Logo
Recenzje

Prawdziwa zbrodnia

14.03.2026, 14:08 Wersja do druku

„Prawdziwa zbrodnia” Michała Kmiecika w reż. Anny Rozmianiec w Teatrze Lalek Pleciuga. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. Piotr Nykowski / mat. teatru

Kryminał na teatralnych deskach! Są trupy, jest zagadka, jest śledztwo. Jest gęsto i mrocznie! A co, jeśli zbrodni nie było? I bynajmniej nie mowa tu o nieszczęśliwym wypadku, bez udziału osób trzecich. Czy to nadal kryminał? Czy pozostałe elementy przynależne gatunkowi zadziałają w niezmienionym natężeniu i napięciu? A co, jeśli zamiast pytania „kto zabił?" zapytamy „dlaczego?” Przewrotne.

Szczeciński Teatr Lalek „Pleciuga” długo kazał czekać na nowe przedstawienie dla dorosłych widzów. Wreszcie jest: „Prawdziwa zbrodnia” według tekstu Michała Kmiecika, w reżyserii Anny Rozmianiec. Poprzednie propozycja to kameralny monodram Rafała Hajdukiewicza „Robinson” w reżyserii Agaty Biziuk z 2023 roku, a rzecz z większym inscenizacyjnym rozmachem – „Ballada szczecińska” Arkadiusza Buszki – miała premierę ponad sześć lat temu. Mnie radość wręcz rozpiera, bo jestem wielkim admiratorem teatru formy. Ten pozwala na więcej – na niedosłowną nierealność, na stworzenie hybrydy fantazji i iluzji, oraz ich osadzenie w jakiejś onirycznej quasi-rzeczywistości. Pokrewne dzieła z przestrzeni sztuki filmowej tworzą moją wrażliwość, a mam na myśli obrazy wielkich Mistrzów transgresji estetycznej – Wesa Andersona, Tima Bartona czy Yorgosa Lanthimosa.

W pierwszej scenie „Prawdziwej zbrodni” dowiadujemy się o… prawdziwej zbrodni. Wielokrotnie jesteśmy utwierdzani, że to rzecz oparta na faktach (oczywiście autentycznych). Krzysztof (lat 43), Anna (lat 40) oraz ich siedmioletnia córka Zuzia nie żyją. Ich ciała leżą w policyjnych obrysach na podłodze. By dowiedzieć co się stało będziemy musieli się cofnąć w czasie i poznać tę rodzinę i być może motyw zabójstwa, a szczególnie kto go dokonał. Klasyka gatunku!

Uwielbiamy kryminały, prawda? To bezpieczna, bo fikcyjna, konfrontacja z naszymi lękami, emocjami, ale też chorymi zawiłościami współczesnego świata. To czasami spełnienie skrytych fascynacji tym, co zakazane, ciemne czy mroczne. Czytając książki, oglądając filmy kryminalne mierzymy się z przemocą, winą, obsesją, złem — ale zawsze z dystansu. To trochę taki emocjonalny symulator, w którym boimy się, odczuwamy niepokój, ale jednocześnie mamy pewność, że nic nam realnie nie grozi. Lekarze z zakresu psychiatrii wskazują na swego rodzaju katharsis, twierdzą nawet, że oglądanie zła pozwala je oswoić i w jakiś sposób zrozumieć. W to drugie szczerze wątpię, bo gdyby tak było, to świat byłby piękny i doskonały, prawda?

W przypadku sztuki – literatury, filmu czy teatru – kryminał wydaje się możliwie najlepszą strukturą dramaturgiczną. Te proste zasady to wzorzec dla prowadzenia opowieści każdej z wymienionych dziedzin sztuki czy technik narracyjnych. Jest tu stały układ zdarzeń, pewien określony rytm – zbrodnia, śledztwo, rozwiązanie zagadki (kto zabił?). Kryminał wieńczy zazwyczaj kara, morał albo przestroga. To wszystko ma oczywiście przypisane odpowiednie reakcje i zachowania odbiorców.

„Prawdziwa zbrodnia”, choć pozornie wierna wspomnianemu rytmowi, zdaje się ów gatunek instrumentalnie wykorzystywać do stworzenia zupełniej nowej formy. Kmiecik i Rozmianiec bezczelnie i ewidentnie (sic!) tworzą osobny i osobliwy utwór. To przekorne, przewrotne i… sprytne. Nawet chronologia jest na opak, bo niemiłośnie bezlitosna retrospektywa (wcześniej!) odkrywa coraz to nowe pokłady rodzinnej zgnilizny, penetrując znacznie dalej niż ramy zwykłego śledztwa. To kryminał wielce psychologizujący (sic!).

