Logo
Magazyn

Żuczek frunie do nieba. Iga Cembrzyńska

3.08.2026, 10:15 Wersja do druku

Łukasz Maciejewski wspomina Igę Cembrzyńską.

Pożegnanie z kolejną z bohaterek moich „Aktorek”.

Mieszkała z Andrzejem Kondratiukiem na Ochocie wtedy jeszcze.

Mieszkanie, gołębie, chleb z solą, masło, wino. 

Jeszcze wszystko było dobrze.

I pamięć Pani Igi i złość na tę pamięć, że wcale nie chce dobrych rzeczy, tylko jakoś to koślawo idzie, źle, nie tak.

Sporo smutku w tej rozmowie, ale także radości.

Tekst bardzo długi, nie na dzisiejsze standardy. 

Może jednak ktoś z Was zdecyduje się przeczytać. 

Chciałem wtedy podarować Idze Cembrzyńskiej taki tekst, który by ją ucieszył naprawdę. 

I tak się stało. Wiem najlepiej, że tak właśnie było.

Wędrowanie przez życie Igi Cembrzyńskiej. 

Do głowy mi wtedy nie przyszło, że tamta rozmowa, ten portret, to będzie jeden z ostatnich już jej przystanków zawodowych.

fot. archiwum prywatne

Łukasz Maciejewski 

Żuczek frunie do nieba

IGA CEMBRZYŃSKA

Pierwszy wywiad z Igą Cembrzyńską przeprowadziłem w 1995 roku, przy okazji premiery Wrzeciona czasu. Ukazał się w dziś już nieistniejącym „Echu Krakowa”. Byłem wówczas licealistą, nie miałem komputera, wywiad napisałem ręcznie.

Mam teraz przed sobą wycinek z tej gazety. Obok wywiadu z Igą Cembrzyńską – rubryki Echo tygodnia, Porady babci Aliny oraz horoskop dla Strzelca. 

O Wrzecionie czasu w reżyserii Andrzeja Kondratiuka pisałem tak: „Bardzo rzadko szanujący się krytyk filmowy używa w stosunku do konkretnego tytułu określeń typu: piękny, cudowny, tak aby nie zabrzmiało to pretensjonalnie. Sądzę jednak, że w przypadku Wrzeciona czasu trudno o jakiekolwiek określenie zastępcze”.

Styl recenzji pozostawia wiele do życzenia, emocje się nie zmieniły.

***

Na nasze spotkanie Iga przyniosła stertę zdjęć, albumy. Oglądamy je z rosnącym wzruszeniem. Mówi do mnie po imieniu, sam tak do niej mówić trochę się wstydzę. Za duży szacunek.

O, moja fryzurka z Hydrozagadki, znowu modna, tę fryzurkę wymyślił mój mąż Jędruś. 

A to już Iga smutna, zdjęcie sprzed kilkunastu lat, Iga smutna, bo nauczyła się życia.

Tutaj nasz ukochany pies As. Już go nie ma. A przecież zawsze byliśmy otoczeni zwierzętami. Koty, psy. Zawsze.

Nasz ślub, jakie to śmieszne, tak dawno to wszystko. 

Mama i tata, jak żywi, a tutaj ukochana babcia Cembrzyńska. Żyła sto lat.

To znowu Andrzej, mąż, najwspanialszy facet, jakiego poznałam. Jedyny.

Rozmawiamy wiele godzin, pijemy wino, wspominamy. Co jakiś czas dzwoni Andrzej Kondratiuk: „Igusia, kiedy wracasz?”. 

Już do ciebie idę, kochanie, poczekaj, właśnie mówiłam o tobie.

„Poczekam”.

Namówiłeś mnie, Łukaszu, na zwierzenia z życia, przypomniałeś o sprawach, o których zapomniałam. To dla mnie ważne. Mam przygnębiające wrażenie, że opowiadam o tym wszystkim po raz ostatni, że to będzie mój ostatni wywiad. Dlatego chciałabym, żeby był wartościowy, by miał sens.

***

W wydanej w 2001 roku książce Barbary Rybałtowskiej Iga sama i w duecie znalazła się wypowiedź Macieja Dejczera: „Wielkość Igi to pokora i ogromne doświadczenie w pracy”.

Moja ukochana Anna Magnani w rozmowie z Orianą Fallaci powiedziała kiedyś: „Na swoje zmarszczki trzeba zapracować”. I to jest prawda. Metaforyczne zmarszczki to i pokora, i pracowitość, i pasja, i talent. Mniej więcej w tej kolejności.

Przez całe lata liczyło się tylko kino, sukcesy miło łechtały próżność. Festiwale, komplementy, wielbiciele. Przyzwyczaiłam się do tego. A jednak w ostatnich latach radykalnie zmienił się mój stosunek do życia. Mam inne priorytety. Zrozumiałam, jak okrutne staje się życie, kiedy zaczynamy ciężko chorować. 

Przełomem była śmierć rodziców, potem choroba męża, moje własne, coraz poważniejsze dolegliwości. Teraz mniej liczy się praca, aktorstwo, kino. Tylko Andrzej, nasze zdrowie, nasza miłość.

Czarna seria w życiu Igi i Andrzeja trwa w zasadzie od lat. Najpierw umarł ojciec aktorki, jej życiowa podpora, potem zmarła matka Andrzeja. Wkrótce Kondratiukowie musieli przyjąć kolejny cios. Rak węzłów chłonnych męża Igi Cembrzyńskiej. Wcześniej kilka razy udawało się Kondratiukowi wyjść bez szwanku z nawet największych opresji zdrowotnych, ale tym razem rokowania były fatalne, lekarz mówił o sześciu miesiącach życia. Andrzej się nie poddał, ściął charakterystyczne bujne loki, ogolił brodę. 

Iga ironizowała:

Młodzi ludzie na podwórku kłaniali mu się w pas, bo wyglądał jak król skinów Ochoty. 

Zaczęły się uciążliwe zabiegi z chemioterapią na czele. I wydarzył się cud. Nowotwór się cofnął, węzły chłonne były czyste. Kondratiukowie odetchnęli z ulgą. Nie na długo jednak. W 2005 roku Andrzej doznał wylewu krwi do mózgu, lekarze dawali mu tym razem zaledwie trzy procent szansy na przeżycie. Przeżył, ale od tamtej pory życie Andrzeja i Igi wygląda zupełnie inaczej. Opuścili Gzowo, gdzie powstały ich najpiękniejsze filmy. Musieli zamieszkać w Warszawie. 

Andrzej ma tylko jedną rękę, jedną nogę, ja też jestem bardzo ciężko chora. Nie rozumiem tego świata. Kiedy widzę, że cudowny człowiek, którego kocham nad życie, chodzi jak kaleka, nie zgadzam się na takie życie.

Nawet się już nie modlę, nie potrafię. Dotknęła mnie wielka apatia. Walczę ze sobą, żeby być podporą dla Andrzeja. 

A potem przychodzi następny dzień, który jest szary, głupi i niesprawiedliwy. 

***

Urodziła się w Radomiu dwa miesiące przed wybuchem wojny. Ojciec Igi pracował w fabryce broni, musiał uciekać z miasta, a rodzinę ulokował w Brześciu, w majątku wuja, przedwojennego senatora Stefana Sołtyka.

