„Poskromienie złośnicy” Williama Shakespeare'a w reż. Igora Gorzkowskiego w Teatrze im. Osterwy w Lublinie. Pisze Piotr Zaremba w portalu i.pl.
Igor Gorzkowski wystawił w lubelskim Teatrze im. Juliusza Osterwy „Poskromienie złośnicy” Williama Szekspira. A ja zadam przewrotne pytanie: po co nam dziś ta komedia?
Sztuka „Poskromienie złośnicy” kończy się monologiem tytułowej postaci uznającym panowanie mężczyzn nad kobietami. Wcześniej ujarzmiający ją Petruchio przekonuje nas, że żona jest własnością męża.
Intryga jest prościutka. Młodsza córka nie może wyjść za mąż, nim wyjdzie starsza. Ale Kasia jest wiecznie awanturującą się jędzą. Aż znalazł się człowiek, właśnie Petruchio, który ją poślubił, a potem traktując brutalnie, zmusił do uległości. Jego wywody można by uznać jedynie za metodę łamania towarzyszki życia, która ma przykry charakter. Ale kiedy ona sama opowiada się za pokorą jako jedyną sensowną postawą kobiety, czujemy, że Szekspir wykłada swoją własną teorię relacji między płciami.
Grać Szekspira przeciw niemu?
Problem jak to przedstawiać dzisiaj, kiedy te relacje nie przypominają XVI-wiecznych, istniał od dawna. Początkowo w inscenizacjach przeważała wierność intencji autora. Pamiętam, że jako dziecko zobaczyłem telewizyjną wersję Zygmunta Hübnera . Tadeusz Łomnicki ujarzmiał Magdę Zawadzką. Już wtedy, choć feminizmu w Polsce jeszcze nie było, zareagowałem młodzieńczym oburzeniem na antykobiecy wydźwięk tekstu.
Próbował wywrócić tę wymowę Krzysztof Warlikowski – w roku 1998 w Teatrze Dramatycznym (potem przeniesiono ten spektakl do TVP). Czy udało mu się całkiem zagrać Szekspira przeciw Szekspirowi? Miał nas przekonać o odwrotnym od szekspirowskiego morale widok Danuty Stenki-Kasi płaczącej podczas finałowej deklaracji o podporządkowaniu mężowi. Ale mam wrażenie, że ten spór trochę utonął w ogólnym chaosie bardzo barwnego, widowiskowo zmieniającego realia spektaklu. Zbigniew Zapasiewicz powiedział wtedy, że jeśli pan Warlikowski musi aż tak bardzo deformować Szekspira, to powinien napisać własną sztukę.
W miniprogramie teatralnym sceny imienia Osterwy czytam, że „Kasia nie buntuje się bez powodu – jej opór to reakcja na świat, który odmawia jej prawa do decydowania o sobie”. A więc mamy kolejną próbę podważenia archaicznej wizji małżeństwa i miejsca kobiety. Takie są intencje Gorzkowskiego, autora wielu znakomitych inscenizacji, do niedawna dyrektora artystycznego Teatru Ochoty. Na ile się one spełniły?
Dostajemy w tym przedstawieniu sceniczny pomysł rozbicia postaci Kasi na trzy aktorki. Nie znam uzasadnienia. Czyżby reżyserowi chodziło o uczynienie z bohaterki jakiejś syntetycznej reprezentantki kobiecej zbiorowości? Efektem jest zamęt na scenie. Nie znający sztuki widzowie mają prawo nie rozumieć, kim są trzy snujące się po niej dziewczyny.
To kolejny przykład sytuacji, kiedy wizja reżysera realizuje się trochę kosztem klarownie opowiadanej historii. Zarazem, czy dramat Kasi brzmi mocniej, kiedy słyszymy jej słowa z coraz to nowych ust?
Spektakl malowniczy, ale...
