13. Międzynarodowy Festiwal Improwizacji Improfest w Krakowie. Pisze Dominika Gruz.
Jeśli polscy improwizatorzy mają swoją Mekkę, to bez wątpienia jest nią krakowski Improfest. FOMO dotyka tych, którzy zostają w domu, nocna scena dla debiutantów nierzadko staje się trampoliną do wielkiego świata impro, a organizatorzy od wielu edycji mierzą się z niezadowoleniem niezaproszonych na scenę. Bo każdy, kto zna impro w Polsce, chce tu być. Co roku festiwal, markujący się różem i białym królikiem w ciemnych okularach, zachwyca wysokim poziomem organizacji i logistyki, bogatą ofertą warsztatową i naprawdę wielkimi gwiazdami z całego świata. I co roku przeskakuje sam siebie. Wszystko to gwarantuje świetną zabawę i docieranie do szerokiej publiczności, również spoza czołówki fanów impro.
Za całość od samego początku odpowiada krakowska grupa Ad Hoc – Alan Pakosz, Michał Jeffrey Ociepa, Jan Malinowski, Michał Próchniewicz, od kilku edycji wspierana m.in. przez Krzysztofa i Katarzynę Kasparków (Miejsce Komedii) oraz cały sztab wolontariuszy.
Klub Studio pierwszego dnia Głównej Sceny festiwalu zapełnił się niemal po brzegi i w napięciu oczekiwał, czym tym razem organizatorzy zaskoczą. Wieczór rozpoczął format inspirowany telewizyjnym programem Rubiego Szuberta Śpiewające Fortepiany. Michał Jeffrey Ociepa zaprosił do współprowadzenia Dragqueen Oxie Moron, a za dwa fortepiany improwizatorów z różnych miast. Tym samym gospodarzem różowego fortepianu został pianista Dawid Makosz, a przy nim zasiedli Katarzyna Chmara (Bydgoszcz), Tomasz Marcinko (Wrocław) i Jakub Popławski (Kraków). Na klawiszach białego fortepianu grał Piotr Dziadkowiec, a przy nim Marta Podobas (Warszawa), Janek Purc (Warszawa) i Michał Próchniewicz (Kraków). Gra składała się z kilku rund, różniących się od siebie zasadami.
Fortepianowe drużyny śpiewały improwizowane piosenki inspirowane twórczością gwiazd muzyki (D. Rinn, Z. Wodecki czy Budka Suflera), a do wszystkiego wspaniale akompaniował Impro Band – jedna z najjaśniejszych gwiazd całego festiwalu. Energetyczne prowadzenie Jeffreya (okrzykniętego młodym Rudim), oprawa graficzna, subtelne wtrącenia Oxie i jej świetna impropiosenka nadały dobry ton całości spektaklu. Fantastyczne piosenki Marty Podobas zapierały dech w piersiach, do tego świetlista energia, wielkie poczucie humoru i ciepło artystki ściągało większość uwagi i reflektorów. Śmiało mogę powiedzieć, że czekam na jej indywidualny impro-recital na następnych edycjach Improfestu. Świetnie słuchało się również Katarzyny Chmary. Z nieco ciemniejszą barwą głosu i bardziej zakręconym charakterem wydawała się w tym spektaklu mroczniejszą siostrą M. Podobas. Zresztą najlepszą piosenką formatu był właśnie duet Marty i Katarzyny. Na uznanie zasługuje również piosenka Jana Purca w stylu reggae/ska na temat przedmiotów wyciąganych ze śpie-worka. Tekściarstwo i tempo piosenki robiły wrażenie. Michał Próchniewicz zdawał sobie sprawę ze swoich możliwości muzycznych, ale zaakcentował dobrze swoją obecność kilkoma trafnymi puentami. Szybko okazało się, że różnice w umiejętności śpiewania uczestników są ogromne. Publiczność choć początkowo rozbawiona, dawała wyraźnie znać, kogo chce słuchać. Podziwiane były umiejętności wokalne i muzyka, zabawne stawały się błyskotliwe teksty i profesjonalizm, śmieszkowanie z fałszowania i wygłupów już nie bawiły. Szkoda, że w fortepianowych drużynach znalazły się osoby, które zamiast zaprezentować się z najlepszej strony (a wiem, że potrafią i są fantastyczni w wielu innych impro-umiejętnościach), pokazały swoje braki, nieprzygotowanie i nieporadność. Michał Jeffrey Ociepa mógł spokojnie zaprosić innych improwizatorów-wokalistów z różnych miast w Polsce, którzy sprawdziliby się w tym formacie znacznie lepiej. Niemniej jakość, którą dały panie przykryła niedoskonałości innych. Energetyczne prowadzenie i świetna muzyka dały ludziom angażujący spektakl otwarcia i zapowiedział wysoki poziom reszty festiwalu.
