„Mamma Mia!” Benny'ego Anderssona, Björna Ulaveusa, Stiga Andersona w reż. Jakuba Szydłowskiego w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Cóż, prędzej czy później i tak by się wydało, więc napiszę od razu: uwielbiam Abbę, w związku z powyższym poniższa recenzja będzie wyjątkowo mało obiektywna.
Libretto znamy z filmu czy z Romy (wolę spektakl, Meryl Streep wydała mi się do tej roli za mało wyluzowana, podczas gdy Monika Dryl – Donna - była wyluzowana jak należy). Przypomnę dla porządku – córka Donny, samotnie przezeń wychowywana, dwudziestoletnia Sophie, wychodzi za mąż. Dziewczyna czyta pamiętnik swojej matki i zaprasza na ślub - w tajemnicy przed nią - trzech ówczesnych przyjaciół Donny, z których każdy może być jej ojcem. No i panowie na grecką wyspę po tych dwudziestu latach przyjeżdżają…
Uprzejmie donoszę, że głośno podczas spektaklu śpiewałem piosenki Abby, artyści w błyskotliwym tłumaczeniu, ja – jak mi się wydaje – w oryginale. Najgłośniej publiczność skandowała "Gimme! Gimme! Gimme!" (zauważmy, że ten utwór śpiewany męskim głosem jest ździebko o czymś nieco innym), może trochę zabrakło "Happy New Year", ale naprawdę nie było jak, a przy "Dancing Queen" to nawet uroniłem łezkę bądź dwie. Chiquitita naprawdę daje czadu, "One of Us" zawsze brzmi fenomenalnie, a w "Thank You For the Music" jest coś odświętnego, prawda?
Jesienna melancholia? Smuteczki skądinąd gryzące? To serwowane w Łodzi lekarstwo jest jak skuteczne lekarstwo, bez recepty dostępne, pozbawione skutków ubocznych (poza nuceniem na przystanku), a jedna, trzygodzinna dawka, starcza na naprawdę długo!