Tam Marysia Cembrzyńska (Iga to artystyczny pseudonim) spędziła wczesne lata dzieciństwa.

Dorastałam w cudownym miejscu, między Kazimierzem i Janowcem. Miałam zaledwie kilka lat, ale wszystko doskonale pamiętam. Dwór po drugiej stronie Wisły, czarowną aleję bzów, wielki park i wieś z czworakami.

Byłam chyba bystra, zadawałam mnóstwo pytań. Wujenki bały się o mnie, dlatego opowiadały niestworzone historie o dziwach, duchach zaludniających okoliczne lasy. A mnie to ciekawiło. Jedno z pierwszych wspomnień z wczesnego dzieciństwa to wyprawa, ucieczka nad Wisłę. Ile mogłam mieć wtedy lat? Myślę, że nie więcej niż trzy. Siedziałam tam parę dobrych godzin. Słuchałam świata, szelestów, podnosiłam głowę do nieba. To zdumiewające, jak dobrze to wszystko pamiętam. Tak jakbym połączyła się wtedy ze światem natury. Związek na zawsze.

Czasami śnią mi się koszmary. Na przykład wejście do naszego dworku Ukraińców. Jako dziecko często chorowałam. Wujek Tadeusz mówił do mnie: „Leżysz chora w łóżeczku, ale pamiętaj, że gdyby tu przyszli Ukraińcy, musisz udawać, że śpisz”. „Co to znaczy: śpię?”, zapytałam. „Zamykasz oczki i śpisz”. 

I przyszli Ukraińcy, narobili strasznego rabanu. Miałam trzy lata, zamknięte oczka, ale wszystko widziałam. Do pokoiku wszedł facet w mundurze, odrażający, wielki. Podszedł do mnie, dotknął krzyżyka, który wisiał nade mną. Zastygł w bezruchu, chciał zrobić krzywdę, ale zaraz potem odszedł, zostawił mnie w spokoju. Powiedział: „Mam w domu taką samą dziewczynkę jak ty”.

Schronienie w Brześciu uchroniło Cembrzyńskich przed okropieństwami wojny. Po 1945 cała rodzina wróciła do Radomia. 

Marynia chciała być pianistką, potem śpiewaczką. Została aktorką, chociaż śpiewanie, piosenki stały się na trwałe częścią jej profesji. 

Byłam pasowana na pianistkę. Jedynym ocalałym po wojnie wartościowym przedmiotem w naszym mieszkaniu był fortepian. Sama z siebie zaczęłam na nim brzdąkać. Rodzice najpierw byli zdziwieni, potem zapisali mnie na lekcje – usłyszałam wtedy że jak na pianistkę mam za małe ręce, drobne palce. Zrezygnowałam z kariery pianistki na rzecz śpiewu. Wyjechałam do Katowic, gdzie mieszkała babcia, i wstawałam codziennie o czwartej rano, żeby z domu babci dojechać na zajęcia do średniej szkoły muzycznej. Uczyłam się u profesora Bukowieckiego, mentora między innymi Marii Fołtyn, ale znowu los chciał inaczej – ciężko zachorowałam, kolejny raz musiałam przerwać naukę.

Ojciec kochał mnie nad życie. Nauczył rysować, malować, grać na fortepianie. Wszystkiego mnie nauczył. W moim domu co jakiś czas można było usłyszeć komendę taty: „Prosimy o ciszę, bo Marysia pracuje, uczy się, gra”. 

Za to mama, Irena Sołtyk, była najpiękniejszą kobietą na świecie. Wielka uroda, artystyczna dusza. Namiętnie chodziła do teatru, mnie też zabierała ze sobą. Mówiła mi: „Dzidzia, dzisiaj idziemy do teatru”. Była nie tylko piękna, ale też mądra, wywodziła się że świetnej rodziny, z tradycjami.

Po maturze Cembrzyńska rozpoczęła studia filozoficzne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Chciałam się dostać na dziennikarstwo, ale zabrakło mi trzech punktów za tak zwane pochodzenie. Dowiedziałam się, że w Toruniu są wolne miejsca na filozofii. Filozofia?  Dlaczego nie, to ciekawe. Przerzuciłam papiery.

Ambitna, urodziwa studentka o wybitnych predyspozycjach artystycznych zaangażowała się do amatorskiego zespołu uczelnianego. 

Zaczęło się niewinnie, z braku innych pomysłów grałam na przerwach jakieś standardy. „Kochana, za dobrze ci idzie – usłyszałam od jednego z  kolegów. –  Wpadnij do naszego teatrzyku studenckiego”. No i wpadłam – jak śliwka w kompot.

Na którymś z konkursów recytatorskich Marysię upodobał sobie jeden z jurorów. „Jesteś za dobra na ruch amatorski, koniecznie musisz zgłosić się na egzaminy do szkoły aktorskiej”.  

Zdawała bez wielkiego entuzjazmu, nie była do końca przekonana czy ma to sens, ale komisja była zachwycona. Dostała się za pierwszym razem.

Rodzice byli przerażeni. Aktorka kojarzyła się im wiadomo z kim. Mama jednak szybko to zaakceptowała, przywoziła mi do Warszawy domowe smakołyki, lecz ojciec długo nie mógł przeboleć, że jego ukochana córeczka Marynia, przyszła filozof lub co najmniej pianistka, wybrała taki niepewny fach. 

Miała doskonałych pedagogów, legendy warszawskiej PWST  –  jej wykładowcami byli, między innymi: Halina Mikołajska, Ludwik Sempoliński, Kazimierz Rudzki, Zofia Małynicz, Aleksander Bardini. 

Na roku Cembrzyńskiej było aż sześć Marii. Żeby dziewczęta się nie myliły, na prośbę profesora Jana Świderskiego część przyjęła nowe imiona. W ten sposób Maria Cembrzyńska została Igą – na cześć Igi Mayr, znakomitej aktorki z Wrocławia.

W szkole teatralnej moimi idolkami były Bette Davis i Shirley MacLaine. Chciałam być jak one.

Jeśli chodzi o pedagogów, to chyba najwięcej zawdzięczam Świderskiemu. Był wybitnym nauczycielem. Przekonywał nas, że dobry aktor powinien umieć słuchać, że musi być otwarty na innych, nie tylko reżyserów, ale także aktorów. 

Nasi profesorowie trzymali nas na dystans, na uczelni panowała hierarchia, a jednak jakimś cudem udawało się im sprawować również pieczę nad naszymi charakterami. Często spotykaliśmy się prywatnie, po zajęciach. Przy winie, ciastku… albo zupie. Halina Mikołajska zabierała nas do Fukiera, Świder – bo tak nazywaliśmy Jana Świderskiego – do SPATiF-u.