Zdecydowanie inny w energii był kolejny spektakl Teatru Improwizacji One Infiltracja. Ciemna historia detektywistyczna w stylu noir grana przez dwie aktorki – Katarzynę Chmarę i Agnieszkę Szałkowską była bardziej kameralna. Historia morderstwa tancerki erotycznej, siostry głównej bohaterki, rozwiązywana była przez detektywkę Jane. Liczne didaskalia, ściszone spokojne głosy i nastrojowa muzyka dobrze oddawały zapowiedziany klimat.
Historia była dość spójna, a postaci i relacje między nimi ciekawe. Warto zauważyć zróżnicowane bohaterki kobiece, decydujące o swoich losach i nierzadko rozdające karty w tej opowieści. Chwilami didaskalia wypowiadane przez aktorki stawały się zbyt długie i mało wnosiły treści do historii, co sprawiało, że spektakl stawał się nużący. Dużym foux pas było wprowadzenie wątku dotyczącego społeczności romskiej. Używanie określenia “Cygan”, wyśmiewanie stereotypowych zachowań, brak zrozumienia kultury i kontekstu mocno bił po oczach. W pewnym momencie myślałam, że dziewczyny się z tego uratują, gdy jedna z bohaterek zaprotestowała i na tekst o Cyganach powiedziała “mówi się Rom”, jednak nie poniosło to żadnych zmian w przedstawieniu tego wątku. Szkoda. Przy jednoczesnej uwadze na inkluzywny język, feminizm i równość płci One wykazały się brakiem wrażliwości i zrozumienia dla jednej z gorzej traktowanej mniejszości etnicznej w Polsce.
Wieczór kończył pierwszy zagraniczny gość, prosto z West Endu, czyli Austentatious.
Kostiumowy spektakl tworzony przez Daniela Robertsa, Rachel Parris, Amy Cooke-Hodgson, Grahama Dicksona i Charlotte Gittins inspirowany był twórczością Jane Austen i przeniósł nas do Anglii przełomu XVIII i XIX wieku. Tytuł spektaklu, a zarazem wymyślonej książki J. Austen, wybrany przez publiczność to Art of sheep shearing. Bardzo zgrabna historia sześciu bohaterów, którzy pośród labiryntu konwenansów i obyczajowości regencji próbują odnaleźć miłość. Motywem przewodnim były owce, majątek, pozycja i poszukiwanie dobrego męża. Choć początkowo postaci wydawały się zadufane w sobie lub wybierały intrygę zamiast szczerości, końcowo, tak jak w dobrym romansie przystało, okazuje się, że każdy zasługuje na szczęście i miłość przy właściwej osobie. Najbardziej zwraca uwagę fakt, że postaci były autentyczne i wyraziste, decyzje przez nie podejmowane spójne. Pozwolili sobie na nieco absurdu, jak owce spadające z klifu, ale nie zakłóciło to świata przedstawionego, a był miłym ożywieniem. Aktorzy byli nie tylko świetnymi improwizatorami, ale i reżyserami, i scenarzystami, a taki full pakiet w całym zespole zdarza się rzadko! Historia była ubrana w wyszukany język. Miły dla polskiego ucha brytyjski akcent i piękne kostiumy dawały wielką przyjemność w odbiorze. Spektakl był tak perfekcyjnie i uważnie zagrany, że wydawał się scenariuszowy, a symultaniczne tłumaczenia na słuchawkach przez wspaniałych tłumaczy jeszcze dodawały tego wrażenia. Nie dziwi mnie, że jest wielokrotnie nagradzanym londyńskim hitem.
