„Lady Makbeth” z muz. Vincenzo Lamagna w choreogr. Akrama Khana w Den Kongelige Ballet w Kopenhadze. Pisze Benjamin Paschalski na stronie benjaminpaschalski.pl.
Dania, mały kraj skandynawski, który dzieli od Polski Morze Bałtyckie, to miejsce, w którym unifikuje się wielka tradycja i ciekawa współczesność sztuki tańca. Tu Królewski Balet Duński tworzył August Bournonville wprowadzając na kopenhaską scenę, gdzie pełnił przez wiele lat funkcję szefa zespołu baletowego, kolejne swoje tytuły, które stały się dziś żywą historią. Ukazują one wielką innowacyjność owego artysty, a także odmienność podejścia do klasycznej szkoły tańca.
Dzisiejszy dzień duńskiego zespołu to międzynarodowy skład, który liczy blisko stu tancerzy co czyni go jednym z największych w Europie. Na jego czele, od dwóch sezonów, znajduje się amerykańska tancerka, która przez lata była związana z kopenhaską formacją, Amy Watson. Objęła zespół w dość dziwnych okolicznościach, gdzie zarzuty mieszały się z plotkami. Jej poprzednik Nikolaj Hubbe przez lata niezwykle konsekwentnie prowadził zespół, który pod względem technicznym i repertuarowym zaliczyć można do jednego z najważniejszych na naszym kontynencie. Każdego sezonu to blisko dziesięć produkcji ze stałego repertuaru, a także nowe premiery. Choć nie brakowało kontrowersji, gdy nagle zrezygnowano w roku 2021 z produkcji „Frankensteina” w choreografii Liama Scarletta tłumacząc powody „nieakceptowalnym zachowaniem” twórcy. Rok później zerwano współpracę z Johnem Neumeierem, który miał przygotować wznowienie „Otella”. Nie doszło do niej po krytyce tancerzy zarzucających widowisku stereotypy rasistowskie. W owych zdarzeniach można wyczuć napięcia i nie do końca wyjaśnioną, wewnętrzną sytuację w zespole, która pulsowała niewyjawianym konfliktem. Stąd rodziła się konieczność zmiany u steru podmiotu, który jest częścią składową Teatru Królewskiego skupiającego pod jednym szyldem: dramat, operę i balet w trzech różnych lokalizacjach: dużej i dawnej sceny oraz siedliska zespołu aktorskiego. To tętniąca, żywa instytucja, której nie tylko repertuar, ale także w miarę dwa nowe budynki, położone nad samą wodą, oczarowują architektoniczną innowacyjnością, ale i pejzażową lokalizacją.
Amy Watson już zaznaczyła swoją krótką dyrekcję niezwykle wyrazistym podejściem do repertuaru. Na pewno owe wybory są wypadkową zarówno jej artystycznego gustu, ale także propozycji pozostawionych przez Hubbe. W świecie prestiżowych scen planowanie odbywa się kilka sezonów w przód, wszak kalendarze najciekawszych artystów są wypełnione innymi zobowiązaniami. W zeszłym sezonie, szczególną premierą, która charakteryzowała się widowiskowością, ale jednocześnie olbrzymią powierzchownością, był „Wielki Gatsby” w choreografii Arthura Pity. Publiczność oklaskiwała sceny pełne lukrowanej atmosfery lat dwudziestolecia międzywojennego Stanów Zjednoczonych, a z drugiej strony bił minimalizm tanecznej formy. Nie zmienia to faktu, że widzowie uwielbiają owe typu przedsięwzięcia, gdy rozrywka miesza się z luksusem.
W obecnym sezonie szefowa postawiła na odmienny klimat, świat, obraz i chyba także to ukłon wobec innego widza. Zaproszenie Akrama Khana, jednego z największych choreografów naszych czasów, którego pracę dopiero co mogliśmy oglądać podczas Łódzkich Spotkań Baletowych, stało się już w zapowiedzi sensacją i wielkim oczekiwaniem. Bowiem, po kilku latach od realizacji „Giselle” i „Creature” dla English National Ballet, ów brytyjski artysta z korzeniami bengalskimi, zrealizował pełnospektaklowe widowisko baletowe w teatrze repertuarowym. Przez kilka dobrych lat tworzył z własnym zespołem i innymi formacjami mniejsze prace, które czerpały szerokimi garściami z tradycji, obrzędowości, fascynacji orientem. Były względem siebie wtórne i niepokojąco podobne. Rodziło to moje obawy wypalenia artystycznego twórcy. Nic bardziej mylnego! Doświadczenie kopenhaskie całkowicie odmienia owe postrzeganie. Ukazuje wielką innowacyjność, jasny koncept ideowy, niesamowity indywidualny świat tanecznej opowieści, który pochłania i wtapia widza swoją ruchową kreską, ale także przemyślaną narracją.
