„Mężczyźni objaśniają mi świat” wg scen. Mariusza Gołosza na podstawie esejów Rebeki Solnit w reż. Klaudii Gębskiej w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Alicja Cembrowska w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (6/10) – niezły
„Mężczyźni objaśniają mi świat” w Teatrze Narodowym punktuje Rebeccę Solnit za elitaryzm i szafowanie oczywistościami dla (białych) pań z dużych miast. Szkoda, że spektakl wnikliwiej nie rewiduje zarzutów, sam porusza się po bezpiecznych terenach i unika stanowczego stanowiska.
Hotel w Aspen. Rebecca Solnit (Aleksandra Justa) wchodzi na scenę, popychając przed sobą czerwoną mównicę. Od razu dostajemy sygnał, że amerykańska eseistka i ikona (pop)feminizmu to centralna postać spektaklu – chociaż nie będzie to przedstawienie biograficzne, ale odwołanie do konkretnego eseju, a może nawet bardziej do jego tematu.
Jednak im głębiej zanurzamy się w hotelowe wnętrza, tym mniej jasne staje się, o czym dokładnie chcieli opowiedzieć reżyserka Klaudia Gębska i Mariusz Gołosz (scenariusz) – fakt, tekst ma potencjał humorystyczny i jest błyskotliwie napisany, zaledwie inspirowany ujęciami z popularnej książki, ale jednocześnie brak w tej narracji pewności, jaki dokładnie ładunek ma przenieść.
Spektaklowa Solnit jest bezczelna i arogancka. Wchodzi do pokoju Kamili (Edyta Olszówka) i jej córki Agnieszki – swoją drogą wielkiej fanki pisarki, co grająca dziewczynę Zuzanna Saporznikow pokazuje doskonale i przekomicznie – a następnie krytykuje je za oglądanie komedii romantycznej, a tym samym przyklaskiwanie „feminizmowi z TVN-u”. Innym razem strofuje biolożkę (Patrycja Soliman) za brak reakcji na męską pychę. Stawia się „ponad” i ocenia. Przejmuje rolę tłumaczki świata, sędziuje, co jest „dobrym”, a co „złym” feminizmem. Co jeszcze znamienne – Agnieszka, studentka kulturoznawstwa, która chwilę temu mogła Solnit cytować z pamięci – nagle ogranicza swoją reakcję do „chyba musi już pani iść”. Eseistka wzbudza emocje, ale nie przywiązanie?
Kto zatem jest „dobrą feministką” i czy trzeba to wartościować? Czwarta fala feminizmu to wydmuszka? Czytanie książek jest nic nie warte, bo warte cokolwiek jest wojowanie ze sztandarem i rzucanie przekleństw do dziada, który się mądrzy? Solnit porywa tłumy płytkimi tezami – i co dalej? Twórcy stawiają kilka ciekawych pytań, ale nie podsuwają możliwych odpowiedzi.
Wystawiają autorkę na śmieszność, sugerują, że jej myśli są mało odkrywcze, a już na pewno nieprzydatne dla określonej grupy kobiet, ale nie argumentują, co w zamian i co w związku z tym. Etykietują, zamiast merytorycznie punktować.
Mocną stroną spektaklu są plastyczna scenografia (Julia Furdyna, Zofia Tomalska) i ciekawe kreacje aktorskie – Edyta Olszówka w rolach Kamili i Laury Palmer oraz Zuzanna Saporznikow jako Agnieszka precyzyjnie balansują pomiędzy powagą a komedią; cudowna jako biolożka-padawanka jest Patrycja Soliman. Anna Lobedan intryguje delikatnością.
Symbolika Twin Peaks – chociaż początkowo mało zrozumiała w kontekście Solnit – zostaje użyta wyraźnie i skutecznie. Ostatecznie to te błyskotliwe nawiązania dźwiękowe i estetyczne są najbardziej efektowne. Agent Cooper (Piotr Kramer) to figura idealnej męskości, do której aspiruje Kelner; Laura Palmer to kobieta-trup, piękna ofiara, której historię opowiadają inni. U Gębskiej martwa nastolatka o niebieskich ustach dostaje monolog jako symboliczne odzyskanie głosu – wreszcie może mówić sama za siebie, zamiast tylko ładnie prezentować się w pośmiertnej charakteryzacji.
A co z Kasandrą (Anna Lobedan)? Wieszczka, której nikt nie wierzy – mogłaby być centralną figurą spektaklu, jest jednak tylko tłem. Wyraźnie pokazuje to scena, w której „Kasandra od przeszłości” próbuje przebić się przez głosy innych postaci. Mówi o napaści i gwałcie, ale zostaje zepchnięta na bok. W tym czasie dochodzi do symbolicznych przemian bohaterów – Nauczyciel (Wiesław Cichy) po przyspieszonym kursie feminizmu u Magdy (Kinga Ilgner) prosi o wybaczenie; Agnieszka z Kelnerem postanawiają zacząć znajomość od początku; Solnit wyraża chęć zostania padawanką Magdy. To dość naiwna wizja świata i bezpieczne zamknięcie tematu (przecież wystarczy kogoś ładnie poprosić, żeby był miły, i zacznie być miły!). Przemoc – eskalująca, a nieraz zabijająca nie tylko metaforycznie – nie dostaje w spektaklu w Teatrze Narodowym należytej uwagi.
Spektakl krytykuje Solnit za unikanie trudnych pytań i klasowych niuansów, za poruszanie się po bezpiecznym terenie popfeminizmu. Ale sam robi to samo. Mężczyźni objaśniają kobietom świat. Kobiety objaśniają sobie nawzajem, o co chodzi w tym całym feminizmie. A spektakl? Nikomu nic nie objaśnia – podrzuca tematy, nie kończy ich i zamyka się we własnym pokoju, żeby nawiązać do innego feministycznego eseju, pośrednio wspomnianego zresztą ustami Nauczyciela.