Bardini początkowo za mną nie przepadał. Nigdy nie zapomnę upokarzającej sytuacji, kiedy powiedział mi, że tak nie powinna wyglądać studentka szkoły teatralnej. Nie przystoi. A ja byłam po prostu biedna, nie miałam wielu ubrań. Przyszłam na zajęcia ubrana najpiękniej, jak potrafiłam: w swetrze zrobionym na drutach specjalnie na tę okazję przez mamę, w uszytej przez siebie spódniczce i trampkach ufarbowanych na czarny kolor. Wydawało mi się, że jestem elegancka. A on tak mnie upokorzył. Kiedy jednak rok później na jednym z egzaminów zaśpiewałam przed nim standard „Betty Babilon”, powiedział: „Iga, jesteś wielka”. Potem byliśmy już przyjaciółmi.

Mikołajska podarowała jej wspaniały monolog w dyplomowym spektaklu „Drzwi zamknięte”. U Zofii Małynicz zagrała w Księdzu Marku. Coraz częściej uciekała jednak od poważnych dramatycznych wyzwań w stronę muzyki, śpiewu. 

W 1998 roku mówiła w „Przekroju”: 

Moją miłością był fortepian, śpiewanie przy nim, wymyślanie własnych wokaliz. Śpiew był moją pasją, moim hobby, moim wszystkim.

Jeszcze na studiach wykonywała jazzowe standardy z orkiestrą Eskulap. W muzycznym spektaklu dyplomowym „Czuła struna”, do którego repertuar wybierali profesorowie Aleksander Bardini i Ludwik Sempoliński, swoim bardzo charakterystycznym sopranem koloraturowym zaśpiewała tak rewelacyjnie, że każde jej wejście witane było brawami. 

Kiedy spektakl został pokazany w telewizji, Igę wypatrzyła Agnieszka Osiecka. Specjalnie dla niej napisała jeden ze swoich najważniejszych tekstów: „Mówiłam żartem”. To był hit. 

Ludwik Sempoliński zaprosił Igę do programu telewizyjnego Profesor i jego uczniowie, gdzie brawurowo wykonała Peruwiankę.

Iga wygrywała plebiscyty popularności, a za Intymny świat otrzymała III nagrodę na festiwalu w Opolu. Jej atutem była inność. Ostra, drapieżna, a jednocześnie wyciszona i liryczna. Cembrzyńskiej udawało się godzić skrajności. Jej śpiewanie miało aktorski charakter, antycypowało obowiązujący dziś sceniczny rodzaj ekspresji na estradzie. 

Gdy zaczynała karierę piosenkarską, publiczność była przyzwyczajona do statycznych prezentacji przy mikrofonie, w zapiętej pod szyję sukience z przyczepioną sztuczną różą. Iga wyglądała, śpiewała i zachowywała się inaczej, była współczesną dziewczyną, spragnioną miłości i akceptacji, ale też świadomą własnej wartości, prywatnego, intymnego świata. 

Kiedy śpiewała: „A ja mam swój intymny mały świat / Hen za morzem smutków, za górami marzeń tam. / Wiedzie doń zagubionych ścieżek ślad / Senne półksiężyce mogą wskazać drogę wam”, nikt nie miał wątpliwości, że Iga nuci to we własnym imieniu. 

Przebój gonił przebój. Cembrzyńska jest jedną z nielicznych aktorek śpiewających, która nie musi posługiwać się cudzymi szlagierami, ma własne. W siną dal, Intymny świat, Mówiłam żartem, Co będzie za Żelazną Bramą  to evergreeny polskiej piosenki.  

Koncertowała w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, w Związku Radzieckim. Razem z Czesławem Niemenem i duetem Marek i Wacek przez dwa miesiące występowała w paryskiej Olympii, a jej talentem zachwycił się Bruno Coquatrix – legendarny francuski impresario, twórca widowisk z udziałem Dalidy, Edith Piaf, Jacques'a Brela czy Mireille Mathieu. 

„Dynamizm wyróżnia artystkę tak na scenie, jak i w życiu. Dobiera sobie pełne seksu piosenki i drapieżne role, w których efektownie brzmi jej chrapliwy nieco głos i które przepełnia zwierzęcą wręcz witalnością”, pisał o Idze Cembrzyńskiej Lech Piotrowski.

Brała udział w programie Jeremiego Przybory „Divertimento”, w prowadzonym przez Lucjana Kydryńskiego cyklu „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna”, w popularnym „Gallux Show” Olgi Lipińskiej. 

Najambitniejszym wokalnym przedsięwzięciem artystki był spektakl muzyczny „Cztery dialogi z sumieniem” do wierszy Mariny Cwietajewej. Idze, która sama skomponowała muzykę, towarzyszył jazzowy ensemble Sesja 77. Po serii znakomicie przyjętych recitali w Starej Prochowni i nagrodzie na Festiwalu Jednego Aktora we Wrocławiu Cembrzyńska z zespołem została zaproszona na Jazz Jamboree, a jej koncert w Sali Kongresowej stał się jednym z najżywiej komentowanych wydarzeń słynnego festiwalu w 1973 roku. Cztery dialogi z sumieniem wkrótce potem wydała na płycie prestiżowa wytwórnia Apollo Sound w Londynie. W telewizyjnej rozmowie z Niną Terentiew aktorka mówiła: 

To już są nie piosenki, a pieśni. Przekroczyłam jakąś granicę. Mam wrażenie, że teraz trzeba szukać głębiej, że może być ciekawiej. Popularność już mam, teraz chciałabym odkryć w sobie nieznane wcześniej rejony, wiersze Cwietajewej mogą mi w tym pomóc.

Rzeczywiście chyba pomogły; najważniejsze artystyczne doświadczenia Iga miała jeszcze przed sobą.

W połowie lat osiemdziesiątych zrezygnowała z regularnego śpiewania. W 1984 roku, podczas rozmowy z Elżbietą Królikowską z tygodnika „Film”, mówiła: 

W pewnym momencie śpiewanie zaczęło mi przeszkadzać. Ludzie, widzowie i ci, którzy mnie obsadzali, zaczęli zapominać, że jestem aktorką. Ile można śpiewać Intymnych światów czy o kochasiu, który poszedł w siną dal? Więc przestałam przyjmować propozycje. A może sama się znudziłam we własnych uszach i oczach?

Pytam Igę, czy w momencie największej popularności nie przewróciło się jej w głowie?

Nie było na to żadnych szans. Ludzie muzykalni są pokorni. Poza tym ja przeżyłam wojnę, zniszczenie dworku, w którym mieszkałam. Myślałam, że świat jest okrutny. Najważniejszą sprawą jest dla mnie być. A co to znaczy „być”? Muszę BYĆ najlepsza. Kochałam przede wszystkim muzykę i myślę, że ta muzyka mi się odwdzięczyła. Grałam to, co mi dusza podpowiadała. Dusza, czyli moje ja.

 Za szybko zresztą to wszystko się toczyło, a ja byłam jednak grzeczną dziewczynką z dobrego domu. Wcześnie wyszłam też za mąż. Mój pierwszy mąż, Andrzej Kasia, był filozofem i absolutnym przeciwieństwem Andrzeja Kondratiuka; różnili się pod każdym względem. Kasię irytowało wszystko to, co fascynowało Kondratiuka. Nie bardzo lubił przyrodę, nie ciekawiło go kino, wolał małą stabilizację, spokojną pracę naukową w domu. Jak się domyślasz, to nie był mój żywioł, zdecydowanie nie, chociaż na pewno imponowała mi inteligencja męża. Byłam zachwycona, że nasz dom odwiedzali wtedy Leszek Kołakowski i Piotr Kuncewicz. Te rozmowy bardzo mnie rozwinęły. 

