nie powinienem pisać o tym spektaklu, o którym będzie teraz mowa. Premierę miał przed rokiem, ja widziałem go w październiku i wtedy nie pasował mi do felietonowych tematów. Teraz obejrzałem go ponownie, w Kaliszu, na Festiwalu Sztuki Aktorskiej. Nie powinno się recenzować starych spektakli, ani takich, które się widziało w roli festiwalowego jurora (chociaż drugi raz). Łamię te zasady, proszę o dyspensę, ponieważ dzieło nazwane Kofman. Podwójne wiązanie jest dla mnie koronnym argumentem przeciw ostremu poglądowi Nowaka z cytowanego wywiadu, że nie da się już reanimować teatru od strony tekstu, dramaturgii. Może takiego teatru nie trzeba reanimować, wystarczy go robić?
Ponoć miała to być adaptacja autobiografii głównej bohaterki, ale teatr nie dostał praw. Z błogosławionej konieczności Monika Muskała i Janusz Margański napisali świetny dramat, z przejrzystymi sytuacjami i jasno rysowanymi spięciami, z dialogami dobrze leżącymi aktorom, dającymi szanse na niedopowiedzenia, wieloznaczności. W warszawskim Nowym Teatrze lojalnie i mądrze rzecz reżysersko przeczytała Katarzyna Kalwat. Zbigniew Libera scenograficznie, celnie, choć na granicy dosłowności wyznaczył wektory konfliktu, muzyka Wojtka Blecharza na skrzypce solo, grana na żywo podbijała emocjonalnie opowieść. Reszta należała do aktorów. Przepraszam za recenzenckie liczmany, nie poradzę, tu po prostu wszystko było na swoim miejscu, trzymając w dodatku klasę.
Spektakl opowiadał o Sarze Kofman[1], francuskiej filozofce żydowskiego pochodzenia. W czasie wojny ojca, rabina, zabrano do obozu. Matka wielodzietnej rodziny szukała oddzielnego schronienia dla knąbrnej córki u sąsiadki, Francuzki, chrześcijanki. Sarah dorastała i kształtowała się pomiędzy dwoma domami i dwoma tożsamościami. Matka pilnowała ortodoksji żydowskiej, nowa mémé inwazyjnie wpajała jej zachowania francuskie, z początku gwoli lepszego kamuflażu, później nie tylko. Oba wzorce były głęboko wkorzenione, ściśle skodyfikowane, monumentalne, ekspansywne i, rzecz jasna, same w sobie wartościowe. Oba były też opresyjne, a w sporze o młodą duszę, opresyjne do granic przemocy bezpośredniej. Na scenie mieliśmy zdeterminowane strażniczki swoich światów: czarną, utkaną z kamiennej rozpaczy, bezwzględną także w użyciu pasa Żydówkę (Maria Maj) i dystyngowaną, uprzejmą i zawziętą Paryżankę, gotową torturami wymuszać prawidłową wymowę francuskich słów (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik).
Między tymi filarami, jawiącymi się poniekąd Scyllą i Charybdą, Maja Ostaszewska budowała fascynująco złożony, wielowarstwowy portret kobiety, której los usunął twardy grunt spod stóp. Której dylematy wokół koszerności/niekoszerności potraw prowadziły do torsji i długotrwałego zakłócenia procesu odżywiania, co było i symboliczne, i fizycznie dosłowne. Która z niesamowitą determinacją budowała siebie jako filozofkę, szukając jeśli nie oparcia, to choćby dystansu do swoich splątanych korzeni, choć nie chroniło to jej przed załamaniami czy ucieczkami nawet w swoisty infantylizm. A z wejściem w świat nauki (Sorbonę symbolizują tu marne schodki w głębi), Sara Kofman miała kłopoty. W znacznej mierze z uwagi na mizoginizm tudzież antysemityzm francuskiego życia akademickiego, z jadowitą dyskrecją kreślony przez Jacka Poniedziałka w jednym z jego paru celnych epizodów. Ale decydująca musiała być też owa chwiejność życiowego gruntu, spychana w najgłębszą podświadomość, aliści nieustannie wybijająca na wierzch, co Ostaszewska sygnalizowała w spojrzeniu, w chwilach nagłej utraty pewności siebie, bądź przeciwnie, w nadrabianiu czegoś jaskrawo fałszywym tupetem. Z niesłychaną maestrią zrobiła tę rolę..
Kończy się to wszystko niczym uderzenie pioruna: krótkim napisem wyświetlonym na tylnej ścianie. Sarah Kofman parę tygodni po opublikowaniu autobiografii, w tytule której umieściła oba paryskie, wojenne adresy – popełniła samobójstwo. Z tym wychodzi się z teatru. Z oślepiająco jasną świadomością, że elementarny dyskomfort umysłu, moralny czy egzystencjalny może prowadzić niekiedy wprost do wyborów ostatecznych. Że tamto stare pytanie, być albo nie być, nie jest tylko zmurszałą retoryką i doprawdy nie jest mądrą rzeczą machać na nie ręką.
William Shakespeare HAMLET. Reżyseria: Kamil Białaszek, scenografia: Aleksandra Wasilkowska, kostiumy: Sławek Blaszewski, multimedia: Michał Mitoraj, Hubert Kozarzewski, muzyka: Bartłomiej Gargula (Barto Katt), choreografia: Bartosz Dopytalski, reżyseria światła: Jędrzej Jęcikowski. Premiera w Teatrze Powszechnym im. Hübnera w Warszawie 16 maja 2026.
Janusz Margański, Monika Muskała KOFMAN. PODWÓJNE WIĄZANIE. Reżyseria: Katarzyna Kalwat, sceniczne opracowanie tekstu: Monika Muskała, scenografia: Zbigniew Libera, muzyka: Wojciech Blecharz, reżyseria światła: Marcin Koszałka, kostiumy: Katarzyna Kalwat, Saskia Hellmann, konsultacja choreograficzna: Igor Shugaleev. Premiera w Nowym Teatrze w Warszawie 10 kwietnia 2025.
[1] Mam żal do autorów i do teatru o ten tytuł Kofman: podwójne wiązanie. Czy nikogo nie ubodło, że ludzie w kasie będą prosić o dwa bilety na Kofmana? Małgorzata Szpakowska, która z Puzyną uczyła mnie redagowania, do każdego żeńskiego nazwiska niekończącego się ska, machinalnie dopisywała imię. Też to robię. I co, więcej nas już nie ma?