„Kocham balet” w choreogr. Ramony Nagabczyńskiej z Komuny Warszawa na Polskiej Platformie Tańca Wrocław 2026. Pisze Wiesław Kowalski.
Nie każdy spektakl pozostawia widza z gotową interpretacją. „Kocham balet” Ramony Nagabczyńskiej należy do tych przedstawień, po których wychodzimy z teatru z poczuciem, że zobaczyliśmy ciało, którego nie da się sprowadzić do jednej historii. Nie dlatego, że spektakl rezygnuje z wyrazistych tematów, ale dlatego, że potrafi przeprowadzić je przez ruch, humor, wysiłek i zachwyt, nie zamykając żadnego z nich w jednej odpowiedzi.
Spektakl obejrzałem podczas Polskiej Platformy Tańca Wrocław
2026, w Narodowym Forum Muzyki. I właśnie z tej perspektywy widza chciałbym o
nim napisać: nie jako o kolejnym rozliczeniu baletu, lecz jako o spotkaniu z
tańcem, który po latach powraca do swoich dawnych źródeł, ale nie zamierza już
być im posłuszny.
Cztery artystki – Aleksandra Borys, Karolina Kraczkowska,
Ramona Nagabczyńska i Iza Szostak – mają za sobą edukację baletową, a później
długą drogę w tańcu współczesnym i choreografii eksperymentalnej. Ich powrót do
klasycznej techniki nie jest próbą cofnięcia czasu, lecz sprawdzeniem, jak
dawny język zachowuje się w ciałach, które przeszły już zupełnie inną drogę.
Relacja artystek z baletem nie zostaje tu opowiedziana wprost — ujawnia się
poprzez ciało, pamięć ruchu i fizyczny wysiłek. Staje się tworzywem, materiałem
do przekształcenia, a czasami także źródłem autentycznej radości.
To ważne, ponieważ przedstawienie nie buduje swojej siły na
prostym odrzuceniu klasyki. Balet pozostaje tutaj fascynujący. Nadal przyciąga
precyzją, rytmem, szczególnym napięciem między pozorną lekkością a ogromnym
wysiłkiem. Tancerki nie muszą udowadniać, że ta forma jest bezwartościowa, aby
odzyskać prawo do własnego ciała. Przeciwnie – im wyraźniej pokazują jej
ograniczenia i uwikłania, tym mocniej pozwalają nam zobaczyć jej możliwości.
Pierwsze partie spektaklu mają w sobie coś z oglądania
pamięci, która nie przechowuje wydarzeń w sposób uporządkowany. Ciało
przypomina sobie ustawienie, kierunek, zatrzymanie, mechanizm powtórzenia. Ruch
pojawia się niekiedy jak odruch, zanim jeszcze stanie się świadomą decyzją.
Tancerki nie są jednak dawnymi uczennicami odtwarzającymi ćwiczenia. Ich
obecność na scenie zmienia sens tego, co wykonują. Wiek, doświadczenie i
odmienna praktyka artystyczna sprawiają, że nawet gest rozpoznawalny z lekcji
baletu przestaje być neutralny. Widać w nim historię, ale również możliwość
wyboru.
To właśnie w tej szczelinie między pamięcią a decyzją
spektakl odnajduje jeden ze swoich najciekawszych tematów. Co dzieje się z
ruchem, kiedy przestaje być rozkazem? Czy można wrócić do techniki, która
kształtowała ciało według określonych norm, i użyć jej do wyrażenia czegoś
zupełnie własnego? Kocham balet nie udziela odpowiedzi w formie
deklaracji. Odpowiada poprzez konsekwentną pracę performerek, ich sposób bycia
razem, zmienność energii i stosunek do fizycznego wysiłku.
Ważna jest tutaj także obecność humoru. Tancerki potrafią
potraktować baletową konwencję z dystansem, wydobywając jej sztuczność,
przesadę i teatralny konwenans. Gesty, które w klasycznym repertuarze mają
przekazywać uczucia, zostają poddane drobnym przesunięciom. Zamiast wzniosłej
deklaracji może pojawić się niezręczność, zamiast romantycznej powagi – komizm.
Nie jest to jednak kpina z samego tańca. Raczej próba uwolnienia go od
obowiązku nieustannego prezentowania doskonałości.
W tym sensie spektakl ma w sobie niezwykłą otwartość. Nie
zabiera widzowi piękna, żeby udowodnić mu, że piękno bywa podejrzane. Pozwala
mu istnieć, ale zmienia warunki jego pojawienia się. Klasyczna figura może
zostać wykonana z precyzją, a jednocześnie z przekorą. Ciało może wyglądać na
niezwykle wyszkolone i jednocześnie ujawniać zmęczenie, ciężar, fizyczną
granicę. Te elementy nie wykluczają się wzajemnie. Właśnie dzięki ich
współobecności taniec staje się bardziej ludzki.
