„Arkadius is dead” Michała Kmiecika w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Pisze Rafał Turowski na stronie www.rafalturow.ski.
Kiedy byłem młody, bardzo chciałem mieć jeansy od Arkadiusa.
Niestety, nawet całkiem dobra pensja radiowca w tamtych czasach starczała ledwie na fragment nogawki, gdyż cyferki na metkach arkadiusowych ciuchów przypominały raczej PESEL niż cenę (nawet jeśli byliśmy jeszcze przed denominacją i wszyscyśmy zarabiali miliony). Spodni od Arkadiusa więc nigdy nie miałem, zresztą pewnie nie nadawałby się do chodzenia – ani w paździerzowej Warszawie lat 90., ani nawet dziś, bo to były raczej artefakty niż ubrania do codziennego użytkowania, jednak droga tego utalentowanego i ambitnego chłopaka z podlubelskiego Parczewa na salony zawsze mi imponowała. Skończyło się, jak się skończyło – mam nadzieję, że w tej brazylijskiej wsionce, w której mieszka, jest naprawdę szczęśliwy.
Spektakularna forma spektaklu – z wybiegiem, modelami i ekscentrycznymi, niegdyś szokującymi strojami – przykryła niestety emocje, które starał się tchnąć w swojego bohatera Paweł Paczesny.
Powiedzmy szczerze: ten Arkadius został tak skonstruowany, że trudno było poczuć do niego sympatię, zawiść, współczucie czy cokolwiek. Podobnie rzecz się miała z towarzyszącymi mu postaciami – zarówno prawdziwymi, jak i wymyślonymi – od Alexandra McQueena po Matkę Boską. Wyjątkiem jest chyba tylko Wuefista, którego celowo bardzo grubą kreską, ale znakomicie, narysował Mikołaj Chroboczek.
Donoszę z pewnym rozczarowaniem, że spektakl mnie znużył i nie bardzo obszedł.