Trzeba przyznać, że poza tym dostajemy spektakl malowniczy. Choć pełen dysonansów w kwestii realiów. To co słyszymy nie zawsze zgadza się z tym co widzimy, mamy świat zarazem dawny i niemal dzisiejszy. Postaci są poprzebierane w stroje albo współczesne, albo barwnie uniwersalne (kostiumy Joanna Walisiak), to już skądinąd właściwie rutyna przy szekspirowskich inscenizacjach. Miotają się zaś pośród fantazyjnych dekoracji Honzy Polivki.
Pomijając kwestię trzech Kaś, akcja toczy się wartko i zrozumiale. Czy jednak wywraca szekspirowskie uprzedzenia? U Warlikowskiego ten bunt przeciw nim choć także niespójny, był chyba cokolwiek mocniejszy. Tu mamy się domyślać, że to co opowiada Kasia (a właściwie Kasie) o powinności kobiet, jest smutne, bo ona (one) jest smutna. To trochę za mało, aby sygnał stał się w pełni czytelny.
Pozostaje uznać przypomnienie samego tekstu za punkt wyjścia do dyskusji o przeszłości. Ktoś powie, że do pewnego stopnia i o teraźniejszości, bo enklaw patriarchatu można tu i ówdzie wypatrywać, choć częściej poza Europą. I kontentować się zgrabną grą aktorów.
Trzy Kasie to Nina Biel, Kamila Janik i Edyta Ostojak, młode, utalentowane artystki tego teatru, które jednak nie pomagają sobie nawzajem wchodząc jedna drugiej w słowo. Wojciech Rusin, czołowa twarz Teatru Osterwy, gra Petruchia ze swadą, jest wyraziście knajacki, choć nie aż tak jak Adam Ferency u Warlikowskiego. Nie jesteśmy do końca pewni, jakie są jego intencje. Wszak żeni się z jędzą dla pieniędzy. Co tu jest pozą, a co dobrymi intencjami? Ta zagadkowość to mocna strona jego kreacji.
Mamy też galerię wyrazistych postaci drugoplanowych: Macieja Grubicha jako błazeńskiego służącego Grumia, Michała Czyża jako nieco normalniejszego sługę Trania, Pawła Ferensa i Wojciecha Dobrowolskiego jako groteskowych zalotników do ręki młodszej siostry Bianki.
Oskar Rybaczek jako Lucencio i Jowita Stępniak jako Bianka zręcznie konstruują sympatyczniejszą, alternatywną wersję szekspirowskiego związku. Nawet ich podpatrujemy w miłosnym uniesieniu. Włodzimierz Dyła budzi nasze współczucie jako znękany ojciec panien na wydaniu. Dodajmy, że większość aktorów gra też drugie role tworząc malowniczy dwór Petruchia na początku drugiego aktu.
Na koniec przypomnę, że rok po inscenizacji Warlikowskiego Gil Junger dokonał amerykańskiej filmowej parafrazy tej sztuki Szekspira pod tytułem „Zakochana złośnica” – z Julią Styles i nieodżałowanym Heathem Ledgerem. Rzecz przeniesiono w realia amerykańskiego liceum. I choć ledwie wierzyliśmy w ojca, który zakazuje młodszej córce randek, dopóki chłopaka nie znajdzie starsza (nawet nie w Ameryce prowincjonalnej a wielkomiejskiej!), całość okazała się przyjemnie empatyczna. Tam Kasia-złośnica mogła być naprawdę feministką, skądinąd także dziewczyną zranioną i czekającą, aż ktoś ją zrozumie.
No tak, tyle że oni nie mówili szekspirowskimi frazami. Nie dochodziliśmy do sytuacji, kiedy ze sceny padają konkretne zdania, a my byśmy bardzo chcieli je podważyć. Tylko nie bardzo wiemy jak.
Stąd moje pytanie o sens wracania do tej akurat sztuki Szekspira. Który bynajmniej nie był „męską szowinistyczną świnią”, jak chcą feministki, ale był produktem swoich czasów, wyjątkowo utalentowanym, ale jednak. Nie daję zdecydowanej odpowiedzi, ale sensownie byłoby jej poszukać. Bo może sprzeczność między intencjami autora a naszą wrażliwością jest nie do przełamania.