„Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej w reż. Marka Kality w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Pisze Tomasz Miłkowski w AICT Polska.
Gabriela Zapolska opatrzyła swoją ulubioną komedię (?) „Ich czworo” podtytułem „tragedia ludzi głupich”. Najwyraźniej chciała określić swój stosunek do bohaterów, którzy zapatrzeni w swoje egoistyczne gry zapomnieli o kimś naprawdę bezbronnym, o dziecku. Aby wzmocnić społeczną wymowę sztuki, w spisie osób określiła tylko funkcję postaci (Mąż, Żona itp.), bez imion i nazwisk. Całość wzięła w nawias przypowieści w duchu Dickensa – rozpoczyna i kończy komedię monolog Mandragory, ducha opowieści, wyrażający opinie autorki.
Marek Kalita w swoim rzetelnie zbudowanym spektaklu poszedł tym tropem, a nawet wzmocnił postać Mandragory (Maksymilian Termin), obdarzając go talentem iluzjonistycznym i przydzielając tekst kilku pobocznych postaci. W ten sposób duch opowieści niemal cały czas towarzyszy wydarzeniom.
Ta lekka poetyzacja nie zatarła jednak charakterystycznych cech postaci, zarysowanych jak zwykle u Zapolskiej zamaszyście, z wyraźną intencją karykaturalną. Skorzystali z tego aktorzy, tworząc soczyste portrety profesora-safanduły (Mariusz Zaniewski), pogubionej i lekkomyślnej Żony (Aleksandra Popławska), przedsiębiorczego Kochanka (Kamil Szeptycki), naiwnej a kochliwej Wdowy (Renata Dancewicz w brawurowej roli) i sprytnej Krawcowej (Joanna Balasz). Wszyscy zajęci sobą nie liczą się z uczuciami osamotnionej dziewczynki (Zosia Orłowska na zmianę z Niną Różewską), jedynie Wdowa, osoba całkiem obca, zwraca na nią uwagę. Wcześniej zanim dziewczynka wykona w finale popisowy taniec, niemal desperackie wołanie o pomoc
Akcja toczy się w niezłym tempie, bywa śmiesznie i zarazem w pewnym sensie strasznie, jak chciała Zapolska, a Kalita dowodzi, że mimo zmienionych okoliczności czasu i miejsca w ludzkiej psychice nie wygasły te same płaskie marzenia i zgubne namiętności. Tragedia ludzi głupich trwa.