30.06.2021, 11:48 Wersja do druku

Wytańczona "Sól ziemi czarnej"

W ponadstuletnim istnieniu kinematografii zdarzały się przypadki adaptacji dzieł filmowych na scenę. Rzadziej - bo to trudniejsze - przekładano opowieści filmowe na język sztuki tańca.

Na taki zabieg odważył się choreograf Artur Żymełka, artysta urodzony we Wrocławiu, absolwent Szkoły Baletowej w Poznaniu, gruntownie wykształcony w Konserwatorium im. Rimskiego-Korsakowa w Petersburgu, gdzie otrzymał równocześnie dyplom z reżyserii i choreografii. Po powrocie do Polski przez kilka sezonów ze swą żoną Luizą, utalentowaną baleriną przywiezioną z Teatru Maryjskiego, tańczył w Teatrze Wielkim w Łodzi. Wkrótce zadebiutował jako reżyser [Mądra Carla Orffa) i choreograf w Teatrze Wielkim w Łodzi, Operze Wrocławskiej, Operze Narodowej i łódzkim Teatrze Muzycznym.

fot. Krzysztof Bieliński

Od kilku lat prezentuje swe najnowsze prace choreograficzne na festiwalu Lądeckie Lato Baletowe. Tam też 9 lipca tancerze Opery Śląskiej zaprezentują plenerową wersję baletu Sól ziemi czarnej na kanwie filmu Kazimierza Kutza. Słysząc o zamyśle przedstawienia tego wybitnego filmu w formie spektaklu baletowego, mnożyłem w myślach szereg obaw. Wprawdzie teoretycy sztuki ruchu oraz niektórzy choreografowie uparcie twierdzą, że tańcem można opowiedzieć wszystko, jednak obserwując uważnie twórczość w tej dziedzinie, ciągle mam wątpliwości.

„Ja ciebie kocham, ty mnie nienawidzisz, oni ukradli księżyc, a one źle się prowadzą..." - proszę bardzo! Ale jak tu zatańczyć: „Wojtek w niedzielę po południu chciał zabić ojca nosidłami przy studni, ale tata wyprzedził go i nie zostawiając testamentu, sam się utopił!". Im dłużej żyję, tym bardziej wierzę, że jednak jest to możliwe, zwłaszcza po obejrzeniu relacjonowanego przedstawienia. 

Wizja Artura Żymełki nie jest opowiadaniem lub streszczeniem filmu. Choreograf, przejęty i zafascynowany tym obrazem, stworzył szereg następujących po sobie scen, które językiem ruchu przekazują klimaty, emocje, uczucia i subtelności zawarte w śląskiej opowieści filmowej Kazimierza Kutza.

Uczynił to w swobodnie traktowanej technice tańca klasycznego, tworząc choreografię intensywną, bogatą w narrację, bez łopatologicznej dosłowności, a jednocześnie dającą widzowi możliwość podziwiania kunsztu popisów solowych i malowniczych scen zespołowych. Na wysokości zadania stanęli tu soliści i ponad 20-osobowy zespół baletowy. Wymienię tylko niektórych: Mitsuki Noda (Matka - symbol Śląska), Michalina Drozdowska (Kobieta w czerni - symbol Polski), Ai Okuno (Kobieta w bieli - Sanitariuszka), Douglas de Oliveira Ferreira (Mężczyzna w czerni), Karl Picuira-de Pimodan (Gabriel Basista; tę rolę w filmie grał Olgierd Łukaszewicz), Keisuke Sakai (porucznik Stefan Sowiński; tę rolę w filmie grał Daniel Olbrychski), Paweł Kranz (Ojciec). Ciekawe, czy kiedykolwiek w japońskim lub brazylijskim balecie w rewanżu wystąpi równie wiele śląskich nazwisk.

fot. Krzysztof Bieliński

Urodę całości spektaklu uzupełniają scenografia Martyny Kander, kostiumy Małgorzaty Słoniowskiej, wizualizacja Jagody Chalcińskiej i światła Karoliny Gębskiej. Na wysoką ocenę baletowej wizji filmu Kazimierza Kutza ma wpływ celny dobór muzyki najwybitniejszych współczesnych kompozytorów śląskich (i nie tylko}, których dźwięki starannie zestawione przez Artura Żymełkę w formie przebiegu scenariusza muzycznego robiły wrażenie, jakby ci mistrzowie utwory swe napisali specjalnie dla tego baletu.

Było to sześć mniejszych lub większych fragmentów utworów Wojciecha Kilara (Ricordanza, II Koncert fortepianowy, Generique, Prolog z filmu, Preludium chorałowe, Marsz kawalerii), Henryka Mikołaja Góreckiego (// Kwartet smyczkowy, Trzy utwory w dawnym stylu, III i IV Symfonia, Totus Tuus) oraz niewielkie wyimki twórczości Bolesława Szabelskiego, Michała Spisaka, Stefana Kisielewskiego i Michała Kondrackiego. Wszystko bezbłędnie połączone muzycznymi nagraniami i żywym wykonaniem, pod zręczną batutą Macieja Tomasiewicza.

Wśród wielu hołdów i wyrazów uznania, których Kazimierz Kutz nie doczekał za życia, przejmująca baletowa wizja Artura Żymełki jest uwiecznieniem w sztuce dźwięku i ruchu artystycznego dorobku tego wybitnego piewcy Śląska, jego historii i kultury. Gdyby to ode mnie zależało, rozciągnąłbym zamysł Żymełki również na Perły w koronie, a może nawet na inne prace tego niezwykłego reżysera. Rozmawiałem o tym z obecną na premierze Panią Iwoną Kutz, najbardziej sympatyczną wdową po jakimkolwiek artyście, a przecież z wieloma miałem już do czynienia.

Dyrektor Opery Śląskiej zaryzykował przedsięwzięcie nie tylko uwieńczone repertuarowym sukcesem, ale takie, jakie będzie miało - jestem tego pewien - długotrwale powodzenie u śląskiej, i nie tylko śląskiej, publiczności.

Źródło:

Tygodnik Angora nr 27/04-07-21