Logo
Recenzje

Miłość, która zostaje pod skórą

14.09.2026, 11:45 Wersja do druku

„Co się wydarzyło w Madison County” Marshy Norman i Jasona Roberta Browna w reż. Jakuba Wociala, wyprodukowana przez Broadway w Polsce, gościnnie w STUDIO teatrgalerii w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. mat. teatru

Co się wydarzyło w Madison County zaczyna się niemal niepostrzeżenie. Bez wielkich deklaracji, bez emocjonalnego szantażu, bez potrzeby natychmiastowego wzruszenia widza. A jednak z każdą kolejną sceną coraz mocniej wciąga w historię Franceski i Roberta — dwojga ludzi, którzy spotykają się na kilka dni, a mimo to na zawsze zmieniają swoje życie.

Polska prapremiera musicalu Jasona Roberta Browna i Marshy Norman, pokazana gościnnie w Teatrze Studio, jest przedstawieniem, któremu udało się coś dziś niezwykle cennego: nie krzyczeć. Nie chodzi przy tym o rezygnację z teatralnej intensywności, lecz o świadomą powściągliwość środków. Spektakl nie próbuje za wszelką cenę olśnić widza widowiskiem ani wymusić wzruszenia. Napięcie rodzi się tutaj z ciszy, spojrzenia, oddechu, frazy muzycznej i emocji, która nie zostaje od razu nazwana ani wyeksponowana. Jest raczej stopniowo odsłaniana w rytmie scen, pauzach, gestach i muzycznych frazach. A kiedy wreszcie zaczyna być wyraźnie odczuwalna, okazuje się, że jesteśmy już bardzo blisko bohaterów — niemal wewnątrz ich decyzji.

Fabuła jest dobrze znana. Francesca, włoska emigrantka osiadła na farmie w Iowa, zostaje na kilka dni sama, gdy jej mąż i dzieci wyjeżdżają na targi stanowe. Pojawia się Robert Kincaid, fotograf „National Geographic”, który szuka jednego z krytych mostów. Przypadkowe spotkanie rozpoczyna historię, której konsekwencje będą trwały znacznie dłużej niż cztery dni. Polska realizacja nie próbuje tej opowieści „unowocześniać”. I bardzo dobrze. Jej siła tkwi w tym, że pozwala wybrzmieć temu, co najprostsze i zarazem najtrudniejsze: pytaniu, ile własnego życia jesteśmy gotowi poświęcić, żeby pozostać wierni innym — i sobie.

Największe wrażenie robi jednak muzyka. Jason Robert Brown napisał partyturę, która wymaga od wykonawców nie tylko świetnych głosów, lecz także aktorskiej prawdy. Tutaj dostajemy jedno i drugie. Dziesięcioosobowa orkiestra pod kierownictwem Ignacego Matuszewskiego nie jest jedynie akompaniamentem. Jest żywym organizmem przedstawienia, który potrafi być delikatny, niemal przezroczysty, a chwilę później budować napięcie o sile, przy której trudno zachować obojętność.

I właśnie wysoki i wyrównany poziom wokalny całej obsady jest jednym z największych atutów tego wieczoru. Nie ma tu wyraźnego pęknięcia między partiami pierwszoplanowymi a pozostałymi głosami, żadnego momentu, w którym muzyczna jakość przedstawienia wyraźnie się obniża. Przeciwnie — poszczególne głosy zachowują własną charakterystykę, a zarazem układają się w spójne brzmienie zespołowe. Dzięki temu obsada nie tylko wykonuje kolejne partie, lecz współtworzy muzyczną dramaturgię spektaklu.

Anna Federowicz jako Francesca ma w sobie coś szczególnie cennego: nie gra wielkiej namiętności od pierwszej minuty. Pozwala jej się narodzić. Jej bohaterka jest kobietą, która przez lata nauczyła się funkcjonować w świecie obowiązków, przyzwyczajeń i kompromisów. Dopiero spotkanie z Robertem sprawia, że zaczyna słyszeć własne życie na nowo. Federowicz potrafi tę przemianę prowadzić bardzo subtelnie. Nie musi wykonywać wielkich gestów, żebyśmy zrozumieli, co się w niej dzieje.

Jakub Wocial jako Robert jest partnerem dla tej kreacji nie tylko wokalnie. Jego Robert nie jest papierowym romantycznym wybawcą, lecz człowiekiem równie samotnym i spragnionym bliskości. Wocial ma sceniczną swobodę, która dobrze współgra z muzyką Browna, a jego spotkanie z Francescą nie wygląda jak gotowy teatralny romans. Wydaje się wydarzeniem, które naprawdę mogłoby się przydarzyć.