***

W teatrze dramatycznym debiutowała już w 1962 roku w „Skandalu w Helibergu”. Rok później, u boku Adama Hanuszkiewicza i Tadeusza Janczara, wystąpiła w sztuce „Dla miłego grosza” Apolla Korzeniowskiego, ojca Josepha Conrada. Grała Annę, osóbkę młodą i bardzo sprytną. „Wykazała talent”, zawyrokował guru polskiej krytyki Wojciech Natanson.

U Hanuszkiewicza grała także Zosię w „Weselu” Wyspiańskiego, Ałłę w „Kolumbach rocznik 20” według Bratnego.

Pięć lat później przeniosła się z Teatru Powszechnego najpierw do Komedii (tytułowa Stokrotka w spektaklu Jeremiego Przybory „Jedzcie stokrotki”), a następnie do Ateneum. To były świetne lata tej zasłużonej sceny. Do legendy przeszedł brawurowy występ Igi w „Apetycie na czereśnie” Agnieszki Osieckiej w reżyserii Zdzisława Tobiasza. Na spektakl z Cembrzyńską i Marianem Kociniakiem  – najgłośniejsze przedstawienie sezonu  – miesiącami waliły tłumy. 

Formułę dwuosobowego musicalu powtórzyła z sukcesem w sztuce „Prywatne życie Piotrusia Pana” Michała Markowskiego w reżyserii Joanny Sienkiewicz, gdzie stworzyła zapadający w pamięć duet z Romanem Wilhelmim. 

Otarła się o najciekawszych reżyserów pokolenia. Zagrała w eksperymentalnym spektaklu Jerzego Grzegorzewskiego „Bloomusalem” według Joyce'a. O jej roli Jenny w „Operze za trzy grosze” Brechta w reżyserii Ryszarda Peryta krytycy pisali: „Gra tak, że po plecach przechodzą ciarki”.

Janusz Warmiński był znakomitym dyrektorem i bardzo ciekawym reżyserem, ale jeśli chodzi o aktorki, hierarchia w Ateneum była oczywista. Najpierw Aleksandra Śląska, żona Warmińskiego i przy okazji rzeczywiście bardzo wybitna artystka, potem długo, długo nikt. Nie byłam specjalnie rozpieszczana propozycjami w tym teatrze, ale nie cierpiałam wówczas z tego powodu, ponieważ wciągnęły mnie śpiewanie, estrada, coraz ambitniejsze recitale.

Dzisiaj patrzę na to bardziej krytycznie. Powinnam częściej rezygnować ze śpiewania i występować w teatrze, walczyć o role. Szkoda, że nie było przy mnie wtedy Andrzeja Kondratiuka, on by mi wytłumaczył, co jest naprawdę ważne, wskazał właściwą drogę. 

***

W kinie współpracowała z największymi: Wojciechem Jerzym Hasem, Januszem Morgensternem, Tadeuszem Konwickim, Barbarą Sass-Zdort, przede wszystkim zaś z mężem, Andrzejem Kondratiukiem. 

Zaczynała brawurowo. Była namiętną, rozerotyzowaną księżniczką mauretańską Eminą w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa z 1964 roku. 

Parę lat temu w kinie Kultura zapowiadałem uroczystą premierę „Rękopisu znalezionego w Saragossie” po rekonstrukcji cyfrowej. Na scenie, obok mnie, zasiedli  Barbara Krafftówna, Iga Cembrzyńska, Barbara Sass-Zdort (była asystentką reżysera), Jadwiga Has, Franciszek Pieczka, Wiesław Gołas. Wielkie legendy polskiego kina. Iga Cembrzyńska wspominała.

Wojtek zrobił ze mnie aktorkę.

Dzisiaj dodaje: 

Długo nosiłam jego kurteczkę, prezent od Hasa. On prowadził mnie z dumą przez Wrocław i mówił: „Kochanie, będziesz kiedyś wielką aktorką, ty sama jeszcze tego nie wiesz, ale kiedyś będziesz”. Nie wiedziałam, czy żartuje, czy mówi serio.

W „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Cembrzyńska partnerowała Zbyszkowi Cybulskiemu. Zagrała z nim także w dwóch kolejnych arcydziełach powojennego polskiego kina: była pełną temperamentu żoną Kowalskiego-Malinowskiego w Salcie Tadeusza Konwickiego oraz prostytutką Lola Fiat 1100 w Jowicie Janusza Morgensterna. 

Na pokazie Jowity w kinie Kultura Cembrzyńska żartowała:

Gram rolę niejakiej Loli Fiat, a ja przecież powinnam się nazywać Lola Mercedes.

Występowała w filmach Juliana Dziedziny, Jerzego Zarzyckiego, Andrzeja Konica, Andrzeja Wajdy (epizod w Smudze cienia). Dobre recenzje i uznanie widzów zebrała za komediową rolę w Słodkich oczach w reżyserii Janusza Janickiego. 

W latach osiemdziesiątych robiła karierę w Niemczech. W NRD występowała z recitalami, zagrała znaczące role w kilku niemieckich produkcjach, między innymi w Młynie Lewina i w telewizyjnym Hotelu Polanów i jego gościach w reżyserii Horsta Seemanna. Podczas festiwalu w Essen, na którym Cembrzyńska śpiewała songi według tekstów Heinego, Goethego i Brechta, prasa niemiecka obwołała ją „gwiazdą wielkiego formatu”.

Lata osiemdziesiąte to zresztą najciekawsza filmowa dekada w biografii aktorki. W Powrotach Andrzeja Mola była Eleonorą – pacjentką szpitala dla nerwowo chorych. Stworzyła niezapomniany, przewrotny duet ze Sławą Kwaśniewską w gombrowiczowskim z ducha Engagement Filipa Bajona, a także imponujące portrety kobiece w filmach Barbary Sass-Zdort – porażająca rola patologicznej matki w Krzyku oraz matki Amelki w kostiumowym dyptyku na podstawie powieści Poli Gojawiczyńskiej: Dziewczęta z Nowolipek i Rajska jabłoń. W jednym z wywiadów mówiła: 

Gdybym nie umiała obserwować, pewnie nie zagrałabym postaci takiej jak w Krzyku Basi Sass, bo przecież jej doświadczenie jest mi obce. Dlatego ucieszyłam się, gdy kierowca taksówki, wioząc mnie przez Pragę, powiedział: „O Boże, pani Igo, pani tak to zagrała, jakby się pani tutaj urodziła!”.

A w zamieszczonej w „Ekranie” rozmowie z Marylą Chudzińską wspominała: 

Grając w Krzyku matkę-kobietę z marginesu, szukałam momentu, by ją uczłowieczyć. I znalazłam. W każdym z nas jest tyle dobra i tyle zła, że w zależności od tego, jaki mechanizm się uruchomi, ujawnia się jedno albo drugie.