Rzekomo hybrydowa wojna Rosji w krajach Europy ma na celu sprawdzanie reakcji krajów NATO. Ma prowokować i zaskakiwać. Twórcy spektaklu wydają taką właśnie „wojnę” widzom. Sprawdzają jak daleko można się posunąć w teatralnej kreacji. Sprawdzają jak bardzo publiczność da się zrobić w konia. Nie tylko skupiają się na wspomnianym „dlaczego” i fundują esencjonalną analizę relacji między bohaterami dramatu, ale metody prowadzenia kryminalnej opowieści wykorzystują do czegoś zupełnie innego. To mechanizm marchewki na kiju/wędce. Wiedzeni ciekawością makabrycznej zbrodni odkrywamy coś czego wcale nie chcieliśmy o bohaterach wiedzieć. To coś wstydliwego, uwierającego, niewygodnego, ale też skrytego i nieoczywistego na tzw. pierwszy rzut oka. Przykładna rodzinka okazuje się mniej przyjemna niż sądziliśmy. Czy życie w atmosferze nienawiści, przemocy i niezrozumienia można jeszcze uznać za życie?

Czyli wróciliśmy do pytania, a co, jeśli trupa nie ma? To znaczy trup jest, ale metaforyczny. Siłą rzeczy morderca tożsamy. Czy można umrzeć inaczej niż na śmierć? Czy można żałować kogoś kto nie umarł na śmierć? Czy można szukać winy zabójcy, który nie zabił na śmierć? I czy przysługuje mu nadal status zabójcy? No i co z karą? Kto jest winny?

Rafał Hajdukiewicz sportretował Krzysztofa, rzekomo stateczną głowę stereotypowej rodziny. To misterna i niezwykle konsekwentna kreacja. Symbolem tego drugiego jest niewyczerpalna kreatywność możliwości użycia jednego rekwizytu, czyli papierosa! Ilość prób jego zapalenia to figura wprost niemożliwa. Warto też zwrócić uwagę, że Hajdukiewicz „przekazuje” papierosa także swoim lalkowym egzemplifikacjom, co notabene, budzi salwy śmiechu wśród widzów. Mnie rozczuliło w swojej konsekwencji i błyskotliwej karykaturze. Zaś wspomniana misterność kompozycji postaci, to wnikliwe wejrzenia w jej prawdziwy charakter. Sztuczny uśmiech i uspokajające słowa to tylko powierzchowność. Głębiej jest… hmmm… tutaj zaskakujące zestawienie przeciwnych znaczeń – ostro i tępo. Interpretacje pozostawiam widzom/czytelnikom. Bardzo dobra rola!

Anna według Mai Bartlewskiej skrywa w sobie jednocześnie cierpliwość i cierpienie. Ach! Jak prawdziwie wybrzmiewają jej krótkie powtarzalne sekwencje krzyku w migającym strumieniu światła. To poruszające momenty, w których Anna wyrzuca z siebie cały ból, taka próba chwilowego oczyszczenia, by za chwilę zacząć ciąg poniżeń od nowa i od nowa i od nowa… Tak w kółko. Chociaż sama bez winy też nie jest. Bartlewska stworzyła w „Pleciudze” szereg brawurowych ról, ale po raz pierwszy oglądamy ją w tak wyrazistej kreacji w spektaklu adresowanym dla dorosłych (jej „rola w „Balladzie szczecińskiej” nie miała tak dramatycznego charakteru, a bardziej musicalowy). Tym razem musiała zapomnieć o pewnych interpretacyjnych uproszczeniach czy mechanizmach czytelnych dla młodych widzów i użyć zupełnie innych aktorskich środków. Efekt: bardzo dojrzała, przemyślana i dojmująco wrażliwa kreacja. Artystka potwierdziła swoją aktorską szczerość i wyrazistość. Brawo!

Kilkuletnią córeczkę Anny i Krzysztofa sportretowała debiutująca w zespole „Pleciugi” Zofia Tkocz. Choć to aktorka młoda, to by wiarygodnie pokazać małą dziewczynkę i tak musiała sięgnąć po wymagające niezwykłej uwagi i umiejętności aktorskie środki. Udało jej się to brawurowo. W niektórych scenach wydawało się, że posiada dziecięcą dublerkę, która w niezauważony sposób ją zastępuje. Beztroska i dziewczęca naiwność, którą pokazała wymagała wielkiego nakładu pracy. Trzeba zobaczyć jej niemożliwie szeroki uśmiech i latające dookoła oczyska. Trzeba zobaczyć jak za chwilę ów błysk traci na rzecz rozczarowania, smutku i strachu. Dla tak znakomitego efektu – warto! To się nazywa debiut!

Są także „żywe” postaci. To tajemniczy potwór Macieja Sikorskiego oraz nieoczywista postać Mirosława Kucharskiego. Obaj pełnią „funkcję” narratorów, „posuwających” akcję do przodu (w tym przypadku często wstecz), ale także uczestniczących w przywoływanych wydarzeniach. Sikorski jako bestia jest przepyszny. Na szczególne uznanie zasługują jego klimatyczne opowieści wspierane mikrofonowym pogłosem. Słuchać kryminały lub thrillery w jego wykonaniu – czysta przyjemność (sic!). Aktor stworzył dla potrzeb postaci mechanizm poruszania się, a także świdrowania oczyskami, zmienionymi soczewkami w iście piekielne spojrzenie. Strach się bać. Postać Sikorskiego to także ciekawe wprowadzenie weń baśniowego sznytu, który przydaje „Prawdziwej zbrodni” oryginalności i symbolicznego charakteru. Kucharski zaś, pojawiając się niespodzianie w połowie spektaklu (siedząc niezauważonym na widowni), nadaje mu dokumentalnego tonu. Jego racjonalność znakomicie kontrapunktuje z rzeczonym wcześniej „robieniem” widzów w konia albo jednocześnie przydaje mu pewnej legitymizacji.

