„Wesele” Stanisława Wyspiańskiego w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Pisze Szymon Białobrzeski w Teatrze dla Wszystkich.
Nie zgodziłbym się z tezą Mai Kuzińskiej, że wierność omawianego spektaklu jest nudna, bowiem nie rozpatruję dynamiki między „Weselem” Wyspiańskiego a reżyserką Kleczewską w kategoriach wierności. Reżyserka otwiera tekst dramatu, robiąc miejsce narodowym zjawom. Otwieranie jest kluczem do przeżycia uroczystości w bronowickiej chacie. Witalność. Przede wszystkim otwiera dramat na życie i robi to w sposób mistrzowski.
W kontekście „Wesela” mówi się często o zataczaniu przez postacie kół (wiecznego powrotu), ale te Kleczewskiej są powyginane jak niejeden tor rajdowy. Postacie tańczą, jedzą, piją, a czasami nawet lulki palą, przez co ich trajektoria jest zgoła nieprzewidywalna. Do tego wszystkiego na scenę co i rusz wparowują nowi goście. Kostiumy każdego z nich od razu wskazują na klasę społeczną, charakter czy profesję. Dodatkowo kolorowe stroje co i rusz łechcą zgromadzonych na widowni estetów, wirując między białymi deskami. Czy sceniczny chaos nie powoduje jednak zbytniego zagubienia? Otóż nie, jak na chaos jest zaskakująco sprawnie kontrolowany. Kluczowe dialogi inscenizowane są poprzez umieszczenie aktorów na pierwszym planie oraz w centrum sceny. Innym sposobem inscenizacji jest wyróżnianie bohaterów poprzez ich rozbuchaną ekspresję.
Nie znaczy to jednak, że liczą się tylko dialogi, że w tle nie znajdzie się jakiś tonący Ikar. Często rozmowy wyłaniają się zza brutalnej bójki, bezwstydnej kokieterii czy prywatnych dysput, na które warto być czujnym. Ożywiony tekst Wyspiańskiego nie jest już zbiorem satyrycznych symboli, ale językowymi sparingami, które odbywają się pomiędzy wódką a zakąską, wyłaniają się z zapętlonej muzyki.
A czasami są to sparingi naprawdę imponujące – postacie, których usposobienie sugerowano w pierwowzorze literackim poprzez didaskalia czy odniesienia do prawdziwych osób, wybrzmiewają w pełni na krakowskiej scenie. Reżyserka, a może tym bardziej aktorzy, otwierają się na ich indywidualne emocje, unikając oschłego eseizmu. Cała obsada wypada co najmniej dobrze, ale szczególnie zapamiętam rolę Czepca (Marcin Kalisz) i Gospodarza (Rafał Dziwisz). Te role najlepiej pokazują różnicę między „szkolnym” odczytaniem „Wesela” a tym w Teatrze Słowackiego.
Czepiec nie jest już tylko chłopem, który chce pokazać dziennikarzowi, że wieś też jest zainteresowana polityką. To desperacki narwaniec, którego ślina i pot wręcz przylepiają się do zażenowanego pismaka. Ten zresztą odpłaca mu się pięknym za nadobne. Rola Kalisza niesie w sobie ogromne pokłady agresji, wyróżnia się na tle innych interpretacji Czepca – jest mniej nienawistna niż w przypadku Krzysztofa Zawadzkiego, ale zdecydowanie mroczniejsza niż u Franciszka Pieczki. Dziwisz zachwyca natomiast tym, jak umiejętnie trzyma swoją postać na wodzy, żeby tylko zachować porządek na weselu. Oczywiście do czasu spotkania z Wernyhorą, kiedy to alkohol, wyzwoleńcze majaki i ukraińskie widma uderzają mu do głowy. Cudowna to rola, szczególnie w połączeniu z pragmatyczną żoną (Marta Waldera).