Kolejny dzień otwierali debiutanci, z zeszłorocznej Nocnej Sceny, łódzka grupa Chono. Niezwykła forma, opierająca się na rysowaniu na żywo przez
improwizatorkę-rysowniczkę Karolinę Witowską. Jej rysowanie pojawiało się na ekranie w tle sceny i było zarówno scenografią, jak i zabawnym komentarzem do gry aktorów. Spektakl o tytule wybranym przez publiczność – “Chmury” – opowiadał o aniołach. Grupa Chono zgrabnie poradziła sobie z żartami z religii. Szczególnie urocza była postać sfrustrowanego, pomijanego Ducha Świętego, grana przez Tobiasza Majaka. Anita Tomczak, jako Michał Archanioł, również miała swoje momenty, dobre wyczucie żartu i sprawnie partnerowała innym. Całość niestety bywała nużąca, dużo wątków było gubionych, wiele scen było o niczym, brakło stawki i zaangażowania publiczności w historię. Być może sama forma i dostosowanie tempa gry do tworzenia rysunków na żywo, było zbyt skomplikowane lub nie do końca przemyślane, stąd problemy z budowaniem historii. Natomiast oglądanie procesu rysowania, do tego miła muzyka (Wojciech Skowron), było niezwykle przyjemne i dawało magiczny klimat. W wielu momentach to, co działo się na ekranie było ciekawsze i śmieszniejsze niż to, co proponowali aktorzy. Było to na pewno coś nowego i interesującego, ale wymaga jeszcze dopracowania.
Cieszę się, że w końcu udało mi się zobaczyć spektakl Typiar (Natalia Cyran, Karolina Pańczyk, Kasia Szymańska). Tym bardziej, że okazał się najlepszym polskim spektaklem festiwalu. Beka z Twojego życia zaczęła się ryzykownie, bo sugestią jaką dziewczyny otrzymały od widzki było oczekiwanie “na rozwód lub awans”. Po dopytaniu o szczegóły okazało się, że mąż widzki jeszcze o niczym nie wie, a na awans liczy w szkole językowej. Choć początek był chaotyczny, dziewczyny wyprowadziły historię na prostą, dając nam wielowątkową, ciekawą i zabawną do łez opowieść o poszukiwaniu siebie. Aktorki były na tyle uważne, a postaci wyrazisto określone, że bez problemu mogły w trakcie wymieniać się rolami. Wyczucie żartu i umiejętne podawanie go, szczypta absurdu, sporo emocji i empatii, metakomentarze i relacje, to wszystko dało świetny efekt. Bohaterkom chciało się kibicować. Sugestia została wyciśnięta do samego końca, a jednocześnie przedstawiona z wyczuciem i empatią. Może chwilami zabrakło jeszcze większego zagłębienia się w bardziej poważnych wątkach, co rozwinęłoby wachlarz emocji w odbiorze. Niewątpliwie chcę więcej i będę polować na kolejne spektakle Typiar.
Mixer gości, zaproponowany przez gospodarzy, to stały element festiwalu, gdzie kilku zagranicznych improwizatorów-trenerów, niegrających ze sobą wcześniej, tworzy spektakl improwizowany złożony z lekko powiązanych ze sobą scen. Dla warsztatowiczów jest to zawsze niezła gratka oglądać na scenie swoich trenerów, jak na żywo stosują zasady, o których chwilę wcześniej uczyli. Tym razem w Unexpected Meeting mogliśmy zobaczyć Stacey Smith (USA), Charlotte Gittins (UK), Johna Gebretatose (USA) oraz dyrektora festiwalu Alana Pakosza. Był to zbiór zabawnych historii, z których najbardziej zapadła mi w pamięć ta o romantycznym spotkaniu dwóch informatyków C++ w autobusie. W spektaklu wyróżniały się obie panie Charlotte i Stacey. To one budowały historię, ożywiały bohaterów i dawały świetne sugestie swoim partnerom. Płynne przechodzenie z jednej sceny w drugą czasami nieco konfudowały aktorów i tłumaczy, ale dodawało to raczej komedii, niż wybijało z rytmu.
Jedną z bardziej ryzykownych decyzji festiwalowych było wybranie na finał sobotniego wieczoru spektaklu Przedmioty Zbrodni, tworzonego przez Miejsce Komedii i krakowski Teatr Groteski. Forma zapowiadała się bardzo obiecująco. Aktorzy animowali przedmioty, które można znaleźć na strychu, takie jak Drabina, stary Odkurzacz czy Walizka, a historia miała opowiadać o zbrodni i śledztwie. Choć wizualnie bardzo fotogeniczny, to jednak fabularnie mało się tam zgadzało. Mimo długiego pierwszego aktu, podczas którego mieliśmy poznać postaci i relacje między nimi, nic nie zostało przedstawione na tyle ciekawie, by historia stała się emocjonująca, a motywy postaci jasne. Dodajmy kilka problemów technicznych, których aktorzy nie udźwignęli, nienajlepsze dla tempa założenia formatu oraz granie erotycznymi scenami w ramach ostatniej deski ratunku, które miała kupić widzów, a zadziałały raczej odpychająco (ze względu na swoją wulgarność niemającej uzasadnienia w historii). Wszystko to sprawiło, że dostaliśmy spektakl mocno średni. Docenić można animowanie przedmiotów. Ruchy były plastyczne i zgrabne, oddające charakter postaci, szczególnie Poduszki (Joanna Foryś) i Spłuczki (Krzysztof Kasparek). Odważne również jest eksperymentowanie i romansowanie z innymi formami teatru, ale wymaga to jeszcze warsztatu i większego przygotowania.
