16.09.2020, 13:46 Wersja do druku

Maria Callas po śląsku

"Callas. Master Class" Terrence'a McNally'ego w reż. Roberta Talarczyka w Operze Śląskiej w Bytomiu. Pisze Sławomir Pietras w Tygodniku Angora.

W bogatej przeszłości Opery Śląskiej takim mianem określaliśmy Natalię Stokowacką. Śpiewała repertuar porównywalny ze swą światową rówieśniczką. Dysponowała sopranem od Królowej Nocy po Madame Butterfly i Toskę. Posiadała wspaniałe warunki sceniczne - w młodości nieco korpulentna, z czasem wyniosła i posągowa, poszczególne kreacje sceniczne opierając na solidnym aktorstwie. Często popadała - podobnie jak jej sławny pierwowzór - w konflikty z dyrektorami. Starannie ukrywała swe życie osobiste. Mniej fortunnie była zamężna z ówczesnym prywatnym przedsiębiorcą, ale potem szczęśliwa w małżeństwie ze znanym dziennikarzem sportowym. Od greckiej koleżanki różniła ją ponadtrzydziestoletnia wierność publiczności bytomskiej i katowickiej oraz pochodzenie z Zagłębia. Ot, śląska Maria Callas!

fot. Krzysztof Bieliński

Myślałem o tym wszystkim, jadąc na katowicką premierę wspaniałej sztuki wybitnego amerykańskiego dramaturga Terrence'a McNally'ego. który właśnie zmarł na Florydzie w marcu tego roku jako jedna z pierwszych ofiar koronawirusa w Stanach Zjednoczonych. Jechałem, niepokojąc się. jak poradzi sobie z ogromem zadań scenicznych Joanna Kściuczyk-Jędrusik, odtwarzając postać Marii Callas po Krystynie Jandzie, która od ponad 20 lat gra tę rolę w reżyserii Andrzeja Domalika i zdaniem wielu uchodzi za postać scenicznie jeszcze doskonalszą niż pierwowzór.

Joanna Kściuczyk-Jędrusik poradziła sobie z tym trudnym dla śpiewaczki operowej zadaniem nadspodziewanie zadowalająco. Callas w tym spektaklu nie wydaje z siebie ani jednego dźwięku, ale pokonuje olbrzymie ilości tekstu mówionego, począwszy od kwestii humorystycznych, na nostalgicznych i wręcz tragicznych skończywszy. Wszystko to wieloletnia śląska śpiewaczka wykonała z sukcesem, stwarzając postać wiarygodną, szczególnie swobodną i wyrazistą w dialogach z pozostałymi wykonawcami. Nie należy tu snuć jakichkolwiek porównań z kreacją Krystyny Jandy. Cieszmy się tylko, że przez dalsze lata będziemy mogli w Polsce przeżywać dwie produkcje Callas. master class, jako że publicności zapewne nigdy nie zabraknie.


fot Krzysztof Bieliński

Obydwie te inscenizacje różnią się od siebie. Reżyser Robert Talarczyk drobiazgowo wypracował interpretacje wszystkich występujących postaci, a są to grający role mówione śpiewacy, a nie aktorzy. Podobali mi się wszyscy, począwszy od Gabrieli Gołaszewskiej jako studentki, śpiewającej wielokrotnie od początku „Ah! Non credea mirarti" z Lunatyczki, Anny Wiśniewskiej-Schoppy w trudnych wokalnie sekwencjach z Makbeta, a zwłaszcza w roli pianisty akompaniatora Piotr Kopiński, który przed laty zadebiutował w podobnej roli w "Fedorze" granej w Teatrze Wielkim w Warszawie, co pamiętam dobrze, bo sam go do tej roli wynalazłem. Postać bufonowatego tenora zagrał i zaśpiewał z powodzeniem Maciej Komandera, co nie było trudne, bo jest przecież renomowanym tenorem. W roli pracownika technicznego zaprezentował się Witold Dewor, na co dzień artysta chóru.

Czy śląski spektakl o Callas miał jakieś niedomagania? Artystycznie - nie, ale organizacyjnie - tak. Jeszcze przed rozpoczęciem przy otwartej kurtynie i w czasie przerwy włóczyły się po scenie jakieś osoby, co jest nieobyczajne i w myśl teatralnego przesądu może spektaklowi przynieść pecha. Siedzący obok mnie elegancki i przystojny jegomość podczas przedstawienia cały czas bawił się komórką, co jest w teatrach już powszechną plagą, obok natrętnego fotografowania na widowni i wzajemnego oklaskiwania się artystów na scenie po zakończeniu spektaklu. Z tymi drobiazgami poradzi sobie zapewne dyr. Łukasz Goik, który - co nadzwyczajne - świetnie panuje nad sytuacją teatru, począwszy od spraw kadrowych, organizacyjnych i promocyjnych, a na konceptach artystycznych skończywszy. Może należałoby przemyśleć sposób redagowania i zawartość programu spektaklu. Uwaga ta dotyczy zresztą wielu innych teatrów, gdzie redagowane teksty często grzeszą brakiem profesjonalizmu, właściwej tematyki, a czasem wręcz rozsądku (te drukowane pod dyktando śpiewaków "życiorysy" z własnymi opisami dokonań i sukcesów!).

Proponuję, aby nie ulegać przereklamowanym karierom niektórych realizatorów. Myślę tu o projektantce - niestety, nieudanych kostiumów - Gosi Baczyńskiej, z którą zamieszczono niepotrzebny wywiad w programie spektaklu. Mimo że przedstawienie się udało, „Gosia" nie pomogła - idąc tropem pretensjonalnego zdrabniania imienia - ani „Robercikowi" Talarczykowi (nareszcie zaangażowanemu w Operze Śląskiej reżyserowi .pełną gębą*), ani Joasi" Kściuczyk (nowej wspaniałej śląskiej Callas), ani „Gabie" Gołaszewskiej (jakże piękny głos i kunszt wokalny), ani "Maciusiowi" Komanderze (dlaczego w czerwonych pantoflach?), ani .Ani" Wiśniewskiej-Schoppie (solistce pierwszej klasy), ani wreszcie .Piotrusiowi" Kopińskiemu (szkoda, że zamiast robić prawdziwą karierę pianistyczną, tylko uczy i akompaniuje, ale za to rewelacyjnie), no i obserwującemu to wszystko "Sławusiowi" Pietrasowi, czyli mnie!

Tytuł oryginalny

Maria Callas po śląsku

Źródło:

Tygodnik Angora Nr 38

Autor:

Sławomir Pietras

Data:

20.09.2020