W sobotę (17 stycznia) adaptacją jednej z najważniejszych i najbardziej znanych książek XX wieku autorstwa George'a Orwella „1984”, w przekładzie Doroty Konowrockiej–Sawy i reżyserii Szymona Kaczmarka, jeleniogórski Teatr im. Cypriana Kamila Norwida rozpoczął nowy rozdział swej historii. Jest to co prawda druga premiera w bieżącym sezonie artystycznym, ale pierwsza premiera pod rządami Katarzyny Sołtys.
Przypomnijmy więc: „Rok 1984”, dystopijna słynna powieść George'a Orwella, napisana w 1948, to analiza totalitaryzmu, mechanizmu opresji i jego zakorzenienia w ludzkiej naturze. Dzisiaj 1984 może jest dla nas przeszłością, lecz ze zgrozą odkrywamy konwergencję systemów społecznych do systemu totalnej kontroli, która nie jest na zewnątrz nas, tylko włącza nas do środka jako aktywne elementy zasilające system energią swej wygody i potrzeby przyjemności. I to, co jest niezmienne i fascynujące (było w 1948, było w 1984, jest w 2026 i będzie w 2076), to coś w człowieku, w naszych głowach, w naszym codziennym zachowaniu, co zmusza nas, byśmy uwielbiali władzę i pożądali właśnie tego, co nad nami panuje i co poddaje nas kontroli. Ale publiczność Teatru im. Norwida interesuje nie to, co Orwell „napisał”, lecz to, co reżyser Szymon Kaczmarek zrobił na scenie – jaką zaproponował strategię adaptacyjną, jak organizuje percepcję widza i jakim językiem teatru próbuje opisać orwellowski świat.
Orwell według Kaczmarka
Szymon Kaczmarek ma już niemały dorobek i sporo osiągnięć artystycznych. W większości swoich realizacji reżyseruje też światło. W 2017 w Teatrze im. Norwida za dyrekcji Piotra Jędrzejasa reżyserował „Odprawę posłów greckich” Jana Kochanowskiego i za sprawą oddanych jeleniogórskich aktorów dał celny portret naszych czasów, a rola Kasandry aktorce Julii Łukowiak przyniosła Nagrodę im. Andrzeja Nardellego, przyznawaną przez Sekcję Krytyków Teatralnych ZASP.
„1984” doskonale trafia w swój czas, inteligentnie wchodząc w dyskusję z otaczającą nas rzeczywistością. To świetny spektakl – dobrze zbudowany dramaturgicznie, zrobiony z pomysłem, zachwyca w każdym momencie. Reżysera najbardziej zdaje się interesować wszystko to, co ogniskuje się wokół takich haseł i mechanizmów jak monitoring, nienawiść, opresja, podejrzliwość, pogarda, propaganda, przemoc, totalitaryzm, weryfikacja i najbardziej szeroko pojęte kłamstwo rozpleniające się w sferze ideologicznej, kulturowej, obyczajowej, politycznej i społecznej.
Szymon Kaczmarek skonstruował świat, w którym mieszają się różne płaszczyzny w próbach interpretowania czy raczej wejścia w głąb orwellowskiej historii o zakończonym niepowodzeniem buncie pracownika Ministerstwa Prawdy, Winstona Smitha (bardzo dobra rola Roberta Mani). Niekiedy mają one wymiar rzeczywiście tragiczny, przerażający czy choćby przygnębiający. W ten sposób Szymon Kaczmarek stawia przed nami pytania, na które sami musimy sobie odpowiedzieć. I nie chodzi tylko o pytanie dlaczego Winston Smith poniósł klęskę, ale o to jak sami zachowujemy się wobec systemu i mechanizmów, które on stwarza?
Unifikację ludności Szymon Kaczmarek podkreśla kostiumem (Kaja Migdałek) – kombinezonami noszonymi przez obie płcie. W orwellowskim świecie nie ma podziału na męskie i kobiece. Rodzina przestaje być podstawową komórką społeczną, jej funkcja ogranicza się do prokreacji. Popęd seksualny zostaje wyeliminowany, by nie zużywano energii. Obywateli pozbawia się umiejętności przeżywania uczuć, nawiązywania więzi emocjonalnych – tu dzieci denuncjują rodziców. W procesie wychowania i socjalizacji dominującą rolę pełni Partia, a promowany przez nią obraz świata jest jedynym słusznym.