Dziś opowiada mi:

Kino to jednak zdradliwa kochanka, potrafi zdrowo dopiec. Miałam zagrać Ordonkę w jej biografii. Przygotowywałam się do tej roli całymi tygodniami, miałam uszyte kostiumy, gotowe piosenki. I nagle tuż przed rozpoczęciem zdjęć ktoś z góry – ale nie reżyserka Basia Sass –  zdecydował, że Cembrzyńska nie zagra. Nie i już. „Ona ma zbyt mocną osobowość i to będzie film o Idze, nie o Ordonce”. Zagrała Dorotka Stalińska, nie mam do niej żadnych pretensji, ale musisz sobie wyobrazić, co wtedy czułam. 

Wystąpiła w dwóch filmach szwagra, Janusza Kondratiuka – samą siebie zagrała w kultowych Dziewczynach do wzięcia, pojawiła się także w znakomitym Klakierze. Razem z Januszem napisała scenariusz filmu Pies i wyprodukowała ciepło przyjęte Złote runo. Okazjonalnie występowała w serialach – Stawce większej niż życie, Crimenie, Pannie z mokrą głową, Szyciu na gorąco i jednym z odcinków Na dobre i na złe. 

Ma na koncie kilkadziesiąt ról w Teatrze Telewizji: od Luzzi w Pierwszym dniu wolności Kruczkowskiego w reżyserii Hanuszkiewicza do Lorraine w Zagubionych w reżyserii Macieja Dejczera.

Przez kilka lat prowadziła zajęcia z piosenki z trzecim rokiem Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi. Jej studentami byli wówczas, między innymi, Piotr Polk, Robert Rozmus i Cezary Pazura. „Moja ukochana pani profesor”, podkreśla Wojciech Malajkat.

Piosenka jest dziwnym przedmiotem, w którym trzeba połączyć słowo z muzyką, a w czasie występu estradowego dodać cząstkę własnej osobowości. 

***

Cembrzyńska to aktorka-kameleon. Sprawdza się w każdym repertuarze. „Potrafi fruwać, a jednocześnie chodzić po ziemi. To ogromna rzadkość u artysty”, mówiła w jednym z wywiadów Ewa Szykulska, aktorka i była żona Janusza Kondratiuka.  

Rzeczywiście, Iga nie tylko grała i śpiewała, była także kompozytorką, producentką filmową i reżyserką. Zrealizowała między innymi Pamiętnik filmowy Igi C., nakręciła dokumenty poświęcone silnym kobietom: 48 godzin z życia kobiety o bokserce Agnieszce Rylik oraz Ikara w spódnicy o Małgorzacie Margańskiej, mistrzyni świata w szybownictwie akrobacyjnym. Skomponowała muzykę do Mlecznej drogi i Słonecznego zegara.

A jednak, mimo wszystkich tych dokonań, Cembrzyńska to głównie kino Andrzeja Kondratiuka. I słusznie – właśnie u niego zagrała najważniejsze, najpełniejsze role, niejako przy okazji tworząc osobny typ: aktorki przetwarzającej prywatność w dzieło sztuki. 

Dzięki obojgu artystom „kino rodzinne” Kondratiuka stało się zbiorowym marzeniem.

Z Jędrusiem spotkałam się pod koniec lat sześćdziesiątych na planie Hydrozagadki. Byłam wtedy aktorką wciąż bardzo młodą, ale już z wieloma sukcesami filmowymi i piosenkarskimi. To była zwyczajna praca. Po roku spotkaliśmy się przypadkowo w kawiarni, oboje byliśmy wtedy wolni, po rozwodach. Ja siedziałam ze Stanisławem Grochowiakiem, Jędrek ze swoim scenarzystą. Połączyliśmy stoliki. Jak się miało okazać – już na zawsze.

Pamiętam dokładnie tę datę. 6 listopada 1971 roku zamieszkaliśmy razem. Kondratiuk to mężczyzna na zawsze. Mamy podobne gusta filmowe, identycznie postrzegamy rzeczywistość, nawet znak Zodiaku mamy ten sam.

W Hydrozagadce Iga Cembrzyńska pokazała się inaczej: zmieniła kolor włosów z blond na rudy, ścięła piękne pukle.

To wszystko zbieg okoliczności. Kiedy okazało się, że nie ma forsy na zrobienie napisów początkowych, Andrzej wpadł na pomysł, że mogę tę czołówkę wyśpiewać. Szalony koncept, w stylu Jędrusia. Zmieniłam się, żeby nikt mnie nie pomylił z postacią barmanki, którą grałam w filmie.

Hydrozagadka, nakręcona tuż po oryginalnym debiucie reżysera, Dziurze w ziemi, do dziś pozostaje majstersztykiem finezyjnego dowcipu. Wychodząc z komiksowej stylistyki, Andrzej Kondratiuk jako pierwszy twórca w Polsce czerpał z dobrodziejstw amerykańskiej popkultury, żeby za jej pośrednictwem wydrwić aberracje socjalistycznej gospodarki państwowej.

Począwszy od Hydrozagadki, pracowali razem. W filmie męża Skorpion, panna i łucznik grała z Janem Nowickim i Jerzym Zelnikiem; śpiewała piosenkę „Ty jesteś moją miłością” i była pielęgniarką w komedii Kondratiuka Jak to się robi; w Pełni stworzyła ciekawą rolę żony architekta, który, znudzony wielkomiejskim szumem, zaszywa się na wsi. Za kreację Starej w „Gwiezdnym pyle” została wyróżniona Złotym Ekranem. Zagrała Baśkę w tragikomicznym „Big Bang” o lądowaniu UFO i znachorkę w „Mlecznej drodze”, uwspółcześnionej wersji mitu faustowskiego. Wystąpiła w „Ene… due… like… fake…”, a w Córze marnotrawnej zagrała dwie różne role: Anetę oraz ducha babci Anety i Helutki. Pojawiła się także w ostatnim jak dotąd filmie fabularnym swojego męża – „Barze pod młynkiem”. Przede wszystkim jednak stworzyła wybitne kreacje w „prywatnej trylogii” Kondratiuka – „Czterech porach roku”, „Wrzecionie czasu” i „Słonecznym zegarze”.

Andrzej Kondratiuk jest reżyserem odrębnym. Zawsze chadzał własnymi ścieżkami, tworzył autonomiczny model kina. Najpierw, w latach siedemdziesiątych, było to kino sytuacyjne, oparte na doskonałych, dowcipnych dialogach i umiejętnej pracy z aktorami (często niezawodowymi). Kondratiuk wyzyskiwał patenty teatru absurdu i literackiej groteski, żeby ostro i prowokacyjnie ośmieszać idiotyzmy PRL-u. Po latach dorobił się nowej, przejmującej twarzy: autoironicznego, prowincjonalnego piewcy przemijania. 

Towarzyszyłam Andrzejowi na każdym etapie produkcji. Od pierwszego pomysłu po ostatni pokaz festiwalowy. Setki razy przegadywaliśmy każdą scenę, wspólnie wybieraliśmy plenery, wnętrza, kostiumy, potem kręciliśmy to razem, pomagałam nawet w pracach montażowych. Wszystko zawsze robiliśmy razem.

W prostej chacie Kondratiuków w Gzowie, niewielkiej wsi pod Pułtuskiem, malowniczo położonej nad  Narwią, powstały unikatowe w polskim kinie obrazy. 

