„Metropolis. Refleksje z naszych czasów” w choreogr. Mileny Crameri w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Wyobrażenia przyszłości, utopie polityczne, budowanie fantazji tego co przed nami, fascynowały wielu twórców poczynając od literatów, przez filmowców na artystach sceny kończąc. Jednym z owych przykładów na pewno jest inspirowane książkową opowieścią autorstwa niemieckiej pisarki Thei von Harbou kinematograficzne osiągnięcie Fritza Langa – Metropolis. Pochodzący z roku 1927 roku obraz, osadzający akcję sto lat później w mieście przyszłości, będący czarną wizją nadchodzącego świata, w ogólnym zarysie ukazuje przestrzeń miasta podzieloną na dwie kasty: uprzywilejowaną grupę intelektualistów oraz robotników utrzymujących społeczeństwo przy życiu. Jeden z pierwszych filmów science fiction zrealizowany w konwencji ekspresjonistycznej z jednej strony oczarowywał stroną wizualną, a z drugiej odrzucał błahością opowieści. Wpisywał się w ówczesny nurt fascynacji przyszłością. Futuryzm, zapoczątkowany we Włoszech awangardowy kierunek w sztuce, opanowywał myśli twórców, eksponował wizje tego co nieosiągalne i niemożliwe. Lang uległ owemu spojrzeniu na świat i stworzył dzieło, które doprowadziło wytwórnię produkującą film na skraj bankructwa, ale pozostało w historii kina jednym z najciekawszych obrazów ukazujących świat przyszłości, który dziś stał się naszą teraźniejszością. Możemy oglądać ową rzecz jako świadectwo określonych czasów, ale raczej nie do końca prorocze. Niewątpliwie z widzeniem filmowym łączy się treść książki Herberta Marcuse’a Człowiek jednowymiarowy. Ów pochodzący z Niemiec filozof oceniał społeczeństwa jako efekt uprzemysłowienia i poddania się formom kontroli oraz dominacji, podporządkowania. Gdy nawet nieświadomie większość ulega mniejszości jako skutek narastającego postępu i zmian społecznych. Ale owe dwa spojrzenia są adekwatne dla czasów ich powstania. Prognozowały przyszłość, tylko ona w niepokojący sposób wymknęła się spod kontroli za sprawą olbrzymiego postępu technicznego oraz rozwoju informatycznego. Tym samym wizje stają się legendami, a nie rzeczywistymi przepowiedniami.
Na polu baletowym powieścią von Harbou oraz filmem Langa w 2018 roku zainteresował się czeski artysta Jiři Bubeniček, który na deskach Teatru Narodowego w Zagrzebiu zaprezentował Metropolis. Futurystyczny balet w dwóch aktach posiłkował się w pełni źródłami dawnych dokonań, ale również widział owe spojrzenia jako metaforę ówczesności. Epicka opowieść sięgała do artystycznej tradycji z uwzględnieniem teraźniejszości – z pytaniem ile pozostało z fantazji w świecie, który nas otacza? Jednak mocno osadzony w twórczym pierwowzorze nie popełnił błędów, które możemy zauważyć w kolejnej próbie zmierzenia się z ikoną filmowej fantastyki. Owe dawne doświadczenie stało się inspiracją dla najnowszej premiery baletowej w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. I niestety nieudanej. Porażka została osiągnięta w dwóch płaszczyznach – intelektualnej, dramaturgicznej podbudowy, a także wykonawczej – gdzie kuleją artystyczne możliwości kreacji realizatorki. To raczej pewna forma eksperymentu, wprawki, która może byłaby interesująca jako forma warsztatu, ale nie produkcja dla dużej sceny.
Realizacja Metropolis. Refleksje z naszych czasów to autorski zamysł tancerki Opery Bałtyckiej Mileny Crameri. Pochodząca ze Szwajcarii artystka do współpracy i współkreacji zaprosiła siostrę kompozytorkę Doroteę Crameri. W ten sposób powstała rodzinna premiera będąca pełnospektaklowym debiutem twórczyń. I tu już rodzą się wątpliwości co do decyzji dyrekcji gdańskiej instytucji. Będąc wielkim orędownikiem nowych poszukiwań twórczych i eksperymentu nigdy nie powierzyłbym tak dużej pracy osobom, które mają pierwszy raz zmierzyć się z tak olbrzymim przedsięwzięciem. Każdy twórca eksperymentuje z etiudami, krótkimi formami nim porwie się do realizacji dużego widowiska. Tym razem stało się odwrotnie. Zaufanie wygrało z kalkulacją artystyczną. Na dodatek, należy pamiętać, że lokalne sceny operowe zazwyczaj prezentują, o ile w ogóle, jedną premierę baletową w sezonie. Patrząc z punktu widzenia odbiorców oczekują oni dojrzałego, wartościowego produktu, a nie wprawki, która nuży i zniesmacza. Tym bardziej owa decyzja powierzenia siostrom Crameri owej premiery staje się niezrozumiała. Uważam, że to stracona szansa, a artystka pogubiła się we własnym zamyśle artystycznym. Wpadła w pułapkę rozdarcia pomiędzy tym co wynika z utworu literackiego i filmowego, a tym co chciała przekazać widzom.
