„Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” Julii Nowak w reż. autorki w TR Warszawa. Pisze Marek Zajdler na stronie naszteatr.pl
Stołeczny TR Warszawa rozpoczął nowy sezon sztuką debiutantki Julii Nowak, której tekst wybrany został w ramach cyklu „Debiutów TR”. Istniejący od ponad dziesięciu lat projekt umożliwia młodym reżyserom i reżyserkom sceniczny chrzest i bierze na siebie artystyczne ryzyko realizacji inicjacyjnych spektakli. Swoje pierwsze kroki stawiali tu Katarzyna Minkowska, Wojciech Rodak czy Jędrzej Piaskowski, dlatego każdy kolejny debiut w TR przyciąga uwagę ewentualnym teatralnym objawieniem. Najnowsze przedstawienie nosi nieco barokowy tytuł „Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” i – nawiązując do potocznego języka młodszego pokolenia – stanowi doskonałą okazję do samozaorania. Faktycznie bowiem spektakl się dłuży, w rzeczy samej jest powolny w tempie, z czego akurat skwapliwie korzysta choreografia i choć szczęśliwie do zapowiadanej katastrofy mu daleko, to zdarza się, że ten teatralny tramwaj zgrzyta i piszczy na zakrętach.
Punkt wyjścia opowieści jest iście hitchcockowski. Nagły wypadek tytułowego tramwaju zdarza się niemal natychmiast, a pasażerowie w filmowym trybie slow motion rzucani są po pojeździe i w tym dramatycznym, wymuszonym okolicznościami zwolnieniu zaczynają nagle dostrzegać zarówno siebie, jak i drugiego człowieka. Wchodzą w interakcje opowiadając o tym, co ich chwilowo najbardziej zajmuje – doświadczeniu pracy w kamieniołomie współczesnego kapitalizmu. W zbiorkomie podróżują głównie młodzi, tkwiący na początku zawodowej drogi i srogo doświadczani jej realiami. Jeśli nie awansują w hierarchii dostatecznie szybko, rozbiją się, niczym tramwaj, o barierę 26 roku życia, gdy zakończy się studencka laba i przyjdzie im płacić podatki. Mamy więc sterowanego aplikacją dostawcę jedzenia po utracie roweru (Filip Zaręba), wracającą z apteki rozhisteryzowaną opiekunkę do dziecka (Aleksandra Popławska), wyplutą przez korporację laskę poszukującą tożsamości w zagubionym firmowym telefonie (Izabella Dudziak) i skołowanego w morzu „jeśli” projektariusza Mariusza rzucanego z projektu w projekt w ramach szeroko rozbudowanego BIO, znaczy się „bajo” (Michał Jan Meller). Wszyscy oni pędzą przez zawodowe życie na warunkach dyktowanych przez „tych na górze”, czasem na śmieciowych umowach, niekiedy bez opłaconych składek czy ubezpieczenia, w ciągłej gonitwie deadlinów, niepewności jutra i poczuciu, że ten kapitalistyczny świat wykorzystuje ich jako niewolników XXI wieku.
I tu pojawia się problem, bowiem sam tekst Julii Nowak, dość czytelny w założeniach, iskrzy humorem, bywa błyskotliwy w skojarzeniach, ale trzeba go jeszcze interesująco przenieść na scenę. A to się moim zdaniem nie udało, głównie za sprawą wątpliwie skonstruowanej dramaturgii, która rozpoczynając z wysokiego C grzęźnie na mieliźnie chaotycznie połączonych, rozwleczonych scen i powoduje powolne usypianie widowni. Językowe fajerwerki Julii Nowak chwilowo wybudzają z letargu, ale ambientowo kołysząca do snu muzyka Maksymiliana Zielińskiego sprowadza z powrotem w objęcia Morfeusza. Spektakl, trochę jak tytułowy tramwaj, zmierza bowiem donikąd. Kolejne opowieści przetwarzają na różne sposoby obawy młodych przed krwiożerczo-niewolniczym rynkiem pracy, ale poza utyskiwaniem na rzeczywistość nie mówią niczego, o czym byśmy już nie wiedzieli. Mnożenie surrealistycznie podanych przykładów nie wnosi nic, poza zabawną ilustracją gorzkich realiów sfery zatrudnienia. O tym, że pracujemy za dużo, że młodzi mają pod górkę, że świat pędzi zbyt szybko i nie dla każdego znajdzie się miejsce w pierwszej klasie, wiemy. O tym, że wszystko można dziś spieniężyć i na wszystkim zarobić, wiemy także. Migające odpryski prekaryzacji współczesności stają się ostatecznie chaotycznym i nieco powierzchownym obrazem oczywistych tez, dopowiadanych dla pewności brechtowskim komentarzem motorniczego Sławka (Mirosław Zbrojewicz), mającego skądinąd solidne wejście na scenę.
„Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” ma także jaśniejsze oblicza. Takim jest dla mnie scenografia Antoniny Kality – plątanina rur wypełniających rozpadający się tramwaj przeistacza przestrzeń w rodzaj futurystycznego placu do ćwiczeń. Uchwyty dla pasażerów zmieniają się w gumy, aby nawet podczas podróży komunikacją miejską bezustannie pracować nad sobą i nad fizyczną tężyzną. W końcu bezczynność jest passe. Rozciągnięta w czasie choreografia Any Kuszareckiej korzysta, by pokazać eksploatację ludzkiego ciała i jego zaprzężenie w tryby machiny pracy, a prawdziwy błysk ujawnia obrazując upersonifikowane rowerowe zębatki. Tekst Julii Nowak nafaszerowany jest aż do przesady pomysłowymi frazami – „wygram tour po wszystkich oczekiwaniach”, „wkręcam sobie asfalt w łańcuch w rowerze, który wyznacza moje miejsce w łańcuchu pokarmowym” czy „zbijam piątki z lasem deszczowym” pięknie żonglują słowem i inteligentną asocjacją. Scena spotkania „urlopowanej” antywakacjonistki z korpojaciółką lśni na tle całości zwięzłą i dopracowaną w szczegółach formą. I aż żal, że wszystko razem nie tworzy teatralnej jakości.
Pisząc o najnowszym debiucie w TR Warszawa ciskam się i miotam w sprzecznych odczuciach, niczym bohaterowie spektaklu w pracy zawodowej. A może raczej stoję w rozkroku, tak jak stoi w miejscu historia „Bardzo długiej i powolnej katastrofy tramwaju nr 26” zapętlona w kolejnych opowieściach zmierzających, by zderzyć się ze ścianą. Nagłe zatrzymanie życiowego pędu bohaterów odsłania pustkę ich egzystencji pozbawionej przywileju pracy. Czy aby na pewno przywileju? Czy raczej dojmującego ciężaru? Zwłaszcza, że po cichu przyznają się do spowodowania kraksy. Możemy się tylko domyślać. Jedynym pewnikiem po wyjściu z teatru jest to, że ktoś na tym zarobił. Jak zawsze.