Ostatni dzień rozpoczął się spokojnie. Dobry spektakl Parsque du hehe z Warszawy ze znanym formatem Harold, którego inspiracją było słowo “banan”. Otrzymaliśmy kilka historii luźno ze sobą związanych, często powracających i krzyżujących się tak, jak zakłada format. Było kilka naprawdę zabawnych scen, ciekawych nawiązań do popkultury, a na uwagę zasługują Kasia Szymańska i Janek Purc za wyczucie komediowe, jednak całościowo spektakl nie zapadł szczególnie w pamięć. Tym bardziej, że później oglądaliśmy zdecydowanie bardziej energetyczny spektakl na zasadzie meczu między dwoma grupami, czyli Impro-OstateczneStarcie grupy AD HOC (Kraków) i Dzikich Węży (Trójmiasto). Była to gratka dla koneserów impro, ponieważ mogliśmy zobaczyć starych wyjadaczy, dziś często działających już w innych gałęziach komedii jak Abelard Giza, Wojciech Tremiszewski, Kacper Ruciński czy Szymon Jachimek. Krótkie gry pełne dynamiki, żarty bez cenzury, wzajemne dogryzanie, duży doping widowni. To wszystko złożyło się na spektakl przypominający mi zagraniczne wieczorne show z celebrytami, którzy dają się zaprosić do niewygodnych konkurencji ku uciesze widzów. Czy był to artystyczny spektakl – nie, ale zdaje się, że do takiego nie aspirował. Dostaliśmy po prostu soczystą rozrywkę. Zaznaczę też, że trzeci dzień miał najlepszą konferansjerkę, gospodyniami były Natalia Cyran i Karolina Pańczyk. Ich prowadzenie było niezwykle profesjonalne, z luzem, ale dbające o komfort zarówno widzów jak i grających, rozgrzewające publiczność i przekazujące najważniejsze informacje. Chemia między dziewczynami robiła świetny klimat, a wyczucie komediowe i zrozumienie swojej roli było po prostu przyjemne w odbiorze. Wejścia dziewczyn były odświeżające między wymagającymi energetycznie spektaklami. Brawo!
StaceJam, czyli improwizowany musical solo w wykonaniu Stacey Smith w towarzystwie Impro Bandu – och, co to był za spektakl! Od pierwszej do ostatniej nuty trzymał w napięciu i zaangażowaniu. Stacey opowiadała jednocześnie trzy historie, w których bohaterowie szukali siebie i próbowali spełnić marzenia. Już otwierająca piosenka “You can have it all” udowodniła, że będziemy mieć do czynienia z czymś nietuzinkowym. Razem z 10-letnim Bradley’em mierzyliśmy się z oczekiwaniami rodziców i walką o bycie w zgodzie ze sobą, obserwowaliśmy, jak wdowa Angela stara się ułożyć życie na nowo, a 30-letnia singielka zmaga się z dorosłością i internetowym poszukiwaniem miłości. Każdy z bohaterów był pełnowymiarową postacią, a każdy z wątków niezwykle emocjonujący.
Piosenka Bradley’a do jego mamy o tym, że chce być sobą i potrzebuje jej wsparcia wciskała w krzesło i wyciskała łzy. Tak zwany 11 o’clock number w wątku o 30-letniej dziewczynie śpiewany podczas randki – mocna piosenka “Cool as a bitch” – porwał publiczność i kipiał kobiecą siłą. Na koniec repryza “You can have it all” pięknie zamykająca wątki. Był to spektakl z pełną paletą emocji, z historią mądrą i prawdziwą, a zarazem zabawną. Z muzyką i wokalem na prawdziwe profesjonalnym poziomie. Udowodnił, że improwizacja nie jest półśrodkiem, amatorskim teatrem, drogą do celu, tylko potrafi być, tak jak StaceJam, spektaklem skończonym.