Pokochali to miejsce. Zwykła wiejska chałupa, bez żadnych luksusów, opodal stawu zamarzającego zimą. Nie można było wykopać studni głębinowej, więc bardzo długo przynosili wodę ze studni sąsiadów. Ale to właśnie w Gzowie powstały najpiękniejsze filmy Kondratiuka, te z drugiego etapu jego twórczości: „Mleczna droga”, „Wrzeciono czasu”, „Słoneczny zegar”, „Cztery pory roku”. Poetyckie fotografie czasu, uwiecznione przez dojrzałego artystę, który, unikając jakiejkolwiek dydaktyki czy moralizowania, pokazywał życie bez retuszu. Tacy jesteśmy, tak żyjemy. Tak  umieramy.

W 1996 roku Cembrzyńska mówiła w „Filmie”:

Do Gzowa przyjechaliśmy siedemnaście lat temu. Zobaczyliśmy staw, jakąś zaporę wodną, chałupkę (...). Jestem uparta, więc Gzów stał się naszym miejscem na ziemi. Osuszyliśmy podmokły teren. Ścięliśmy trzy walące się olchy i na ich konarach stanęły nasze „dziuple”. Trzeba było mnóstwa pracy, żeby stworzyć z Gzowa takie miejsce, jakie ogląda się w filmie Andrzeja.

Cembrzyńska stała się muzą, opoką, aktorką Kondratiuka, potem także producentką jego filmów. Andrzej Kondratiuk był reżyserem, scenarzystą, scenografem, operatorem, aktorem. Dzięki różnorodności oryginalnego konceptu trafił nawet do Księgi rekordów Guinnessa jako najbardziej wszechstronny twórca na świecie.

W filmach męża Iga występowała pod prawdziwym imieniem. Była Marią, Marynią, Marysią.

***

Późny Kondratiuk to bardzo „moje” kino. Dzisiaj w o wiele większym stopniu niż wtedy, gdy oglądałem te filmy po raz pierwszy, jako młody lub bardzo młody człowiek. 

Perełką był już „Gwiezdny pył” z 1982 roku. On i ona, bardzo starzy oboje, siedzą, rozmawiają, ale najchętniej jednak milczą w swoim sennym, rozlatującym się domu. Wieczorami, przy winku, nucą La Cucarachę. Wymarzona elektrownia Starego (Krzysztof Chamiec) jest mrzonką, tylko miłość mrzonką nie jest, tylko nadzieja, że razem pójdą do nieba. „Codziennie się o to modlę”, mówi Stara (Iga Cembrzyńska). 

W gzowskich rejestrach Kondratiuka cały świat jest w szczególe, w przedmiocie, który, pamiętając przeszłość, ożywia każdy nowy dzień. Na tej samej ławeczce, na której przesiadywała Stara, usiądzie w Czterech porach roku elegancka matka reżysera, żeby powrócić znowu – już po śmierci – w „Słonecznym zegarze”, rozświetlając martwy cyferblat życia. 

Fotel z „Gwiezdnego pyłu” niedawno był strażnikiem czyjejś samotności, a różowa wanienka przed domem gościła nie tylko ryby, które łowi Stary.  

Ławka, deska, bajeczny mostek, niezmienny stół, na którym alkoholowe balety we Wrzecionie czasu będzie odprawiał – „przed ciekawych wzrokiem” – kosmaty żuczek, wyjęty z „malinowego chruśniaka” Leśmiana. Poza tym kilka zardzewiałych rur, lampa naftowa, jakiś landszaft, a wokół cały, jakże piękny, nieskończenie piękny świat. 

W rozmowie ze mną Andrzej Kondratiuk wspominał: „Żuczka akurat wziąłem z naszego życia. Siedzieliśmy sobie kiedyś z Igą, sącząc whisky, i nagle do alkoholu wpadł żuczek. Iga zapłakała rzewnie, bo żal jej się zrobiło stworzonka, i wspólnie spróbowaliśmy go ocalić. To się nam udało, żuczek został odłowiony, ale był już, że tak powiem, nieźle wstawiony. Iga ocuciła go jakoś i pofrunął do nieba »na bańce«”.

Tak ładnie o tym wszystkim mówisz. Dziękuję. „Gwiezdny pył” to również jeden z moich ukochanych filmów Andrzeja. Przeczytałam scenariusz i się popłakałam. Powiedziałam mężowi,  że chciałabym zagrać tę staruchę. Jędrek był chyba zaskoczony. Jak to? Przecież to rola dla starej baby, a ja miałam wtedy trzydzieści parę lat. Czułam jednak, że to coś dla mnie, coś bardzo ważnego. Nie pomyliłam się.

Najważniejszym filmem Kondratiuka było jednak „Wrzeciono czasu” – melancholijna opowieść o koegzystencji z naturą oraz o miłości, która jest też przyjaźnią. Chociaż na długodystansowców w uczuciu czekają różne pułapki i pokusy, Andrzej i Marynia zawsze będą razem. Jak Iga Cembrzyńska i Andrzej Kondratiuk.

Przygotowując się do naszego spotkania, kolejny raz, nie wiem już który, powróciłem do Wrzeciona czasu. Tym razem zobaczyłem film trochę inaczej – jako balladę o nikczemności życia. Bez przesądzania, kto zawinił, a kto nie. Upływ czasu. Młyn w Gzowie jak klepsydra. Woda to piasek. Mijają minuty i godziny. Jesteśmy, za chwilę nas nie ma. „Dlaczego nikt nas nie odwiedza?”, pyta Jędruś. „Większość przyjaciół jest już na cmentarzu”, odpowiada Marynia. 

Jedyną wartością trwałą, powiada Kondratiuk, jest kino. Zapis pamięci. „Niczego innego nie potrafiłbym robić”, wyznaje. 

We „Wrzecionie…” pojawiają się także umarli, choćby rodzice reżysera. Mówią do niego: „Jesteśmy. Chociaż nie ma nas, ciągle jesteśmy”. Jędruś, ubrany w dziecięcą czapeczkę, słucha opowieści matki o tym, że zabrała tę czapkę chłopu na Syberii, a on potem wołał za nią: „Paljak durak”. 

W połowie lat dziewięćdziesiątych w rozmowie z Bogdanem Sobieszkiem Iga Cembrzyńska wspominała: 

Kręcenie „Wrzeciona czasu” to była męczarnia. Dopiero na ekranie wszystko pięknie wygląda. Efekty dźwiękowe nagrywaliśmy sami, biegając w nocy z magnetofonem cyfrowym. Słuchaliśmy: tu śpiewa słowik, więc skradamy się w krzakach, tam słychać…, to znowu tam lecimy. Budziliśmy się, żeby sfotografować wschód słońca, a tego słońca akurat nie było. Ile to nocy, wieczorów, dni, poranków…

Dziś podkreśla:

Andrzej Kondratiuk to prawdziwy artysta, a nie filmowy rzemieślnik. Jego filmy też są bardzo specyficzne. „Wrzeciono czasu” kręciliśmy trzy lata, co jest swoistym rekordem, ale kiedy się coś kocha naprawdę, a Kondratiuk bardzo kocha kino, to chce się, aby owoc tej miłości był jak najpełniejszy, najlepszy. 