W programie do spektaklu Milena Crameri napisała: „Twórczynie spektaklu podejmują tematykę książki i filmu ze współczesnej perspektywy, tak by przez nowatorską wizję przemówić bezpośrednio do dzisiejszych odbiorców”. I już pojawia się główny problem. Jeżeli nawet osiem lat temu praca Bubenička mogła korespondować z ówczesną rzeczywistością, to widzenie świata w obecnej realizacji, która ma ukazywać współczesność jest niesłychanie chybione. Odwołanie się do wątków dawnego dzieła, a tak naprawdę całej historii, nie ma w żaden sposób odzwierciedlenia w naszych czasach. Pierwszym argumentem jest fakt, że ukazany podział społeczny na kastę uprzywilejowaną posługującą się rozumem oraz podporządkowaną, gdzie siłą są ręce i praca nie ma uzasadnienia w dniu dzisiejszym. Zmiany społeczne zniwelowały owe podziały, a dostęp do dóbr konsumpcyjnych wielokrotnie zrównuje szansę ogółu społeczeństwa, oczywiście jeżeli mówimy o naszym kręgu kulturowym. Wyścig technologiczny, rozwój sztucznej inteligencji prowadzi do wyparcia człowieka ze świata pracy, a dylematem staje się jej posiadanie, a nie nadmiar. Kolejną kwestią naszych czasów staje się skrócenie czasu pracy, a nie jego rozwijanie i umacnianie uprzemysłowienia. Ludzie nastawieni są na sferę konsumpcyjną, spędzania czasu, rozrywki i kontroli, która wynika z rozwoju technologicznego, a nie rzeczywistej aktywności grupy szczególnie do tego dedykowanej. I jeszcze jedno. Nasz aktualny czas jest kolorowy, różnobarwny, a nie czarno-biały, smutny i nijaki. Straszne to pomylenie światów. Artystki popełniły grzech pychy będąc przekonanym o spełnieniu się proroctwa von Harbou i Langa. Absolutnie to nie ma miejsca. Gdyby nie owa nachalna interpretacja, wskazująca tożsamość z bieżącym czasem, można byłoby nie zwracać uwagi na oś dramaturgiczną. Wówczas pozostałaby ocena artystyczna.
Ta strona również pozostawia wiele do życzenia. Już sama muzyka Dorotei Crameri odrzuca. Podzielona na sekwencję nagraną oraz wykonywaną na żywo przez kwartet smyczkowy zastanawia owym zamysłem. Dźwięki, które doskwierają widzowi pełne są trybów maszyn, dźwigów, przesuwanych łańcuchów. Nie ma absolutnie zgiełku ulicy, pędu, szybkości wyścigu. Kompozytorka, podobnie jak choreografka, myśli o wyobrażeniu przyszłości, ale nie tym co realnie ma miejsce. To fantazjowanie o mechanizacji z perspektywą osadzoną w świecie futurystów, a nie realności. Gdzie jest ów zgiełk, hałas, pęd, relaks, wolny czas, kolorowy świat? Tyle pięknych rzeczy można ukazać w tym co sprawia przyjemność w codzienności, a tu muzyczna pustka i niedojrzałość.
