12.07.2021, 14:43 Wersja do druku

O głosce co wiele zmieniała

"Kluk" Maliny Prześlugi w reż. Artura Romańskiego w Teatrze Animacji w Poznaniu. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej 27. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. 

fot. Maciej Zakrzewski

U Maliny Prześlugi przed głoską było słowo. Przed ośmioma laty autorka napisała Chodź na słówko. W tamtej sztuce bohaterami były słówka wymyślone przez dziewczynkę, która nie potrafiła jeszcze poprawnie wymawiać wszystkich głosek. I tak bardzo sympatyczna Kula była „źle” wypowiedzianą Kurą, a niejaki Toperz był po prostu skrótem od wyrazu nietoperz. Słówka bardzo cierpiały z powodu swojego kalectwa i niepełności. Niewiele były w stanie pomóc nawet wizyty u Logopeda i Języka Polskiego. I dopiero kiedy Kula spotkała „prawdziwą” Kurę zrozumiała, że nie musi mieć kompleksów, bo ta „prawdziwa” jest po prostu odpychająca. Morał, pouczający i optymistyczny, wskazywał jak ważna (nie tylko dla słówek-postaci) jest samoakceptacja.

Warto pamiętać o Chodź na słówko (a szczególnie o pierwszej opowieści pod tym tytułem, bo rzecz miała jeszcze dwie kontynuacje) także dlatego, że łączy ją z Klukiem magiczna głoska „r”. Wtedy Kura była Kulą, bo dziecko nie wymawiało „r”. Teraz autorka stworzyła postać, która wprawdzie nie jest małym dzieckiem, ale również nie wymawia „r”. I, jak się w sztuce okazuje, ta częsta przypadłość niweczy wielkie, pełne świetności, tradycje rodzinne głównego bohatera. Ba, uniemożliwia mu wręcz wykonywanie pracy, do której przygotowywał się od urodzenia. Pracy niezwykle odpowiedzialnej, ważnej i niemożliwej do wykonania przez nikogo, kto nie jest krukiem. Tylko kruki bowiem mogą zapowiadać śmierć. Wykrakiwać swoiste oratorium śmierci.

Bohater Prześlugi nazywa się Kara Boska. W najprostszej linii jest potomkiem sławnego dziadka o imieniu Krew i Kurz, i nieżyjącego już, godnego szacunku ojca, który nazywał się Czarna Wdowa. W poznańskim przedstawieniu zrealizowanym w Teatrze Animacji ostatni przedstawiciele rodziny kruków zaprezentowani zostali nad wyraz godnie w postaci metalowych rzeźb umocowanych na przewróconej kolumnie zamkowej, czuwających nad najmłodszym w rodzinie Karą Boską (Igor Fijałkowski). Ten zaś, pod czujnym okiem wuja o imieniu Kres i Krach (Artur Romański), ma uczyć się rodzinnego fachu. Który okazuje się wcale nie taki prosty: najwyraźniej trudno zwiastować komuś śmierć, kiedy nie wymawia się „r”. Jak tu bowiem utrzymać powagę urzędu, kiedy przepowiada się „śmielć i glób”? „Nic nikomu nie zwiastowałem i dlatego nie jestem plawdziwym Czalnym Klukiem” – martwi się nasz bohater. Co zatem robić, kiedy praca w zawodzie wykonywanym w jego rodzinie od pokoleń, okazuje się tak trudna?

Wuj daje młodemu adeptowi ostatnią szansę – w ciągu godziny ma „uwolnić duszę nieszczęśnika”, czyli pierwszej napotkanej postaci. A ponieważ tradycyjna formuła typu „kra kra” raczej nie wchodzi w grę, Kara Boska musi znaleźć swój własny, niekonwencjonalny sposób zwiastowania śmierci. Coś, co uczyni go godnym podtrzymania rodzinnej tradycji w oczach wuja i swoich własnych.