Tym razem Khan sięgnął po wielką literaturę. Ale nie czyta jej wprost, ale po swojemu, indywidualnie, autonomicznie. Łączy świat realny z mistycznym, gdzie miesza się to, co fizyczne z tym co duchowe ukazując, że jako ludzie nie możemy żyć oderwani od tego co niesie natura, tajemnicza siła, która pulsuje, oddycha, a jest niezauważalna. Jednak daje o sobie znać w momencie przesilenia, niepokojów, wstrząsu, zagrożenia. To jak przestroga, że destrukcja może mieć poważne, nieodwracalne konsekwencje. Punktem wyjścia stał się szekspirowski „Makbet”. Jednak, analogicznie jak miało to miejsce w zeszłym sezonie w Amsterdamie, w układzie Helen Pickett, tytułem jest „Lady Makbeth”. Wówczas amerykańska choreografka skupiła się na psychologii kobiecej dominacji, dążenia do podporządkowania mężczyzny, który ostatecznie wykorzystuje kobietę do walki o władzę.
Khan idzie dalej, odmiennie, inaczej. Tworzy na swój sposób dwa światy: kobiecy - duchowy, mistyczny, tajemniczy, zatracony w micie i tradycji, a także męski - siły, przemocy, walki, brutalności i pożądania władzy. Wychodząc z opowieści zawartej na kartach Stratfordczyka kluczowa jest rola wiedźm. Tych, które widzą więcej, tworzą losy, nie tylko przepowiadają, ale je kreują. To jak pulsowanie natury, niczym zmultiplikowana Erda z „Pierścienia Nibelungów” Ryszarda Wagnera. Bogini ziemi i mądrości znająca przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, konstruuje świat. W układzie kopenhaskim owa rola należy do jasnowidzek, wieszczek, które żyjąc w lesie, w zgodzie z pulsem natury, otaczają opieką to co ziemskie. Jednak wstrząs, konflikt, zagląda i niweczy to co było budowane od zarania dziejów. Aby powrócić do punktu wyjścia należy odbyć drogę przez zbrodnię, która oczyszcza i buduje na nowo, jednoczy. Staje się polem pojednania. Politycznie - nową umową społeczną relacji pomiędzy tym co pisane popędem ludzkiego działania i odmiennością duchowego trwania.
Punktem wyjścia do owej opowieści jest bezpłodność Makbeta i jego żony. Wyprawa do symbolicznego lasu, jest przestrzenią ukazania ich związku. Ale gdy małżonek opuszcza swoją partnerkę to ona otrzymuje przepowiednię. Główną wieszczką jest Lady Macduff, która wróży to co nastanie, gdy zbrodnia będzie kluczem do zdobycia tronu, który i tak stanie się tylko środkiem do celu - nowego pojednania. Nadciągające wojsko dokonuje masakry - wymordowania wiedźm. Pozostają jedynie trzy. Dla Lady Macbeth to sygnał swoistego pojednania, współdziałania na rzecz nie tyle realizacji przepowiedni, co owego odrodzenia. Świadkiem zdarzeń jest Banquo z córką - Fleance. I owa odmiana płci jest niezwykle istotna. Bowiem to ona dokona mordu na Makbecie i stworzy nowe przymierze. Nie tylko rewanżu kobiety wobec mężczyzny, ale przede wszystkim odrodzenia wspólnoty, pojednania dwóch światów: realizmu i mistycyzmu. Nim to nastąpi sceny biegną w miarę spójnie z dramatem szekspirowskim. Następuje mord na królu Duncanie, ucieczka syna Malcolma, oskarżanego o ojcobójstwo, pojednanie z Macduffem. Koronacja Makbeta, zabójstwo Banquo i Lady Macduff, które jest kluczowe dla dalszych poczynań, żony nowego władcy. To otrzeźwienie i jasny sygnał o pokonanie zła, choć ona naiwnie liczy na możliwe pokojowe zjednoczenie. Pulsujący rytm tworzy zjawiskowe sceny grupowe: tańców szkockich, obrzędu wiedźm, walki i zbrodni. Akram Khan zabiera widzów w świat głębokiego przeżycia tanecznego, transu, ekspresji i wielkiej dynamiki.
