Trzydziesta edycja Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego okazała się czymś więcej niż jubileuszem jednej z najważniejszych imprez teatralnych w Polsce. Była próbą uchwycenia momentu, w którym współczesny teatr ponownie definiuje swoją relację z Szekspirem – pisze Wiesław Kowalski.
Tegoroczny program nie przyniósł jednej dominującej estetyki ani wspólnego klucza interpretacyjnego. Przeciwnie – pokazał niezwykłą różnorodność języków scenicznych. Paradoksalnie właśnie z tej różnorodności wyłania się bardzo spójny obraz współczesnego teatru.
Najważniejsze decyzje jury wydają się tę diagnozę potwierdzać. Złoty Yorick dla „Hamleta” Jacka Jabrzyka z Teatru Zagłębia w Sosnowcu trudno odczytywać wyłącznie jako nagrodę dla najlepszego przedstawienia konkursu. To również gest wobec określonego sposobu myślenia o klasyce. Jury doceniło spektakl, który wykorzystuje multimedia, projekcje i cyfrowe środowisko nie jako efektowny dodatek, lecz jako narzędzie interpretacji. Jabrzyk nie aktualizuje Szekspira poprzez zmianę kostiumu. Pyta raczej, co dzieje się z człowiekiem żyjącym w świecie, w którym każda emocja natychmiast zostaje zamieniona w obraz, komunikat i przedstawienie. W takim ujęciu Hamlet przestaje być bohaterem rozdartym między działaniem a namysłem. Staje się człowiekiem zagubionym w nadmiarze własnych reprezentacji.
To zresztą nie jedyny spektakl, który próbował opowiedzieć Szekspira poprzez kryzys współczesnej komunikacji. „Hej, Hamlet” Anieli Płudowskiej uczynił partnerem dramatu sztuczną inteligencję, pokazując, że największym problemem współczesności nie jest brak odpowiedzi, lecz ich niekończąca się reprodukcja. W obu przedstawieniach technologia przestaje być scenograficznym gadżetem. Staje się nowym środowiskiem ludzkiego doświadczenia. Wydaje się znamienne, że właśnie taki kierunek został dostrzeżony przez jury.
Jednocześnie festiwal pokazał coś jeszcze. Obok spektakli budujących własny język wokół nowych technologii równie mocno wybrzmiały przedstawienia przypominające, że teatr nadal potrafi mówić przede wszystkim obrazem, ciałem i obecnością aktora. Kanadyjski „Hamlet” Roberta Lepage’a niemal całkowicie rezygnował ze słowa, odnajdując dramatyczną intensywność w choreografii i wizualnej metaforze. Z kolei śląska „Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku” Roberta Talarczyka proponowała teatr budowany rytmem, przestrzenią i fizycznością zespołu bardziej niż literackim komentarzem. Oba spektakle udowadniały, że współczesny teatr coraz częściej ufa temu, co wydarza się pomiędzy słowami.
Nieprzypadkowo tegoroczny festiwal należał do „Hamleta”. Trudno przypomnieć sobie inną edycję, podczas której dramat ten powracałby w tak wielu odmiennych odsłonach. Sosnowiec, Szczecin, Katowice, Legnica, Kanada – każdy z tych spektakli proponował własny punkt wejścia do tragedii duńskiego księcia. Raz stawał się opowieścią o cyfrowym świecie, innym razem o regionalnej tożsamości, pamięci teatru, kryzysie komunikacji czy sile obrazu. Co istotne, żaden z twórców nie próbował dowodzić aktualności Szekspira przez dopisywanie do tekstu bieżących wydarzeń politycznych. Znacznie częściej zmieniali sam mechanizm działania dramatu.
Równolegle festiwal przypomniał, że klasyka nie wymaga nieustannego radykalizowania formy. Nagrodzony przez dziennikarzy „Juliusz Cezar” Jakuba Zubrzyckiego imponował właśnie spokojem, konsekwencją i zaufaniem do aktorów. Wykorzystanie telewizyjnego studia nie służyło efektownemu uwspółcześnieniu dramatu, lecz wydobyciu mechanizmów rządzących współczesnym językiem polityki. Podobnie działał wieloletni „Hamlet. Książę Danii” Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki. Pokazany po raz ostatni nie funkcjonował jako muzealny eksponat, lecz jako żywy organizm teatralny, który przez dwadzieścia pięć lat zmieniał się razem z kolejnymi wykonawcami i publicznością. Wyróżnienie Księgi Prospera wydaje się trafnym przypomnieniem, że nowoczesność teatru nie zawsze polega na nowości.
Interesująco wygląda również zestawienie spektakli nagrodzonych poza głównym konkursem. „Lady staje się Makbetem”, zwycięzca SzekspirOFF, proponowała feministyczne przepisanie klasyki poprzez pytanie o dostęp kobiet do przestrzeni władzy i autorstwa. „Ryszard III Wrażliwy”, nagrodzony Księgą Prospera, przenosił ciężar z politycznej historii na doświadczenie wykluczenia i kruchej tożsamości. Nawet jeśli oba przedstawienia nie zawsze zachowywały równowagę między formą a dramaturgią, wyraźnie pokazywały kierunek współczesnych poszukiwań. Dzisiejszy teatr coraz rzadziej interesuje się samą fabułą Szekspira. Znacznie częściej wykorzystuje jego dramaty jako laboratorium współczesnych doświadczeń.
Jednocześnie festiwal przypomniał o niebezpieczeństwie, które towarzyszy współczesnemu teatrowi niemal równie często jak jego największym osiągnięciom. W kilku przedstawieniach można było dostrzec pokusę zastępowania emocji efektowną konstrukcją formalną. Rumuński „Król Lear” Silviu Purcăretego imponował wizualnym kunsztem, lecz pozostawiał widza bardziej z podziwem dla kompozycji niż z doświadczeniem tragedii. Podobne napięcie pojawiało się w „Ryszardzie III Wrażliwym”, gdzie intensywność środków scenicznych chwilami przesłaniała rozwój opowieści. Festiwal pokazał więc nie tylko sukcesy współczesnego teatru, ale również jego najważniejsze ryzyko: przekonanie, że siłę przedstawienia można zbudować wyłącznie poprzez kolejne warstwy formalnych rozwiązań.
Patrząc na tegoroczny Festiwal Szekspirowski jako całość, trudno oprzeć się wrażeniu, że współczesny teatr przestał zadawać pytanie, czy Szekspir jest jeszcze aktualny. To pytanie wydaje się już rozstrzygnięte. Znacznie ciekawsze staje się dziś to, jaki język teatralny najlepiej pozwala usłyszeć jego dramaty. Jedni odnajdują go w nowych technologiach, inni w choreografii, rytmie, regionalnym idiomie, performansie czy zespołowości aktorów. Szekspir przestał być nienaruszalnym tekstem. Stał się materiałem, przez który teatr opowiada o własnym czasie.
I być może właśnie dlatego werdykty jubileuszowego festiwalu układają się w zaskakująco spójną opowieść. Nagrodzone zostały nie tyle najodważniejsze eksperymenty ani najbardziej wierne realizacje klasyki, ile przedstawienia, które potrafiły znaleźć własny język spotkania z Szekspirem. To wydaje się najważniejszą lekcją trzydziestej edycji Festiwalu Szekspirowskiego. Dzisiaj klasyka nie potrzebuje obrońców. Potrzebuje twórców, którzy potrafią z nią naprawdę rozmawiać.