„Jedyna sztuka, jaka się dzisiaj liczy, to sztuka robienia pieniędzy”, żartował we Wrzecionie czasu Andrzej Kondratiuk.

Naszymi filmami i życiem udowodniliśmy, że może być inaczej. Wszystkie pieniądze, które zarabialiśmy gdzie indziej, wydawaliśmy na cholernie drogą taśmę filmową; do tego dochodziła wieczna żebranina o dofinansowanie. Pod tym względem rzeczywiście jesteśmy trochę nienormalni. Długo by jednak szukać prawdziwych przyczyn.

Prywatne, osobiste kino Kondratiuka przemawia językiem uniwersalnym – wciąż jest ozdobą wszystkich ramówek telewizyjnych, było zapraszane na prestiżowe festiwale, między innymi do Rotterdamu czy Kairu, z których Kondratiukowie często wracali z głównymi nagrodami. „Gwiezdny Pył” otrzymał na przykład Grand Prix na festiwalu Prix Futura w Berlinie Zachodnim.

Dostaliśmy wtedy dziesięć tysięcy marek, astronomiczną wówczas sumę. Wszystko oczywiście wsadziliśmy w następny film.

Po projekcji „Słonecznego zegara” na festiwalu w Gdyni zadałem Andrzejowi Kondratiukowi pytanie: „Dlaczego na rozmaitych imprezach filmowych zazwyczaj reprezentuje pana żona, Iga Cembrzyńska?”. Usłyszałem: „Iga jest moją żoną, aktorką grającą główne role w naszych filmach, jest wreszcie wspólnikiem. Na dobre i na złe”.

„Praca z Igą Cembrzyńską i Andrzejem Kondratiukiem była najbardziej amatorską i profesjonalną przygodą w moim życiu. Profesjonalną w znaczeniu artystycznym, amatorską zaś dlatego, że zrodzoną z prawdziwej miłości do kina”, opowiadała mi Kasia Figura. 

Bardzo mi się ta wypowiedź Kasi spodobała, ja sama zresztą mogłabym podpisać się pod taką deklaracją obiema rękami. My z Andrzejkiem znaliśmy Kasię od dziecka, ponieważ jej rodzice byli naszymi sąsiadami na Ochocie. Kiedy Kasia była już w szkole aktorskiej, długo rozmawialiśmy ze sobą i chyba wtedy poznaliśmy się lepiej.

***

W „Słonecznym zegarze”, trzymając w rękach książkę „Andrzej Kondratiuk – artysta osobny” Marka Hendrykowskiego,  Kondratiuk wybucha śmiechem. 

„W kolejnym ujęciu pojawia się wielka rycząca krowa. I to już właściwie wszystko wyjaśnia, bo nagle »artysta osobny« i łypiące oczami krówsko – mówił mi Kondratiuk. – Ja nie śmieję się z książki, naśmiewam się z siebie, z tego waciakowca, artysty osobnego. Bo cóż to tak naprawdę oznacza? Że manifestuję swoją odrębność, prowadzę unikalną drogę twórczą? Ale czy w ogóle mamy prawo nazywać się artystami, czy nam wolno? Wierzę, że tak. Bo już nikt chyba nie będzie miał wątpliwości, że autoportret nie jest rzeczą naganną i że nie ma w nim nic z psychicznej aberracji czy wybujałego narcyzmu. Jestem kimś, kto kręcąc filmy, zna siebie najlepiej, a przez poznawanie własnych myśli, poznaję myśli cudze. Być może także i na tym polega moja, nasza z Igą osobność”.

Siłą filmów Kondratiuka i Cembrzyńskiej zawsze było też poczucie humoru, dowcip wysokiej próby, niekiedy także cierpka autoironia. 

Kondratiuk wspominał po latach: „Mam większe prawo śmiać się z siebie niż z innych. Zawsze najbardziej bawiła mnie tak zwana powaga życia. Jestem szalenie wyczulony na wszystkie malutkie snobizmy, kreacje, które – czy tego chcemy, czy nie – ciągną się za nami przez całe życie. Boimy się własnego banału. Niepotrzebnie. Na scenie życia jest ciekawiej, dlatego artysta, który śmieje się z innych, a jest śmiertelnie poważny na własny temat, nie wzbudza mojej sympatii. Stary z „Wrzeciona czasu”, ze „Słonecznego zegara” to Andrzej Kondratiuk wykpiwający – ale nie ośmieszający – własną twórczość.

Mieliśmy bardzo giętkie kręgosłupy, prowadząc nieustanną grę z cenzurą. Kiedy przegrywaliśmy, wstyd był ogromny, bo jeśli autor nie widzi w dziele sensu, to w zasadzie nie może go już spotkać nic gorszego. Dzisiaj jest chyba jeszcze gorzej. Terror oglądalności dominuje w telewizji, w kinie – terror kasy. Robi się ponuro i strasznie smutno. W filmach chodzi już głównie o to, żeby dokopać komu trzeba, ale robi się to w sposób cyniczny, szukając moralnego usprawiedliwienia. Głównymi bohaterami są nieustraszeni bojownicy walczący w obronie zgwałconej siostry albo – z innej półki – umierającego świata. I to jest barbarzyństwo w dobrej wierze, co nie zmienia faktu, że pozostaje barbarzyństwem. Przypomina mi się tu Hemingway z jego asekuracją, ale jest przecież także Vonnegut. Wolę tego drugiego”.

A jednak kino Kondratiuka żyje i ma się świetnie. Kiedy zapytałem moich studentów z Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi o tytuły ich ulubionych polskich filmów, większość wymieniła „Rejs” Piwowskiego, „Misia” Barei oraz „Wniebowziętych” i „Hydrozagadkę” Kondratiuka. Niektórzy dorzucili też „Cztery pory roku”, „Wrzeciono czasu”, „Słoneczny zegar”.

Andrzej Kondratiuk: „Cieszy mnie to, że młodzi ludzie wciąż chcą oglądać także późnego Kondratiuka. Nie przestają mnie dziwić ich spontaniczne reakcje. Często pytam te dzieci: »Słuchajcie, po co ja będę wam marudził o przemijaniu, o śmierci?«. Oni na to: »Nie, prosimy bardzo, nas właśnie to interesuje«. Mnie w tym wieku pociągały jednak dużo bardziej przyziemne sprawy. Może inteligentna młodzież dzisiaj szybciej dojrzewa? Doskonale pamiętam recepcję Hydrozagadki. Film odsądzano od czci i wiary, twierdząc, że jest to niesmaczny żart, który popełniłem, żeby utrzymać liczną rodzinę. Po latach okazało się, że powstał film kultowy. Kiedy go realizowałem, była to dla mnie przede wszystkim znakomita zabawa. Nie miałem pojęcia, że ten film w jakimś stopniu wyprzedził swój czas. I wciąż jest na topie”.

