Logo
Recenzje

rafalturow.ski: Dwunastu gniewnych ludzi

29.09.2026, 16:16 Wersja do druku

„Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rosego w reż. Piotra Ratajczaka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.

fot. Bartek Warzecha

Oczywiście, wciąż – po 70 latach od premiery filmu – można Dwunastu gniewnych ludzi oglądać jako trzymający w napięciu dramat sądowy, można również - jako krytykę bądź pochwałę (zależnie od punktu widzenia) amerykańskiego systemu prawnego. Ale gdyby oderwać się od tych dwóch oczywistych tropów – o czym nam dziś mówi ten znakomity (i świetnie przez Jana Czaplińskiego przełożony) tekst?

Mamy na scenie przekrój przez społeczeństwo, którego odbiciem są przysięgli – i ów przekrój ma de facto zdecydować o życiu i śmierci sądzonego chłopaka. Tylko jeden sędzia ma wątpliwości co do promowanej przez resztę oczywistości winy i nie waha się nimi dzielić. Dlaczego najbardziej logiczne argumenty, dlaczego eksperymenty niepozostawiające jakichkolwiek wątpliwości co do wiarygodności świadków – do części przysięgłych nie trafiają? Będzie happy end, pamiętamy, ale nie znaczy to, że wychodzi się z teatru z poczuciem zwycięstwa czegoś na kształt czystości czy moralności. Przeciwnie – uprzedzam – to bardzo gorzkie przedstawienie, może mocno zbrukać. 

Miałem niejasne wrażenie na początku, że aktorzy jakby jeszcze się nie „zgrali”, że każdy gra do swojej bramki. Dopiero w którymś momencie dotarło do mnie, że przecież tak miało być: ci nasi bohaterowie, choć uczestniczyli w procesie, po raz pierwszy właśnie w tej sali obrad zamieniają ze sobą kilka słów.

Dopiero tu zaczynają badać granice współorzekających, tu dopiero mogą sprawdzić, jak wysoki rachunek wystawi ta grupa za ich decyzję dotyczącą przecież życia i śmierci. 

Sędziów mamy dwunastu, ale pierwsze skrzypce (nie wiem, czy mogą być aż cztery pierwsze) przypadły w tym spektaklu Filipowi Kowalczykowi, Szymonowi Roszakowi, Sławomirowi Orzechowskiemu i Mariuszowi Ostrowskiemu. A że dla wielkich aktorów nie ma czegoś takiego jak „mała rola” to proszę to poruszające przedstawienie obejrzeć także po to, żeby zobaczyć, co ze swoim epizodem zrobił Krzysztof Wakuliński.

To jest spektakl, który i zdobywa jednoznaczne uznanie krytyki i jednocześnie szczelnie - od samej premiery - wypełnia widownię na Mokotowskiej. Taka koniunkcja nie zdarza się przesadnie często.

Źródło:

www.rafalturow.ski/teatr

Link do źródła

Sprawdź także