Świetna jest Sabina Karwala jako Marge. Jest w niej humor, obserwacja i charakter, ale także coś więcej: świadomość cudzej samotności. Natalia Kujawa znakomicie wykorzystuje wielorakość swoich zadań, tworząc postaci, które nie są jedynie funkcjonalnymi elementami fabuły. Przemysław Niedzielski, Dominik Bobryk, Katarzyna Niedzielska i Bartosz Łyczek również dokładają do przedstawienia własną energię.

Na scenie pojawia się jeszcze Barbara Olech jako Namiętność. To jeden z najbardziej intrygujących pomysłów tej polskiej realizacji — decyzja, która łatwo mogłaby pozostać jedynie ilustracyjnym dodatkiem. Tymczasem Olech nadaje temu zabiegowi wyraźny sens dramaturgiczny. Namiętność nie jest kolejną postacią tej historii, lecz materializacją tego, co Francesca i Robert próbują ukryć pod słowami, obowiązkiem i rozsądkiem. Dzięki Olech uczucie zyskuje własną sceniczną fizyczność, staje się obecnością, którą można zobaczyć, a nie tylko usłyszeć czy odczytać z dialogu. To szczególnie interesujące, ponieważ Olech odpowiada również za choreografię i ruch sceniczny. Jej podwójna funkcja pozwala połączyć cielesny wymiar przedstawienia z jego konstrukcją emocjonalną.

W jej wykonaniu Namiętność nie staje się jednak efektowną alegorią. Jest dyskretna, czasem niemal niezauważalna, ale właśnie dzięki temu pozostaje w pamięci. Olech nie dopowiada emocji bohaterów — pozwala raczej zobaczyć ich cielesny wymiar, zanim zostanie nazwany. To jeden z tych teatralnych pomysłów, które po spektaklu zaczynają wydawać się oczywiste, choć wcale takie nie są.

Jakub Wocial, reżyserując polską prapremierę, znalazł dla tej historii właściwą skalę. Im bardziej przedstawienie ufa aktorom i muzyce, tym mocniej działa. Warto zresztą pamiętać, że Co się wydarzyło w Madison County jest musicalem szalenie wymagającym. Oryginalna produkcja broadwayowska miała w obsadzie Kelli O’Harę i Stevena Pasquale’a, a Brown otrzymał za muzykę i orkiestrację nagrody Tony. Polska realizacja nie próbuje jednak odtwarzać tamtego modelu. Buduje własny język wykonawczy i własną relację z widzem.

I chyba właśnie tutaj znajduje się największa wartość tego przedstawienia. Nie w tym, że opowiada historię wielkiej miłości — bo takich historii teatr zna tysiące. Ważniejsze jest to, jak pokazuje moment, w którym uczucie zaczyna konkurować z całym dotychczasowym porządkiem życia. Francesca nie musi wybierać między miłością a jej brakiem. Musi wybrać między dwiema prawdami o sobie. Dlatego finał nie potrzebuje dodatkowego komentarza. To, co wydarzyło się między Francescą i Robertem, nie zostaje unieważnione przez ich decyzję. Przeciwnie — właśnie dzięki niej nabiera ciężaru. Ich historia nie jest spełnieniem marzenia o miłości, lecz opowieścią o konsekwencjach jej pojawienia się.

I tutaj polska inscenizacja robi coś szczególnie interesującego: nie zamyka tej historii w melodramacie. Zostawia ją w sferze doświadczenia, które każdy widz może odczytać inaczej. Dla jednych będzie to opowieść o poświęceniu, dla innych o niewykorzystanej możliwości, jeszcze dla innych o tym, że dorosłość nie polega na braku pragnień, lecz na świadomości ich ceny.

Wyszedłem z Teatru Studio urzeczony nie dlatego, że zobaczyłem przedstawienie bez skazy. Urzekło mnie coś znacznie trudniejszego do osiągnięcia: jego emocjonalna wiarygodność. Aktorzy nie próbują przekonać mnie, że przeżywają wielką historię. Sprawiają, że przez te ponad dwie godziny zaczynam ją przeżywać razem z nimi. Bo kiedy śpiew przestaje być popisem, choreografia przestaje być ozdobą, a muzyka zaczyna mówić dokładnie tam, gdzie słowa już nie wystarczają, musical przestaje być tylko formą. Staje się teatrem.

Co się wydarzyło w Madison County właśnie w tych momentach jest najciekawsze. Nie wtedy, gdy próbuje wzruszyć, lecz wtedy, gdy pozwala widzowi samemu odkryć, co właściwie zostało w nim po tej historii.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także