Kinga Dalska, szefowa pleciugowych pracowni plastycznych, wystąpiła w podwójnej roli, bo także jako autorka scenografii ora kostiumów. Zaproponowała uniwersalną przestrzeń, stroniąc od scenograficznej dosłowności. Choć „Prawdziwa zbrodnia” należy do kryminalnego podgatunku „domestic noir” czyli tzw. opowieści domowej (przestrzeń rodziny jako kocioł przestępczości), nie zobaczymy tu typowego mieszkania, lecz jedynie zaznaczone elementy jego wyposażenia – stół czy krzesła. Przestrzeń dopełniają ruchome stelaże, które mogą przyjmować rozmaite role. Podświetlone czerwone pleksi zawieszone na jednym z nich wygląda jak ociekająca krwią zasłona, a stalowa krata na innym może być jednocześnie klatką z groźnym stworem, albo szkolna szatnią. Dwa z parawanów wieńczą wybrakowane luksfery. Już sam charakter szklanych kafli przywodzi na myśl podglądactwo (dla kryminału jak ulał). Mają one także praktyczne zastosowanie, stanowiąc tło scen z wykorzystaniem lalek.

Jednorodne kostiumy wszystkich bohaterów – czarne dresy w czarna jodełkę, przywodzą na myśl więzienne uniformy. Ale w wersji exlusive, spod ręki co najmniej Jean-Paula Gaultier (sic!). Czy to sygnał rodzinnego zniewolenia, zamknięcia? Mocne!

Plan żywy dopełniają sceny lalkowe. Są tu pacynki, lalki stolikowe oraz tintamareski. Są także animowane formy amorficzne (flaki?). Lalki, które zaproponowała Dalska zaskakują. To nakładane na palec główki postaci, organiczne „robale”, albo lalki-niemowlaki, znakomicie nawiązujące do niemożliwej do zatrzymania retrospektywy (wcześniej!). Całość w takim bardziej „burtonowskim” stylu. Taaaaak!

Przestrzeń dopełnia jeszcze neon, który może zmieniać swoją treść. Z uwagi na intensywność akcji, uważam go za zbędny „gadżet”.

A propos neonu, w sensie światła. Prot Jarnuszkiewicz, reżyser świateł, znakomicie zrozumiał intencje zarówno Dalskiej jak Rozmianiec i rewelacyjnie rzecz dopełnił precyzyjnymi strumieniami światła. Zabrzmi jak oksymoron, ale udało mu się owe światło poprowadzić… mrocznie.

Ów mrok, niepokój, tajemnica, czy wreszcie opowieść jako taka, nie wybrzmiałyby tak wyraziście i atrakcyjnie, gdyby nie muzyka Jakuba Woźniak. Kompozytor stworzył adekwatne muzyczne i dźwiękowe uniwersum „Prawdziwej zbrodni”. Jego czułość na znaczenie poszczególnych scen zadziwia. Pokazać tak trudny temat muzyką to, parafrazując tytuł, prawdziwa… sztuka! Wirtuozeria!

„Prawdziwa zbrodnia” wciąga widza w kryminalną zagadkę i z taką samą siłą zaskakuje jej… nierozwiązaniem. Co z tego, że trupów nie ma… To znaczy są, ale w innym rozumieniu. Zresztą odnoszę wrażenie, że jeżeli któryś z widzów wymyśli (dopowie) sobie inne zakończenie, to twórcy wcale się nie obrażą. Byle po drodze zauważyli i zrozumieli to, o czym ci chcieli powiedzieć. Bądźmy dla siebie czuli, lepsi, słuchajmy się, zauważajmy się, opowiadajmy się sobie… Po prostu ładnie żyjmy, bo nie żyć jest bezsensu i głupio. Sam spektakl to popis teatralnej magii, pokaz możliwości teatru formy i wreszcie festiwal znakomitego teatralnego rzemiosła.

Niespodziewany epilog: niemal równolegle z premierą „Prawdziwej zbrodni” w „Pleciudze” kinową premierę miał nowy obraz Wojciecha Smarzowskiego „Dom dobry”. Przypadek? Nie sądzę… To smutne, że trzeba o tym robić filmy czy spektakle. Niestety… Za twórcami pleciugowego przedstawienia: „zbrodnia jest prawdziwa, bo dokonuje się na nas samych, niezależnie od tego, czy dookoła padają trupy”.

Tytuł oryginalny

Prawdziwa zbrodnia

Źródło:

Teksty Źródłowe
Link do źródła

Sprawdź także