27.10.2020, 11:53 Wersja do druku

Sztuka ubioru na plaży nudystów

"Kariera Nikodema Dyzmy" wg Tadeusza Dołęgi-Mostowicza w reż. Piotra Ratajczaka w Teatrze im. W. Horzycy w Toruniu. Pisze Tomasz Domagała, członek Komisji Artystycznej VI Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”.

fot. Wojciech Szabelski

Teatr Piotra Ratajczaka jest bardzo charakterystyczny i rozpoznawalny. Bazuje najczęściej na zaangażowaniu całego zespołu, którego członkowie, przekazując sobie pałeczkę narracji z rąk do rąk, opowiadają nam daną historię, po drodze wcielając się w określone postaci. Podczas gdy kolejni aktorzy wysuwają się na pierwszy plan, reszta odgrywa rolę chóru, komentującego sceniczne wydarzenia. Opowieść snuje się wartko, energicznie, wydarzenia zmierzają zazwyczaj do spektakularnego końca, który dzięki zderzeniu elementów groteskowych i tragicznych może niekiedy nawet dać szansę na stare dobre katharsis. Zresztą zestawianie niepasujących do siebie elementów w celu wywołania jakiegoś nowego, zaskakującego efektu jest kolejnym wyznacznikiem teatralnego języka tego reżysera. Wiele Ratajczak zawdzięcza tu oczywiście konwencji, która ociera się o granicę kabaretu i zbiorowego stand upu z solówkami. Brak tu psychologii postaci; wcielanie się w nie – jeśli się w ogóle odbywa – nie trwa dłużej niż kilka minut, po czym aktor szybko i bez żalu opuszcza swoją postać, żeby dołączyć do reszty narratorów. Wrażenie, jakie pozostawia po sobie ten typ teatru jest często  piorunujące, gdyż sposób scenicznego opowiadania jest szaleńczy, radykalny i niezwykle widowiskowy. Ma się poczucie uczestnictwa w kluczowej scenie baśni Andersena Nowe szaty cesarza: oto dziecko/Ratajczak demaskuje społeczne traumy i iluzje, które my, widzowie, z taką lubością w sobie hodujemy, gdyż pozwalają nam jakoś w tym świecie przetrwać. Oczywiście najlepiej, gdy ten typ teatru operuje idealnie pod siebie skrojonym, napisanym współcześnie tekstem (choć i tu czasem dramaturdzy współpracujący z reżyserem popełniają błąd zbytniej tautologii). Inaczej ma się rzecz, gdy Ratajczak sięga – i chwała mu za to – po teksty klasyczne czy też napisane zupełnie w innej poetyce. Wtedy pojawiają się dwie możliwości: albo styl ten w sprzężeniu z takim utworem działa, albo... nie. Przykładem działania jest toruńskie Tango według Mrożka, przykładem niedziałania – Oni Witkacego w Teatrze Polskim w Warszawie. Groteska Mrożka świetnie dawała się spotęgować dzięki stylowi Ratajczaka, przez co jeszcze mocnie wybrzmiewała jej nośność i celność, ekscentryzm Witkacego zaś, stautologizowany przez energetyczną, silącą się na oryginalność (w opozycji do narracji dramatu) narrację radykalnej formy, pobrzmiewał sztucznością.

W toruńskiej Karierze Nikodema Dyzmy sytuacja jest złożona. Styl działa przez większą część spektaklu, zacina się zaś w finale. Warto się zastanowić, dlaczego. Otóż sama powieść Dołęgi-Mostowicza – ta swojska, paździerzowa wręcz wersja Nowych Szat Cesarza – napisana jest realistycznie, z finałowym twistem, w którym uznawany za chorego psychicznie hrabia Żorż Ponimirski, brat żony głównego bohatera, wyrzuca z siebie wielki, szalony monolog, demaskujący nie tylko samego Nikodema Dyzmę, lecz także elitarne towarzystwo „nowej” Polski, które go stworzyło i wywindowało na piedestał. Wielka siła rażenia tego gestu oparta jest na perwersyjnym kontraście między „szaleńcem”, który widzi a „zdrowymi”, którzy są ślepi. Kontekst psychicznej choroby czyni dodatkowo ten gest niejednoznacznym, niepodatnym na oskarżenia o fałszywość. Narracja powieści nie pozostawia jednak złudzeń: szaleniec wygląda w jej świecie na jedynego normalnego. A to Polska właśnie, chciałoby się zakrzyknąć (przez 100 lat w naszym kraju w tej sferze niewiele się zmieniło). W swoim spektaklu Ratajczak wraz z dramaturgiem, Piotrem Rowickim, opowiadają historię Nikodema Dyzmy, opierając się na postaci głównego bohatera (Arkadiusz Walesiak). Jeśli chodzi o styl, poruszamy się oczywiście w poetyce teatru Piotra Ratajczaka, której zasady pokrótce zaprezentowałem na początku. Spektakl sunie więc do przodu niczym torpeda (wielka w tym zasługa Walesiaka) i... zatrzymuje się w finale, właśnie w scenie z Żorżem Ponimirskim. W powieści Dołęgi-Mostowicza był on bowiem na tle postaci realistycznych personą ekscentryczną, szaloną, barwną i nieobliczalną, skrojoną wprost pod finałową rolę „proroka prawdy”; w spektaklu Ratajczaka – ze względu na konwencję – od początku ginie w odmętach szaleństwa scenicznego świata. Gdy więc w finale w podobny sposób wygłasza swój monolog, nie wybrzmiewa on tak, jak w powieści – nie ma bowiem od czego się „odbić”. Jego wypowiedź jest kolejną emanacją szalonego świata, a nie gestem zerwania z nim i zdarcia z niego zasłon iluzji. Warto by tę kwestię przemyśleć i być może zastanowić się nad konwencją finałowego monologu. Rozrywkowa, niezwykle atrakcyjna forma spektaklu jest bowiem jego wielką zaletą, odpowiednio zaś zakomponowany finał może przynajmniej trochę ten spektakl pogłębić, zwłaszcza, że sama opowieść Dołęgi-Mostowicza nie daje na tym polu praktycznie żadnych szans. Sami Państwo widzą, że nie skupiam się na treści spektaklu, bo nie ma za bardzo na czym. Historia Dyzmy, jeden z tych arcypolskich mitów, jest wyjątkowo czytelna w każdych czasach, nie ma więc czego tak naprawdę opowiadać. Jeśli zaś chodzi o aluzje do współczesności, twórcy toruńskiego spektaklu mieli w sumie wyjątkowo „pod górkę” – jak bowiem wypaść wiarygodnie z ramotowatą powieścią w tle, wobec na przykład kariery pewnego farmaceuty na „dworze” byłego ministra obrony narodowej; toż to orka na ugorze.

Atutem spektaklu, oprócz znakomitej kreacji Arkadiusza Walesiaka jest choreografia Arkadiusza Buszki. Warto też wspomnieć o interesującej scenografii Marcina Chlandy i kostiumach Grupy MIXER. Ratajczak stworzył bardzo nowoczesne, energetyczne i atrakcyjne dla widza widowisko rozrywkowo-polityczne i jak zawsze w takim przypadku (polityka), w zależności od poglądów, może liczyć na owacje na stojąco oraz na gwizdy. W kwestii doboru repertuarowego twórcy poszli po najmniejszej linii oporu, nie trzeba więc być znawcą teatru, żeby wymyśleć, że toruński samograj sam się będzie grać, a publiczność walić drzwiami i oknami. Szanuję to, aczkolwiek dla mnie to za mało.

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Tomasz Domagała

Tematy w toku