EN
30.06.2021, 12:57 Wersja do druku

Operowy pewniak na gdańskiej scenie

"Madama Butterfly" Giacomo Puccini w reż. Romualda Wiczy-Pokojskiego w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pisze  Aleksandra Andrearczyk w Ruchu Muzycznym.

fot. Krzysztof Mystkowski/mat. teatru

To kawał SOLIDNEGO OPEROWEGO RZEMIOSŁA, sprawdzona i szlachetna rozrywka dla melomanów, zwłaszcza o bardziej konserwatywnych gustach.

Opera Bałtycka po raz kolejny zdecydowała się wystawić jedno z najpopularniejszych dzieł - Madama Butterfly gościła tam już trzykrotnie: po raz pierwszy w 1951 roku, następnie w latach 2000 i 2007, za każdym razem ciesząc się powodzeniem. Trudno się dziwić, opowieść o naiwnej miłości młodziutkiej Japonki do amerykańskiego oficera zawsze i wszędzie się podoba. Madama Butterfly to opera w założeniach werystyczna, ale mocno zakorzeniona w epoce romantyzmu. Jej bohaterowie dalecy są od ideału: nie tylko Pinkerton - szowinistyczny, zapatrzony w siebie bufon, ale i Butterfly - niewinna i szczera, a zarazem lekkomyślna, rozpoetyzowana marzycielka. A poza tym mamy do czynienia z czysto włoską operą, z charakterystycznymi dla niej ariami i duetami, z dynamiczną i pełną kolorów partią orkiestry.

W gdańskim przedstawieniu w reżyserii Romualda Wiczy-Pokojskiego na plan pierwszy wybija się warstwa muzyczna, przede wszystkim głos samej Cio-cio-san, postaci, na której opiera się dramaturgia dzieła. Nie każda śpiewaczka może sprostać tej partii. Nie dość, że została ona niezwykle rozbudowana, to wymaga od wykonawczyni ogromnych możliwości wokalnych i konieczności elastycznego poruszania się między wysokim i niskim rejestrem.

Na szczęście w Operze Bałtyckiej tytułową bohaterkę kreowała Katarzyna Wietrzny, obdarzona silnym i sprawnym, choć chwilami zbyt wibrującym sopranem. Ten wybór obsadowy to jedna z najmocniejszych stron spektaklu. Artystka udźwignęła rolę pod względem wokalnym i aktorskim, tworząc kreację przejmującą i tragiczną. Również kondycyjnie sprawdziła się znakomicie: w jej potężnym głosie ani przez chwilę nie słychać było zmęczenia.

fot. Krzysztof Mystkowski/mat. teatru

Nieco w tyle pozostał jej sceniczny partner Łukasz Załęski jako Pinkerton. Oczekiwałam charyzmy i uwodzicielskiej siły - cech, których śpiewający ładnym tenorem artysta nie potrafił w tej postaci ukazać. Role drugoplanowe, Suzuki i Bonzo (Katarzyna Nowosad i Piotr Nowacki) wypadły ciekawie i przekonująco, dodając spektaklowi interesujących barw.

Dużym atutem przedstawienia są Chór i Orkiestra Opery Bałtyckiej. Oba zespoły pod batutą Josego Marii Florencia świetnie oddały tajemniczy i zarazem liryczny charakter opowieści Pucciniego. Jedynym mankamentem był chwilami zbyt duży wolumen brzmienia, który sprawiał, że głosy solistów ginęły w potężnej orkiestrowej masie. W pewnym stopniu spowodowane to zostało przymusowym umieszczeniem muzyków na części sceny. Niezbyt to szczęśliwe rozwiązanie z perspektywy słuchacza, ale pandemia narzuca swoje prawa.

Warstwa wizualna {scenografia i kostiumy: Hanna Wójcikowska-Szymczak) pozostawiła pewien niedosyt. Ładne, barwne i dopracowane we wszystkich szczegółach kimona prezentowały się pięknie, zwłaszcza w scenach zbiorowych, ale scenografia, składająca się z kilku przesuwanych, właściwie nagich ścian (imitacja wnętrza japońskiego domu) nie budziła zachwytu. Nie jest, co prawda, tajemnicą, że Opera Bałtycka dysponuje niewielkim budżetem i trudno było oczekiwać inscenizacyjnego przepychu, ale opera zrealizowana w bardzo tradycyjny sposób aż się prosi o nieco egzotyki. Gdańska Madama Butterfly 2021 roku jest zatem przedstawieniem przede wszystkim przyjemnym dla ucha. To kawał solidnego operowego rzemiosła, sprawdzona i szlachetna rozrywka dla melomanów, zwłaszcza o bardziej konserwatywnych gustach. 

fot. Krzysztof Mystkowski/mat. teatru

Tytuł oryginalny

Operowy pewniak na gdańskiej scenie

Źródło:

Ruch Muzyczny nr 13