Na jego drodze staje pogrążony w depresji Ślimak (także Artur Romański), prześladowany wspomnieniami zmarłego ojca. Między tymi niecodziennymi bohaterami, jak to często u Prześlugi bywa, zawiązuje się dialog o życiu i śmierci. I chociaż przeznaczony dla młodych widzów, to prowadzony bardzo poważnie, bez upiększeń i uproszczeń. „Dużo przebywam w samotności. Dużo o śmielci lozmyślam. A im dłużej, tym baldziej chce mi się żyć” – mówi Kluk. A Ślimak, który jest obojnakiem, chłopakiem i dziewczyną jednocześnie, ostatecznie radzi mu, by zamiast śmierci, zwiastował nowe życie. Nowe życie, którego sam wkrótce doświadczy, gdyż jak się okazuje jest przy nadziei. Nowe życie, w którym – co najważniejsze – nie ma „r”: „Zwiastuj życie! To genialny pomysł! Nie będziesz musiał być straszny i ponury, co i tak ci nie wychodzi przez to twoje "ly". Możesz być śmieszny i niezrozumiały i bez sensu, bo takie jest życie, no nie? Ale wymyśliłem! Ale ci pomogłem! Ale ja jestem!”.

I jak się okazuje ta przekreślająca całą tradycję rodu kruków zmiana, jest tym, co nadaje ich egzystencji nowy sens. Wuj Kres i Krach mówi bowiem: „Dokonałeś czegoś więcej, niż wszystkie Czarne Kruki razem wzięte. Przywróciłeś istocie chęć do życia. Uwolniłeś duszę tego małego, grubego i krępego ślimaka, uwolniłeś ją od lęku, od bólu i od poczucia winy!”.

Dla najmłodszych widzów opowieść o Krukach i Ślimaku może zaistnieć w kilku warstwach. Podstawowa, najprostsza reakcja najmłodszych widzów sprowadza się zapewne do śledzenia nieporozumień i zamieszania spowodowanego wadą wymowy. Żarty i zabawy powstałe z gry z głoską „r” okazują się zabiegiem nie tylko bardzo prostym, ale też, teatralnie rzecz biorąc, bardzo skutecznym. Inwencja w wymyślaniu kolejnych niezamierzonych dowcipów wynikających z takiej wady wydaje się być nieograniczona. A niezwykle staranna i bardzo drobiazgowa praca dwójki aktorów Artura Romańskiego i Igora Fijałkowskiego w trzech rolach daje dużo satysfakcji oglądającym. Pierwszy jest także reżyserem, a drugi scenografem. Na nowo wskrzeszonej po remoncie kameralnej Scenie Witrażowej wszystko, co jest na scenie, dzieje się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Można podpatrzeć ostrą charakteryzację. Można wysłuchać z bliska wszystkie szepty niesłyszane z daleka. Można dojrzeć najdrobniejszy nawet gest. Słowem, można być zdecydowanie bliżej nie tylko aktorów, ale i tworzonych przez nich postaci.

Wielowarstwowa wyjątkowość lingwistyczna tego przedstawienia skłania także do wielu innych refleksji i skojarzeń. Można przy okazji zadać pytanie o to, na ile twórcze są wszelkie zabawy słowem autorki. Jest w nich wewnętrzna równowaga między tym co podpatrzone, zapożyczone, a tym co stwarzane na scenie, zaskakujące i nowe. Taka lingwistyczna zabawa-metoda jest o tyle oryginalna, że z jednej strony pozwala językowi na wyłamywanie się z wszelkich gorsetów, poprawności, nijakości, ale z drugiej strony na natychmiastową, żywą weryfikację tego, co z zabiegów językowych wynikło. Na przykładzie Kluka okazuje się, że zabawa z głoskami, jak w tym wypadku z „r” zamiast „l” jest i naiwnie prosta i wyrafinowanie skuteczna. Lingwistyka – jako metoda zabawy teatralnej – jest ciągle bardzo żywa, inteligentna i właściwie niewyczerpana w pomysłach; Malina Prześluga nie jest w tej metodzie jednak pierwsza. Jej sztuki, skierowane przecież do najmłodszych widzów, eksplorują i wyznaczają nowe szlaki, na których spotykają Mirona Białoszewskiego i jego Teatr Osobny czy Tymoteusza Karpowicza ze swoim Rozkładem jazdy.

Przedstawienie w poznańskim Teatrze Animacji można traktować jak inteligentny, rozbudowany żart. Ale można też dostrzec w tym żarcie dużo więcej. Pocieszenie dla wszystkich, którzy w ostatnim czasie musieli zmierzyć się ze śmiercią kogoś bliskiego. Nadzieję dla wszystkich, którzy zmagają się z zaakceptowaniem siebie i swojego prawdziwego ja. A także prostą, ale jakże potrzebną pochwałę życia w wykonaniu zacnych Kluków!

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Andrzej Lis

Wątki tematyczne