Sam zamysł opowieści niezwykle gmatwa widzom w głowach. Milena Crameri nie ułatwia owej historii, buduje wątki, które burzą główną myśl dramaturgii. Są one od siebie oderwane, nie łączą się, tworzą mikroscenki, a nie zwięzłą, klarowną wypowiedź. Można zauważyć cztery równoległe narracje. To rzecz o młodym chłopaku Frederze (Gento Yashimoto) należącym do kasty uprzywilejowanej, synu Joha (Daniel Morrison) i nieżyjącej, ale powracającej we wspomnieniach Hel (Natalia Cedrowicz). Poszukuje on miłości i odnajduje ją w świecie robotników. To Maria (Nayu Hata). Drugi wątek dotyczy laboratorium Rotwanga (Victor Verdecia) i jego rywalizacji z Johem o panowanie nad wspólnotą. Tworzy on sztuczny byt – Parody (Soya Ikeda), która ma mu dopomóc w zwycięstwie. Trzecie pole tanecznej ekspresji to humanoidy, srebrne twory stworzone przez Rotwanga. A ową prezentację zamyka świat podziemia, robotniczego znoju, biedy i nieustannej pracy. To tu trafia Freder w poszukiwaniu szczęścia uczucia. Poszczególne epizody są całkowicie od siebie odklejone, trudno domyślić się o co chodzi. W części pierwszej dochodzi do formy prezentacji poszczególnych bohaterów, aby w drugiej akcja niesamowicie przyspieszyła i w kwadransie zwieńczyła historię. To błąd. To co potrzebowało dobrej opowieści bez słów zostało zaprezentowane skrótowo, a sceny które winny trwać chwilę rozbudowano do granic wytrwałości odbiorców. Akt drugi wygląda jak wyścig kolarski, gdy peleton rozciąga się do granic możliwości i pedałuje z wielką prędkością. Sceny przemykają jedna po drugiej. Rotwang z humanoidem podporządkowuje Joha, a potem przegrywa ze zwycięstwem dobra w osobach Marii i Fredera. Sielanka. Tylko trochę nijak ma się do rzeczywistej wizji przyszłości.
Poszczególne epizody bardziej śmieszą niż olśniewają. Za dużo w całym spektaklu jest chodzenia, stania w jednym miejscu, pustego bujania się, a nie rzeczywistego tańczenia. Trudno ocenić styl choreograficzny Mileny Crameri, gdyż go faktycznie nie ma. To raczej technika neoklasyczna niż współczesna, ale owego ruchu jest niezwykle mało, jest ograniczony. Zespół wygląda jak w letargu, brakuje oryginalności, tempa, całość rysuje się jako niesłychanie ospała, senna i monotonna. Ciężko nazwać ten świat przyszłością ro raczej chód żółwia. Zatem rodzi się pytanie – gdzie owa przyszłość? Co nią jest? Realizatorka trywializuje niektóre sceny. Świat Fredera to na przykład scena z lusterkami. Wygląda jak obrazek wyjęty z Królewny Śnieżki, gdy Królowa pyta zwierciadło kto jest najpiękniejszy na świecie. To ma być wróżba miłości, a staje się komedią błahości. W owym gąszczu bylejakości najlepiej wypadają duety Marii i Fredera, ale i one nie są w stanie zrekompensować niedoborów wykonania. Popisy owej pary są niesłychanie krótkie i muszą ustąpić pola kolejnym zdarzeniom. Tu akcja ma wygrywać, a nie taniec, gdyż dla niego nie ma pomysłu i konceptu. Strasznie smutny obraz debiutu, który pokazał, że tylko trening czyni mistrza. A to zaledwie wprawka pełna niedopracowania, braku jasnej koncepcji narracyjnej i niestety choreograficznej dojrzałości.
Jedyną rzeczą, która rekompensuje owe gdańskie baletowe nieudane spotkanie, jest strona wizualna autorstwa Aleksandry Redy oraz przygotowanie świateł Macieja Iwańczyka. Owe tło wypada okazale w tonacji ciemnej, której interesującą formę pogłębia wykorzystanie luster. Ale to trochę mało jak na widowisko taneczne, które miało stać się wizją nadchodzącego świata, a ukazuje dużą artystyczną niemoc naszej teraźniejszości.
Zawsze sekunduję lokalnym ośrodkom operowo-baletowym. Jestem przekonany, że w nich tkwi potencjał oryginalności, indywidualności i możliwego własnego języka wypowiedzi. Przez lata zespołem baletowym w Gdańsku zawiadywała Izadora Weiss tworząc Bałtycki Teatr Tańca. Po niej nastała era Wojciecha Warszawskiego i jego kierunku aktywności w stronę klasyki. Ostatnia propozycja artystyczna, w bieżącym sezonie, przypadła na okres poszukiwania nowego lidera grupy baletowej. I należy sobie zadać pytanie czym ma być ten zespół, jakie stawia on sobie cele? Szczególne to pytanie jest ważne w kontekście inwestycji nowej przestrzeni dla Opery Bałtyckiej. Nowa praca w układzie Mileny Crameri nie nastraja optymistycznie. To coś pomiędzy wpadką artystyczną, a niemocą twórczą. Nie każdy kto ma pomysł winien go realizować na scenie, gdyż wynik może być nieadekwatny do oczekiwań. Nim pojawi się nowy szef baletu, w tym miejscu, należy dogłębnie przemyśleć czego się oczekuje od formacji i jakiego repertuaru potrzebuje publiczność Gdańska. Ostatnie doświadczenie ukazuje wiele znaków zapytania i niestety mało odpowiedzi czym ma być to miejsce na mapie artystycznej tańca w naszym kraju.