„Dżuma. Reaktywacja" w reż. Marka Fiedora we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Pisze Julia Kobyłt w portalu wroclaw.dlastudenta.pl.
Wrocławski Teatr Współczesny po raz kolejny sięga po klasykę, udowadniając, że wielka literatura nie traci na aktualności. „Dżuma. Reaktywacja” w reżyserii Marka Fiedora nie jest jednak kolejną próbą przeniesienia powieści Alberta Camusa na scenę. To raczej twórczy dialog z tekstem francuskiego pisarza i jednocześnie powrót do legendarnej inscenizacji „Dżumy” z 1983 roku, wyreżyserowanej przez Kazimierza Brauna.
Twórcy nie odtwarzają jednak dawnego spektaklu. Zamiast tego zadają pytania, które wybrzmiewają dziś wyjątkowo mocno: czym jest zło, jak rodzi się strach i co dzieje się z człowiekiem, gdy jego dotychczasowy porządek świata nagle przestaje istnieć.
Ponadczasowość "Dżumy"
Opublikowana w 1947 roku „Dżuma” od dawna odczytywana jest nie tylko jako opowieść o epidemii, lecz przede wszystkim jako metafora zła. Dla Camusa tytułowa zaraza była symbolem tego, co potrafi wtargnąć do ludzkiego życia niespodziewanie – przemocy, totalitaryzmu, nienawiści czy obojętności.
To właśnie ten wymiar powieści staje się osią wrocławskiego przedstawienia. Spektakl nie opowiada wyłącznie o chorobie. Opowiada o lęku, izolacji i niepewności, które pojawiają się zawsze wtedy, gdy człowiek zostaje skonfrontowany z zagrożeniem. Dzięki temu historia sprzed niemal osiemdziesięciu lat brzmi dziś zaskakująco aktualnie.
W samym sercu Oranu
Już od pierwszych minut wiadomo, że widzów czeka doświadczenie dalekie od tradycyjnego przedstawienia. Publiczność zostaje podzielona na trzy grupy, a granica między sceną i widownią niemal natychmiast zaczyna się zacierać. Część osób siada bezpośrednio na scenie, inni zajmują miejsca na widowni, jednak po chwili wszyscy ruszają w podróż po kolejnych zakamarkach teatru.
Piwnice, niewielkie pomieszczenia i poddasze zamieniają się w kolejne fragmenty Oranu. Budynek teatru staje się miastem odciętym od świata, a widz – jego mieszkańcem. To największa siła „Dżumy. Reaktywacji”. Przedstawienie nie pozwala obserwować wydarzeń z bezpiecznego dystansu, lecz wciąga publiczność w sam środek epidemii i towarzyszącego jej niepokoju.
Siła teatralnej prostoty
Scenografia pozostaje oszczędna i surowa. Twórcy rezygnują z rozbudowanych dekoracji, stawiając na półmrok, puste przestrzenie i pojedyncze, znaczące elementy sceniczne. Ten minimalizm okazuje się niezwykle skuteczny – nie odwraca uwagi od opowieści, lecz buduje atmosferę osaczenia i niepewności.
Ważnym elementem przedstawienia jest również muzyka. Cięższe, rockowe brzmienia potęgują poczucie napięcia i znakomicie współgrają z mrocznym charakterem spektaklu. Szczególnie zapada w pamięć wykorzystanie utworu „Zdrada” zespołu Maanam.
Dżuma ma ludzką twarz
Jednym z najbardziej interesujących pomysłów inscenizacyjnych jest sposób przedstawienia samej dżumy. Twórcy unikają dosłowności. Nie ma tu szczurów ani banalnych oznak choroby. Zamiast tego na scenie pojawiają się postacie ubrane w mundury przywodzące na myśl totalitarne reżimy XX wieku.
Dżuma zostaje uosobiona i nabiera ludzkiej twarzy. Staje się czymś więcej niż epidemią – symbolem zła, które może pojawić się nagle i równie szybko ogarnąć całe społeczeństwo.
To rozwiązanie doskonale oddaje przesłanie Camusa. Francuski pisarz przestrzegał, że „bakcyl dżumy” nigdy nie znika na zawsze i zawsze może powrócić. Wrocławska inscenizacja przypomina o tym z wyjątkową siłą.
Aktorzy, którzy nie potrzebują słów
Na szczególne uznanie zasługuje zespół aktorski, a zwłaszcza artyści wcielający się w samą dżumę. Nie wypowiadają niemal żadnych kwestii, a mimo to potrafią budować napięcie wyłącznie za pomocą ruchu, gestu i mimiki. Ich obecność jest niepokojąca, sugestywna i przykuwa uwagę od pierwszego pojawienia się na scenie.
Równie przekonująco wypadają pozostali aktorzy, którzy prowadzą widzów przez kolejne etapy opowieści bez zbędnego patosu i nadmiernej teatralności.
„Dżuma. Reaktywacja” - ocena
„Dżuma. Reaktywacja” nie daje prostych odpowiedzi i nie proponuje gotowych interpretacji. Pozostawia za to niepokój i szereg pytań, które wracają jeszcze długo po wyjściu z teatru. To przedstawienie odważne formalnie, świetnie zagrane i zaskakująco aktualne. Przypomina, że tytułowa dżuma nie jest jedynie chorobą z kart powieści Alberta Camusa, lecz metaforą zła, które może powracać pod różnymi postaciami – i dlatego nigdy nie przestaje być naszym wspólnym problemem.