Owe widowisko, rozegrane prawie na pustej scenie, posiada jeden element dekoracji. To opadające drzewo z korzeniami. Tim Yip tworzy owe plastyczne tło dla skonstruowania konieczności nowego osadzenia życia, egzystencji, trwania na nowych zasadach. Ów element opada przez cały spektakl, aby stać się symbolem lasu, który zbliżył się do bram zamku Makbeta, aby go pokonać. To także nowa płaszczyzna dialogu, wspólnoty, która jak w klasycznej, szwajcarskiej formie demokracji może zbudować nową jakość rozwiązywania sporów. Tym, co buduje klimat, jest świetna kompozycja z nachodzącą ścieżką dźwiękową autorstwa Vicenzo Lamagna. Już pierwszy dźwięk niczym rozpadającego się konaru drzewa symbolizuje rozłam, degradację. Muzyka pełna brutalnej, wyrazistej barwny doskwiera w uszach, ale unosi taneczną ekstazę. Pomniejszone smyczki, rozbudowane instrumenty dęte oraz perkusja tworzą tło niesamowitości i przerażenia. Vello Pähn, prowadzący orkiestrę, świetnie współpracuje z tancerzami. Ten niezwykle trudny materiał muzyczny ma w sobie wielką moc wstrząsu i niepokoju, gdzie subtelność została zabita w pierwszych fragmentach zbliżenia małżeństwa Makbetów, a potem już tylko następuje zbrodnia i okrucieństwo.
W całej historii choreografa kluczową postacią jest Lady Macbeth. Nie rządzą nią ambicje i namiętności, ale głębsza idea trwania, konstruowania nowego na zgliszczach upadłego, utraconego. Owa kobieca wróżba buduje jej postępowanie. Wyrzeka się symbolicznie męża na rzecz kobiecej wizji świata i nowego przymierza. To forma solidaryzmu kobiet, więzi która buduje się pomiędzy nią a Lady Macduff i Fleance. Początkowe doświadczenie w lesie, otrzymana przepowiednia kształtuje przyszłość, decyzje, motywacje, okoliczności. Rozlew krwi jest drogą do celu - spokoju, pokoju, ciszy. Ów nowy mit tworzy zbrodnia - morderstwo wiedźm - aby mógł nastać pojednanie. To szczególne ukazanie relacji płci, przeciwstawnych światów, odmiennych celów i życiowych wyborów. Śmierć Makbeta z ręki Fleance buduje nowe, Lady Macbeth odchodzi z tego co rzeczywiste do krainy wiedźm, staje się nową wieszczką, wierząc w możliwy dobry świat.
Na scenie królują solistki: Stephanie Chen Gundorph (Lady Macbeth) i Emma Riis-Kofoed (Lady Macduff). Odmienne, ale sprawne technicznie. Demoniczne, choć nie pozostawienie uczuć i wsparcia. Owe rozdarcie świetnie ukazuje żona tytułowego bohatera. Lady Macduff symbolizuje dzikość i niebezpieczeństwo nadchodzącej katastrofy. Wiele w jej roli wyrazistej pantomimy i gestu, który wzmaga niepokój i trwogę. Meirambek Nazargozhayev jako Makbet na ich tle wydaje się wycofany, blady, nieodparcie wierzący w miłość żony, nie orientując się, że gra toczy się o inną stawkę. Ale to przede wszystkim spektakl dla zespołu, który błyszczy w grupowych sekwencjach, a nimi przesiąknięty jest cały spektakl. Khan wyżywa się w swojej eksplozji ruchu, a niektóre elementy zbliżają do żarliwości znanej z Giselle - też dwóch światów realnego i fantastycznego pisanego kobiecą dominacją, specyficznym ruchem wspólnotowym kobiet. Tu choreograf stosuje podobny zabieg kontrastu. Wynik jest zjawiskowy, pełen dynamiki, ekspresji, żarliwości i ostrości. Zew siły natury i popędu świetnie współgrają tworząc taneczny ekstatyczny trans, który pochłania i zniewala widzów.
To na pewno wielkie osiągnięcie sztuki tańca. Kolejna duża praca Akrama Khana, która zachwyca nie tylko wykonaniem i pomysłowością, ale także unikalną opowieścią. Choreograf pozostaje w swoim kręgu zainteresowań, nie tylko rywalizacji płci, ale także obrzędowości, tajemnicy, różnorodności i nieustannej walki. Siłą owego spektaklu jest oczywiście zespół, który otrzymał świetny spektakl. Niech to będzie dobra wróżba i przepowiednia dla realizacji dalszych planów kopenhaskiej formacji.