Romeo i Julia epoki totalitaryzmu
Akcja rozgrywa się w przytłaczających pomieszczeniach. Oglądamy opowieść o buncie, kilku chwilach pozornej wolności i klęsce człowieka, który wygrać nie mógł. To wywód, któremu orwellowski sztafaż przydaje niesamowitości i grozy, ale który równie dobrze mógł zostać przeprowadzony w całkiem innej scenerii. Spektakl działa emocjonalnie, a emocje te skupiają się przede wszystkim na losach bohaterów. Winston i Julia (ciekawa rola pełnej wigoru i uroku Moniki Mikołajczak) to Romeo i Julia epoki totalitaryzmu – ich klęska wyciska łzy wzruszenia. Na pierwszy plan wychodzi zakazana miłość. Intymne schadzki są śledzone przez Starszego Brata. Gniew i strach w inscenizacji stają się standardową reakcją na życie, strategią działania.
„1984” Orwella 78 lat później
Ostatnia premiera Teatru im. Norwida, w znakomitej scenografii Kai Migdałek, mrocznej, surowej, która tworzy (razem z projekcjami multimedialnymi) niesamowitą atmosferę, oferuje widzom spektakl na podstawie powieści napisanej w efekcie konfrontowania się Orwella z systemem stalinowskim. I dzięki spójnej koncepcji dramaturgicznej (adaptacja/dramaturgia: Żelisław Żelisławski) nietrudno odnaleźć w jego narracji elementy, wątki czy zjawiska, które bardzo wyraźnie współbrzmią, korespondują i rezonują z naszą dzisiejszą rzeczywistością.
Jeleniogórski spektakl doskonale wzbogaca niespokojna muzyka Filipa Kanieckiego, która czasem pulsuje w rytmie serca, kiedy indziej brzmi ostro i drapieżnie. Dzięki wizualizacjom sceny budzą dodatkowe emocje, wręcz przerażenie. Choreografia przygotowana przez Joannę Chułek odgrywa bardzo ważną rolę i jest dokładnie przemyślana. Co charakterystyczne w realizacjach Szymona Kaczmarka, przedstawienie jest doskonale oświetlone, pełne napięć i drobnych smaczków, których nie sposób wyłowić od razu.
Brutalny świat spektaklu jest doskonałą okazją do stworzenia wyrazistych bohaterów, z czego aktorzy Teatru im. Norwida skwapliwie skorzystali. Robert Mania w przejmującej roli Winstona ani trochę nie ustępuje Sir Johnowi Hurtowi w niezbyt skądinąd udanej ekranizacji w reż. Michaela Radforda z 1984 czy Tomowi Sturridge na Broadwayu w 2017. Monika Mikołajczak jako Julia nadaje swojej postaci niepokojący, zmysłowy rys.
Szczególnie mocno wybrzmiewa rola podstępnego, bezdusznego i pozbawionego wszelkich skrupułów O'Briena, całkowicie zdającego sobie sprawę z potworności działań Partii, którego gra Piotr Konieczyński. To nowoczesne wcielenie Wielkiego Inkwizytora. Ta genialna kreacja Konieczyńskiego bardzo wryła się w pamięć w przeciwieństwie do ostatniej ekranowej roli Richarda Burtona we wspomnianym filmie z 1984, gdy pisano w recenzjach, że „jego pobrużdżona twarz świadczy bardziej o wyczerpaniu, niż o przejęciu rolą”. Zachwyca Jakub Głukowski (był na scenie także strażnikiem nr 1) jako Syme, zbyt inteligentny kolega Winstona z Ministerstwa Prawdy, leksykograf zaangażowany w opracowywanie nowego wydania słownika. Przejmująco postać więźniarki Starej Prolki prezentuje Iwona Lach. Na szczególną uwagę zasługuje ekspresja świetnej Małgorzaty Osiej w roli Człowieka–Żuka. Warta zapamiętania jest Marta Kędziora–Nowaczek w roli Pana Charringtona, właściciela sklepu ze starociami, który w istocie okazuje się być tajnym agentem Policji Myśli. Pełnowymiarową rolę naiwnego sąsiada Winstona – Toma Parsonsa, więźnia, na którego doniosła córka, stworzył Tomasz Marczyński (był również strażnikiem nr 2).
W jeleniogórskim „1984” podjęto przede wszystkim te tematy, które do dziś dnia są alarmujące, budzą niepokój i mogą podsycać atmosferę strachu czy zagrożenia. Chodzi przede wszystkim o człowieka, którego egzystencja owładnięta zostaje przez autokratyczne rządy państwa.