O uroczystej gali Warszawskiej Opery Kameralnej MOZART NIGHT z udziałem Joyce DiDonato na Centralnym Placu Muzyki pisze Wiesław Kowalski.
Nie każdy wielki głos potrafi stworzyć teatr. Joyce DiDonato nie potrzebuje dekoracji, kostiumów ani partnerów scenicznych, by każdą wykonywaną arię zamienić w pełnokrwisty dramat. Wystarczą jej głos, niezwykła inteligencja interpretacyjna i sceniczna charyzma.
Nieczęsto zdarza się wieczór, podczas którego publiczność z jednakowym entuzjazmem reaguje na każdy wykonywany utwór. Tak było podczas gali Mozart Night. Każda aria i każdy kolejny punkt programu nagradzane były długimi, gorącymi owacjami, a zachwyt słuchaczy był tak szczery, że bisy stały się naturalnym zwieńczeniem tego wyjątkowego koncertu.
Joyce DiDonato po raz kolejny potwierdziła, dlaczego od wielu lat zaliczana jest do najwybitniejszych śpiewaczek naszych czasów. Nie wykonywała po prostu kolejnych pozycji programu. Każdej interpretacji nadawała własny charakter, budując dramaturgię z niezwykłą świadomością sceniczną. Jej występ był czymś znacznie więcej niż koncertem – był teatrem emocji.
Największe wrażenie robiła swoboda, z jaką poruszała się po scenie. Jej gesty były dyskretne, lecz znaczące, spojrzenia nawiązywały bezpośredni kontakt z publicznością, a każda fraza stawała się częścią starannie budowanej narracji. DiDonato nie tylko śpiewała – opowiadała historie, w których muzyka i teatr tworzyły nierozerwalną całość.
Nie mniej imponująca była jej kultura wykonawcza. Elegancja, z jaką prowadziła narrację sceniczną, szacunek okazywany partnerom muzycznym oraz pełna naturalności obecność sprawiały, że przyciągała uwagę nie tylko głosem, ale również osobowością. Nie było w tym cienia gwiazdorskiej maniery. Była natomiast klasa, skromność i autentyczność, które publiczność wyczuwa natychmiast.
Perfekcyjna technika wokalna pozostawała całkowicie podporządkowana interpretacji. Nawet najbardziej wymagające fragmenty brzmiały z zadziwiającą lekkością, jakby nie stanowiły dla artystki najmniejszego wysiłku. To właśnie taka swoboda jest znakiem rozpoznawczym najwybitniejszych śpiewaków.
Szczególnie przejmująco zabrzmiała mozartowska aria „Deh, per questo istante solo” z Łaskawości Tytusa. To jeden z tych utworów, w których Mozart prowadzi bohatera przez całą gamę sprzecznych uczuć – od rozpaczy i poczucia winy, przez błaganie o zrozumienie, aż po nikłą nadzieję na przebaczenie.
DiDonato potrafiła wydobyć z tej muzyki wszystkie jej odcienie. Nie zatrzymywała się na efektownym popisie wokalnym, lecz konsekwentnie budowała dramaturgię każdej frazy. Z niezwykłą subtelnością różnicowała barwę głosu, napięcie i dynamikę, dzięki czemu każda zmiana emocjonalna stawała się dla słuchacza czytelna i przekonująca. W jej interpretacji aria nie była koncertowym numerem, lecz przejmującym monologiem człowieka rozdartego między winą, lękiem i pragnieniem ocalenia.
Podobnie zabrzmiała słynna aria „Voi che sapete” z „Wesela Figara”. Mozart stworzył w niej niezwykle subtelny portret budzącej się miłości – pełnej niepokoju, zachwytu, niepewności i młodzieńczego zagubienia. Pozornie prosta kantylena wymaga nie tylko doskonałej techniki, lecz przede wszystkim umiejętności oddania najdelikatniejszych odcieni emocjonalnych.
DiDonato z wielką wrażliwością wydobyła z tej arii jej liryczny i intymny charakter. Każda fraza miała własny oddech, naturalny rytm i dramaturgię. Dzięki subtelnemu operowaniu barwą głosu, dynamiką oraz eleganckiemu frazowaniu stworzyła przekonujący portret Cherubina – młodzieńca próbującego zrozumieć rodzące się uczucia. Technika pozostawała niemal niewidoczna, całkowicie podporządkowana ekspresji.
Nie mniejsze wrażenie na publiczności zrobiły interpretacje utworów Piazzolli. W „Los Pájaros Perdidos” frazowanie artystki w bardzo precyzyjny sposób łączyło operową śpiewność z językiem tanga. Dzięki temu melancholia tego utworu nie staje się sentymentalna, tylko bardziej egzystencjalna: jak wspomnienie czegoś utraconego, które wciąż rezonuje w ciele. W jej interpretacji nie jest to emocja „opowiadana” – każda fraza wydaje się chwilowym zawieszeniem między pamięcią a teraźniejszością, w którym dźwięk nie tyle znika, co stopniowo traci ciężar, pozostawiając po sobie napięcie i ciszę o niemal namacalnej obecności.
Natomiast „Tristezas de un Doble A” w interpretacji Joyce DiDonato wybrzmiewa w sposób niezwykle oszczędny i skupiony. Artystka nie rozwija fraz szeroko, lecz buduje je z krótkich, precyzyjnych oddechów, podkreślając fragmentaryczny charakter muzyki Piazzolli. Jej śpiew jest kontrolowany i narracyjny – każda fraza ma wyraźny kierunek i ciężar, dzięki czemu napięcie narasta stopniowo, bez nadmiernej ekspresji.
W zaprezentowanych utworach musicalowych – „You’ll Never Walk Alone” z Carousel oraz „I Could Have Danced All Night” z My Fair Lady – Joyce DiDonato podchodzi do materiału musicalowego nie jak do „piosenek lekkich”, lecz jak do pełnoprawnych miniatur dramatycznych. Słychać u niej przede wszystkim operową kontrolę oddechu i długie, płynne legato, które nadaje tym melodiom większą nośność i wewnętrzne napięcie. Jednocześnie nie przeciąża ich operową manierą — dba o naturalność języka i klarowną artykulację, dzięki czemu tekst pozostaje czytelny i bliski scenicznej bezpośredniości musicalu.
Benjamin Bayl poprowadził orkiestrę z dużym wyczuciem stylu, pozostawiając solistce pełną swobodę interpretacyjną. Towarzyszący jej muzycy nie dominowali, lecz z niezwykłą uważnością współtworzyli narrację, wydobywając bogactwo kolorów i emocji zapisanych w partyturach.
Warszawski koncert pozostawił publiczność pod ogromnym wrażeniem nie tylko znakomitego kunsztu wokalnego Joyce DiDonato, ale przede wszystkim jej niezwykłej osobowości scenicznej. Był to wieczór przypominający, że wielka sztuka rodzi się tam, gdzie doskonałość techniczna spotyka się z wyobraźnią, kulturą wykonawczą i umiejętnością prawdziwego dialogu z publicznością.
Owacje po każdym utworze oraz entuzjastycznie przyjęte bisy nie były wyrazem kurtuazji wobec światowej gwiazdy. Były spontaniczną reakcją słuchaczy świadomych, że uczestniczą w spotkaniu z artystką najwyższej próby. Takie koncerty przypominają, że wielkość muzyki nie polega wyłącznie na pięknie dźwięku, lecz na zdolności poruszania ludzkich emocji. Joyce DiDonato tę sztukę opanowała w stopniu mistrzowskim.