Szczególną rolę odgrywa scenografia i kostiumy Dominiki
Olszowy. Nie tworzą one po prostu dekoracyjnego tła dla choreografii.
Współuczestniczą w procesie odczarowywania baletowej estetyki. Pudrowe barwy,
tiule, ozdoby i elementy kojarzące się z tradycyjnym wizerunkiem baleriny
zostają zestawione z tym, co codzienne, nieidealne, czasem lekko absurdalne. W
rezultacie scena nie staje się miejscem, w którym balet zostaje całkowicie
odrzucony. Przypomina raczej przestrzeń zabawy jego znakami.
Ta zabawa ma jednak swoją cenę i swoje fizyczne
konsekwencje. Najmocniej widać je w pracy z pointami. Zużyte pointy,
zgromadzone na scenie, nie są tylko rekwizytem. Przypominają o czasie, jaki
ciało spędza w służbie techniki, o pracy, która zazwyczaj pozostaje niewidoczna
dla publiczności. Kiedy tancerki sięgają po pointy, nie otrzymujemy wyłącznie
obrazu baletowego przygotowania. Dostajemy również moment konfrontacji z
„instrumentem”, który przez lata był narzędziem ich edukacji.
To, co następuje później, jest jednym z najciekawszych
przejść w przedstawieniu. Najważniejsze nie jest samo odrzucenie point, lecz
chwila, w której tancerki zaczynają posługiwać się nimi na własnych zasadach.
Zamiast podporządkowywać ruch określonej normie, stają się częścią innego,
bardziej niepokornego działania. Klasyczna technika nie zostaje unieważniona.
Zostaje przejęta. I właśnie to przejęcie wydaje mi się bardziej twórcze niż
gest całkowitego zerwania.
Muzyka Daniela Szweda pomaga zbudować tę przemianę. Jej
elektroniczna, chropowata faktura nie ilustruje tańca w tradycyjnym sensie.
Wchodzi z nim w napięcie. Zestawienie baletowej techniki z dźwiękiem
pozbawionym klasycznej elegancji pozwala zobaczyć ruch z nowej perspektywy.
Zmienia się temperatura przedstawienia, jego dynamika, a także sposób, w jaki
odbieramy ciało tancerek. W połączeniu ze światłem powstaje przestrzeń, w
której delikatność i siła nie są przeciwieństwami, lecz stanowią dwa aspekty tego
samego doświadczenia.
Warto podkreślić, że cztery tancerki nie występują tu jako
cztery identyczne reprezentantki jakiegoś zbiorowego losu. Ich wspólna historia
pozwala im działać razem, ale różnice między nimi pozostają istotne. Każda
wnosi własną obecność, odmienny sposób gospodarowania energią, inną jakość
ruchu. Kolektyw nie oznacza zatarcia indywidualności. Przeciwnie – siła grupy
wynika z tego, że nie musi ona być jednolita.
Właśnie dlatego finał nie wydaje mi się jedynie
ukoronowaniem krytycznej opowieści o balecie. Jest raczej momentem, w którym
spektakl najpełniej ujawnia swoją podwójność. Tancerki wykonują wymagające
sekwencje, a zarazem pozwalają, by ciało przestało udawać nieskończoną
sprawność. Wysiłek nie niszczy piękna ruchu. Nadaje mu inną wagę. Każde
zatrzymanie, każda utrata równowagi, każdy powrót do ruchu sprawiają, że
oglądamy nie abstrakcyjną doskonałość, ale żywe osoby, które podejmują decyzję,
by nadal tańczyć.
I być może tutaj znajduje się najważniejszy wymiar tego
spektaklu. Kocham balet nie opowiada tylko o tym, co balet robi z
ciałem. Pokazuje również, co ciało może zrobić z baletem, kiedy odzyska prawo
do własnej interpretacji. W tym odwróceniu perspektywy kryje się zarówno
krytyka, jak i czułość. Dawny język nie musi być unicestwiony, aby przestał być
narzędziem podporządkowania. Można go rozmontować, przetestować, ośmieszyć, a
następnie zbudować z jego fragmentów coś nowego.
Po wyjściu ze spektaklu pozostało we mnie przekonanie, że
tytułowe wyznanie nie jest ani czystą ironią, ani prostą deklaracją miłości do
klasyki. Jest pytaniem, które cztery artystki zadają własnym ciałom: co jeszcze
możemy z tego odzyskać? Odpowiedź nie przychodzi w słowach. Przychodzi w ruchu,
który jest jednocześnie świadomy przeszłości i wolny od obowiązku jej
powtarzania.
To bardzo satysfakcjonujące spotkanie z teatrem tańca – nie dlatego, że zamyka temat baletu, ale dlatego, że otwiera go na kolejne odczytania. I dlatego, że przypomina o czymś, co w sztuce można łatwo przeoczyć: krytyczne spojrzenie nie musi odbierać przyjemności. Czasami dopiero ono pozwala przyjemności stać się naprawdę własną.