Jedynie Chochoł (Anna Maria Krysiak) wydawał mi się odległy. I to nie ze względu na aktorstwo czy taniec. Po prostu nie trafia do mnie potraktowanie go jako figury pozbawionej elementów powszednich, przyziemnych. W porównaniu do roli Jana Peszka ze spektaklu Klaty czuję niedosyt.
Interesujące jest natomiast zobrazowanie widm, ale o tym trudno mówić bez uwzględnienia czasu. Po obejrzeniu bardzo dobrej „Sublokatorki”, średniego „Twarzą w twarz” i nieudanego „Wyzwolenia” dostrzegam pewien klucz. Niezależnie od jakości spektakli, Kleczewska lubi przełamywać klasyczne myślenie o czasie, otwierać się na zjawy zagubione w nielinearnej historii. To już nie linia podzielona na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, ale ruchoma sieć powiązań.
Nic więc dziwnego, że widma z „Wesela” ubrane są w kostiumy z czasów rzezi galicyjskiej, drugiej wojny światowej czy czasów współczesnych. Reżyserka wyzwala je z historycznej synchroniczności – podkreśla uniwersalność szkodliwych postaw (choć też nie pogłębia ich zbytnio). Załamanie czasu daje też pole do wielu sugestii dotyczących losów zebranych gości, a tym samym całego narodu. Pozwala też pokazać, czym dla reżyserki osobiście jest „Wesele” – zawrzeć drobne sugestie. Są w spektaklu sceny, które David Lynch nazwałby okiem kaczki – fragmentami często niepozornymi, wokół których oscyluje cała sztuka. Dobrym przykładem jest konfrontacja między Czepcem, Żydem a gospodarzem. Ksiądz każe Czepcowi oddać dług. Muzyka ustaje. Czepiec krzyczy do Żyda „ty psie ścirwo”. I robi się nieprzyjemnie. Frustracje i uprzedzenia są zakamuflowane od pierwszych scen, ale właśnie w momentach zwolnienia ujawniają się w pełni – widz rozumie, z czego wynikało rozdrażnienie, jakie towarzyszyło mu od początku.
Największe zmiany zachodzą jednak wraz z przyjściem Racheli (Dominika Bednarczyk) – to właśnie ta ognistowłosa wydaje się powodować czasowy galimatias. Inscenizacja nie kłamie – bohaterka przemyka się między gośćmi niewidoczna, a gdy zaczyna tańczyć, wygłaszając liryczne orędzie, wszyscy popadają w trans. Kobieta zdaje się figurować poza czasem.
Jest jednak drobny problem, który wiąże się z końcową partią utworu – tempo. Możliwe, że jest to spowodowane brakiem przerwy, ale pod koniec spektaklu miałem wrażenie, że podobnie jak goście, przetańczyłem całe wesele i ledwo co słyszę słowa, chcę odpoczynku. Nikt nie mówił, że będzie łatwo – na weselu trzeba być w butach, wyjść z odciskami. Ale czy aż tyloma? Myślę, że można by było skondensować ostatnie sceny, żeby zamiast dokładnego rozwiązania wątków fabularnych, bardziej podkreślić symboliczne wpatrywanie się bohaterów w Polskę przykrywaną gruzami. To mocne zakończenie, które gubi się przez zbyt długą podbudowę.
Krytycy obrali sobie na sztandar Kleczewską-skandalistkę, rządni nachalnych środków wyrazu. I niech sobie obierają, nic w tym złego, sam z chęcią zobaczę ją w drastyczniejszej odsłonie. Jednak moim zdaniem jest to reżyserka, która ma do pokazania dużo więcej – reakcyjność nie musi objawiać się w nadmiernej dosadności. Jej siła tkwi często w mniej oczywistych środkach, które świadczą o dojrzałości w odczytaniu tekstu źródłowego. Jedną z nich jest właśnie otwieranie go, w tym przypadku na witalność, charakter i rozgałęziony czas.
Ocena recenzenta/tki:(8/10) – bardzo dobry