W opublikowanej w „Dzienniku Polskim” rozmowie z 1998 roku Iga Cembrzyńska opowiadała mi:

Nie robimy filmów tylko po to, żeby się dobrze sprzedały. Przecież to jasne, że kiedy ma się do zaproponowania coś bardziej ambitnego, to nie kieruje się takiej formy artystycznej do milionów, bo miliony zawsze wybiorą hamburgery. Z tym że w przypadku filmów Kondratiuka jest trochę inaczej. Proszę zauważyć, że one znakomicie znoszą próbę czasu – często dopiero teraz gromadzą nowych widzów, są powszechnie uważane za kultowe. Kiedy powstawały, nikt oczywiście nie potrafił tego przewidzieć. To się stało samo. 

Ja również wracam do dawnych filmów Andrzeja Kondratiuka, odkrywając je na nowo. Udało się w nich połączyć dwa antagonizmy – witalną radość życia z zadumą nad przemijaniem, śmiercią. 

Matka Kondratiuka, kiedy występowała w „Czterech porach roku”, była piękną, choć już niemłodą kobietą. Siedziała za stołem, sącząc wino, a temu wszystkiemu przyglądał się jej mąż, sam Andrzej, i przyglądałam się ja – młodsza o kilkanaście lat. I nagle we Wrzecionie czasu okazało się, że ta piękna niegdyś kobieta jest już staruszką i że jej mąż – ojciec Kondratiuka – umarł. Być może trudno to wszystko zrozumieć młodym ludziom, ale dla tych, którzy częściej myślą o przemijaniu, a przy tym bardzo kochają życie, upływ czasu, jego nieubłaganie są doznaniami niemal przerażającymi.

O kinie Andrzeja i Igi często mówiono, że jest półprywatne, prawie autobiograficzne.

Niektórzy zarzucali nam ekshibicjonizm, tymczasem żaden film to nie było  nasze – moje i Andrzeja – życie, to była inscenizacja, która zachowuje pozory prawdziwości, rzeczywistego odwzorowania naszych emocji. Droga od szczerości do ekshibicjonizmu jest daleka. Proszę nie mylić życia z kinem. Nigdy nie zamieszkałam w Gzowie na stałe. Nie potrafiłabym funkcjonować w filmowej dekoracji. Ja do Gzowa dojeżdżałam z Ochoty, z Warszawy. Nie jestem Marynią z filmów Kondratiuka, ja ją tylko zagrałam.

Ty jesteś zbyt szczera w wywiadach – słyszałam wiele razy. A niby dlaczego, podobnie jak większość aktorów, mam być zakłamana, mam udawać, mizdrzyć się, unikać drażliwych pytań, tematów? Nigdy tego nie znosiłam. Mam swoją pozycję, swoje lata, już nic nie muszę robić na pokaz. Uświadomienie sobie, że czas nie stoi w miejscu, jest dla każdego doświadczeniem dramatycznym. Ale z drugiej strony, co z tym robić? Samobójstwo, oczywiście, nie jest żadnym rozwiązaniem. Wypada nam więc chyba po prostu spróbować się z tym upływem czasu pogodzić. A jeżeli się już z tym godzimy, to warto byłoby to jakoś wyrazić, coś na ten temat opowiedzieć, na przykład poprzez film. My to z Jędrusiem robiliśmy całe życie.

W filmach Kondratiuka dialogi układają się w osobisty pamiętnik dwojga ludzi, dwóch spojrzeń na rzeczywistość stanowiących, mimo tych różnic, pewną jedność. Może na tym polega harmonia?

Tych dialogów najczęściej praktycznie nie było. Całość była zawsze w głowie Kondratiuka, scenariusz to tylko szkic. Natomiast, jak sądzę, owo wrażenie naszej osobistej rozmowy wynikało ze sposobu fotografowania, z rodzaju tła, jakim posługiwał się reżyser, który od początku wiedział – co w polskim kinie jest raczej rzadkością – jak film sfotografować. Na rozmaitych spotkaniach z publicznością dowiadywałam się często, że widzom najbardziej podobała się w jego filmach naturalność, przypadkowość, rodzaj intymnej rozmowy. Mało kto jednak wierzył mi, że na tę ekranową harmonię składały się zawsze setki nierzadko irytujących rozmów, przemyśleń, matematyczne wykresy, tysiące prób montażowych. Często po nakręceniu filmu Andrzej był tak zmęczony, że nie miał już siły na promocję, co niektórzy uważali za przejaw megalomanii. Cóż z niego za megaloman, skoro na pewnym etapie realizacji w ogóle przestawał myśleć o czymkolwiek innym poza filmem, za który dałby się pewnie pokroić, oskalpować… Mnie zresztą również tym zaraził.

Są jednak i tacy, którzy uważają, że kino Andrzeja Kondratiuka, uwypuklając rolę Igi Cembrzyńskiej – żony i muzy, ograniczyło środki wyrazu Cembrzyńskiej – aktorki. 

Ale ja przecież właśnie u Kondratiuka zagrałam najlepsze, najwyżej oceniane przez krytykę role. Nawet gdyby tak nie było, sam fakt równie bliskiego uczestnictwa w procesie powstawania dzieła byłby dla mnie przeżyciem godnym wielu wyrzeczeń, także aktorskich. Mój związek z Kondratiukiem to prawdziwa intelektualna przygoda. Aktorstwo to zawód dla ludzi myślących. Wszelkiego rodzaju manifesty o graniu intuicyjnym wydają mi się mocno wydumane. Pewnie gdybym spotkała Andrzeja zaraz po szkole, nie byłoby i tych filmów, i mnie w nich. W swoim życiu już tyle razy zaznałam goryczy upadków, ale i prawdziwego szczęścia, że te sprzeczności ludzkiej natury potrafię chyba bardzo dobrze pokazać na ekranie. Fakt, że grałam kogoś z przeszłością i po przejściach, kogoś, kto mimo wszystko potrafi kochać, nie oznacza wcale, że jest to proste zadanie.

Tak jak w życiu...

Już dawno się przyzwyczaiłam. Pod tym względem nasze filmy są prawdziwe. To zresztą nie jest łatwa egzystencja. Cały czas się docieramy, często denerwuje mnie ciągłe życie w filmowej dekoracji, tęsknię – jak każda kobieta – za większym luksusem, silniejszymi barwami. Ale to są najczęściej tylko chwile.

Robiliśmy filmy o tym, jak okrutny może być czas – czas, który niszczy, a może tylko przetwarza, miele wszystko. „Mijamy, mijajmy…”, jak w pięknym wierszu  Koniugacja Poświatowskiej. To chyba tkwi w każdym człowieku: po wiośnie mamy lato, później przychodzi jesień, zima… i tak się to wszystko kręci w kółko. Był człowiek, za chwilę już go nie ma, są następni, którzy też pewnie kiedyś odejdą.

Nigdy nie miałam własnych dzieci, dlatego też moim nadrzędnym celem jest Jędruś, jego kino, nasz wspólny świat.

I ten świat się chyba kończy. Mówiłam ci, że to będzie mój ostatni wywiad. Pamiętasz scenę kończącą Słoneczny zegar? Siedzimy z Jędrusiem w Gzowie na tej samej ławeczce co zawsze. Czekamy na śmierć. Jest 2016 rok. To już kwestia miesięcy.

Łukasz Maciejewski 

© tekst z książki Łukasza Maciejewskiego „Aktorki. Portrety”

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także