„Paradise birds” wg koncepcji i w chor. Yany Reutovej i Yanitsy Atanasovej z Dancehood oraz „Cercle” w chor. Olé Khamchanli z KHAM Company na 22. Międzynarodowym Festiwalu Tańca Zawirowania w Warszawie. Pisze Marlena Czarny.
Piąty dzień XXII Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Tańca Zawirowania należał do samotników. Nie tych, którzy odwracają się od świata, lecz tych, którzy próbują odnaleźć w nim swoje miejsce. Dwa solowe spektakle – „Paradise Birds” Dancehood i „Cercle” KHAM Company – stworzyły wieczór pełen ciszy, skupienia i wewnętrznych podróży. Choć wyrastały z odmiennych tradycji ruchowych i opowiadały inne historie, spotkały się w jednym punkcie: w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o własną tożsamość.
„Paradise Birds”, autorstwa Yany Reutovej i Yanitsy Atanasovej, od pierwszych chwil zanurza widza w przestrzeni przypominającej sen. Nie ma tu linearnej opowieści ani jednoznacznych znaczeń. Jest ciało i światło. Jest muzyka Gabrieli Vermelho, która nie tyle towarzyszy ruchowi, co oddycha razem z nim. Jest wreszcie światło Pavla Kotlíka, malujące na scenie obrazy o niezwykłej plastyczności.
Yana Reutova pojawia się niczym młody ptak stojący na granicy dwóch światów. Powtarzalnie dotyka własnego ciała, oklepuje je, sprawdza, poznaje. Po każdym uderzeniu wybucha śmiechem. W geście tym jest jednocześnie dziecięca ciekawość i niepokój kogoś, kto nagle odkrywa, że jego ciało staje się czymś nowym, nie do końca jeszcze oswojonym.
W jej ruchu pobrzmiewa lekkość baletu, ale pod powierzchnią elegancji narasta napięcie. Coś się wydarza. Coś dojrzewa.
Kiedy przez scenę przebiega świetlista droga wyznaczona snopem światła, bohaterka rusza nią naprzód. Nie jest to jednak triumfalny marsz. Jej stopy stają się niezdarne, ruch traci płynność, ciało zdaje się sprzeciwiać własnym pragnieniom. Jak pisklę uczące się pierwszego lotu, próbuje wzbić się ponad ograniczenia, lecz wciąż spada z powrotem na ziemię.
Najbardziej przejmujące są momenty, w których spektakl odsłania swoją kobiecą perspektywę. Zdjęcie koszulki nie jest aktem prowokacji. To gest odwagi. Spotkanie z własną nagością staje się spotkaniem z prawdą o sobie. Uderzenia w klatkę piersiową, świadome eksponowanie ciała, ruchy pełne napięcia i niezgody układają się w opowieść o dojrzewaniu do kobiecości – nie tej idealizowanej, lecz prawdziwej, naznaczonej lękiem, zachwytem i niepewnością.
Finał przychodzi niczym wyzwolenie. W opadającym z góry świetle i miękkim dymie przypominającym pióra ramiona tancerki zamieniają się w skrzydła. Nie są już bezradnym trzepotaniem. Stają się świadomym ruchem istoty, która zaakceptowała własną naturę. Pytanie „kim jestem?” pozostaje bez odpowiedzi, ale przestaje być ciężarem. Staje się drogą.
Po tej niezwykle intymnej opowieści „Cercle” Olé Khamchanli otwiera przed widzami przestrzeń bardziej duchową niż cielesną. Jeśli „Paradise Birds” było historią narodzin siebie, to „Cercle” staje się opowieścią o pamięci, relacji i wspólnocie.
Khamchanla tańczy tak, jakby opowiadał historię starszą od słów. Jego dłonie kreślą w powietrzu znaki, których znaczenia nie znamy, a mimo to intuicyjnie je rozumiemy. Ręce żyją własnym życiem. Są delikatne, precyzyjne, hipnotyzujące. Raz przypominają modlitwę, innym razem gest pojednania lub opowieść przekazywaną przy ogniu.
W spektaklu niemal nie istnieje granica między tańcem a medytacją. Tancerz patrzy widzom prosto w oczy, jakby chciał upewnić się, że nadal za nim podążamy. Zaprasza do uczestnictwa w rytuale, którego znaczenie pozostaje nieuchwytne, ale emocjonalnie niezwykle bliskie.
Muzyka długo pozostaje w cieniu. Dopiero później nabiera siły, odsłaniając kolejne warstwy opowieści. W ruchu pojawia się niepokój, konflikt, próba przekonania niewidzialnego rozmówcy. Można odnieść wrażenie, że bohater stara się ostrzec przed przemocą lub opowiedzieć o jej konsekwencjach. Nie walczy jednak. Szuka zrozumienia.
Na jego twarzy pojawia się smutek człowieka, który coś utracił. W pewnych momentach wydaje się tańczyć dla kogoś nieobecnego. Dla ukochanej osoby. Dla wspomnienia. Dla tych, którzy pozostali już tylko w pamięci. Samotny na scenie, nie sprawia jednak wrażenia opuszczonego. Jest połączony z czymś większym od siebie – z historią, tradycją, duchowością.
Tytułowy krąg okazuje się nie figurą geometryczną, lecz przestrzenią spotkania. W finale taniec łagodnieje. Pojawia się zgoda, akceptacja i spokój. Jakby po długiej wędrówce bohater odnalazł drogę prowadzącą z powrotem do ludzi.
Oba spektakle stworzyły wieczór niezwykle spójny emocjonalnie. Bohaterka „Paradise Birds” szukała odpowiedzi we własnym ciele. Bohater „Cercle” szukał jej w relacji z innymi i z własną pamięcią. Ona uczyła się rozkładać skrzydła. On zapraszał do kręgu.
Między tymi dwoma gestami rozciągnęła się opowieść o człowieku. O jego lękach, tęsknotach i potrzebie przynależności. O odwadze, by zrobić kolejny krok mimo niepewności. O dojrzewaniu do siebie i do świata.