Festiwal zakończył się Ostatnim Abordażem, reżyserowanym przez Tomasza Marcinko. Częściowo przygotowany spektakl miał opowiadać o dwóch zwaśnionych grupach piratów ścigających się do skarbu. Było kilka przyjemnych zabiegów wizualnych. Oprócz kostiumów spodobał mi się pomysł z flagami symbolizującymi statki, lampki (które jednak były wprowadzone tylko na jedną scenę i potem niewykorzystane) oraz srebrne konfetti jako strzały z armaty. Jednak mimo tego w większości scen nie było czuć, że jesteśmy na morzu i oglądamy piracką historię. Początek był mocno chaotyczny. Ponownie – sceny, które miały zbudować relacje i ustawić stawkę historii, były puste. Choć rozumiem zabieg wizualny pierwszych scen, czyli granie na dwóch platformach, które miały nam unaocznić podział załogi na dwa statki, uważam, że był jednak nietrafionym rozwiązaniem. Ściśnięcie po 5 osób na niewielkich platformach uniemożliwiło im dobrą komunikację, co mogło wpłynąć na słaby początek spektaklu. Później było już nieco ciekawiej, pojawiło się kilka interesujących postaci jak kapitanka “Zefira” – Beata (Beata Bebe Różalska), kucharz Janek (Janek Malinowski) czy Majtek (Mateusz Płocha), a na drugim statku, “Krwawej Bryzie”, kapitan Arturro (Artur Jóskowiak), majtek kochający zwierzaki (Wojciech Tremiszewski) czy pirat zakochany w dziewczynie z “Zefira” (Michał Majkel Iwanicki). Najciekawiej zrobiło się, gdy aktorzy zaczęli przedstawiać miłosną historię dwójki kapitanów, a najlepsze sceny to rodzinne rozmowy – między parą kapitanów i ich córkami (w rolach córek Hania Markiewicz, Agnieszka Szałkowska). Były prawdziwe i emocjonalne. Szczególnie miło było widzieć Artura Jóskowiaka w szczerych relacjach z dorastającymi córkami, a wzięcie ich na koniec obu na ręce rozczuliło. Jak zawsze nietuzinkowa postać kobieca grana przez Beatę Różalską dodawała życia historii. Niestety oprócz tego, było dużo chaosu, nieuważnosci i niechlujności. Wątki były gubione, a historie nielogiczne. Do irytacji doprowadzało mnie rozpoczynanie scen wyimkami z dziennika pokładowego, gdzie daty i przemijające dni nie miały żadnego odzwierciedlenia w osi czasu oglądanej historii. Następnym razem warto się zastanowić, czy reżyserowany spektakl dla mieszanego festiwalowego składu to najlepszy pomysł. Bez wystarczającej ilości prób i testowania pomysłów może się okazać, że forma zje historię i pozostanie tylko dryfowanie na powierzchni, by nie utonąć.
Aż tyle mogliśmy zobaczyć i przeżyć na Scenie Głównej, a oprócz tego była Mała Scena, warsztaty polskich i zagranicznych trenerów, imprezy, wydarzenia towarzyszące, jak choćby bitwa rapowa oraz Scena Nocna. Z wieczoru debiutów wyróżniali się szczególnie Cztery Litery, Disco Polonium i Embargo, którzy być może zaliczą lot ze Sceny Nocnej na Główną w następnych edycjach. Moje serce skradli też symultaniczni tłumacze, tegoroczna nowość, która udowodniła, że Improfest to festiwal prawdziwie międzynarodowy.
Organizatorzy wiedzą, że tworzą coś wyjątkowego w skali kontynentu i nie zatrzymują się. W tej edycji udało im się pokazać różnorodność międzynarodowego impro i jak zawsze nie zawieść publiczności. Czyżby różowy kolor przewodni festiwalu okazał się w tym roku proroczy i zwiastował Girl Power na scenie improwizacji? Bo bez wątpienia to panie skradły tegoroczne show i serca publiczności. Choć wcale nie muszą, udowodniły, że kobiety improwizują świetnie, mają wyczucie komedii, tematy przez nie poruszane są nierzadko wrażliwie i mądrze, a w wielu sytuacjach biją swoich scenicznych kolegów na głowę profesjonalizmem i lotnością umysłu.