„Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” w reż. Julii Nowak w TR Warszawa. Pisze Wiesław Kowalski.
„Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” Julii Nowak miała być opowieścią o świecie, w którym praca przestała być tylko jednym z elementów życia, a stała się jego organizującą zasadą. Po premierze trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że za tym ambitnym założeniem nie idzie równie interesujący teatr. Zamiast przenikliwej diagnozy otrzymujemy przedstawienie chaotyczne, rozwleczone i zaskakująco banalne w swoich obserwacjach.
Problem zaczyna się już na poziomie dramaturgii. Kolejne historie pasażerów tramwaju mają odsłaniać różne odmiany współczesnego uwikłania w pracę, lecz zamiast tworzyć wielowymiarowy obraz, układają się w serię dość łatwo rozpoznawalnych przykładów. Bohaterowie reprezentują określone problemy, ale rzadko wychodzą poza ich ilustrację. Wiemy, że ktoś jest zmęczony, ktoś nie ma stabilnego zatrudnienia, ktoś żyje pod presją czasu, ktoś inny jest obciążony pracą opiekuńczą. Tyle że samo nazwanie tych doświadczeń nie jest jeszcze ich artystycznym przetworzeniem. I właśnie tego przetworzenia najbardziej tutaj brakuje.
Spektakl Julii Nowak sprawia wrażenie, jakby nieustannie zapowiadał coś więcej, niż ostatecznie ma do zaoferowania. Pojawiają się kolejne pomysły, figury, komentarze, rozwiązania ruchowe i wizualne, ale nie składają się one w konsekwentną całość. Zamiast narastającego napięcia pojawia się coraz większe poczucie przypadkowości. Tytułowa katastrofa nie otwiera przed bohaterami żadnej szczególnie interesującej przestrzeni poznawczej, a widzowi pozostaje obserwowanie kolejnych wariantów tej samej, dość oczywistej opowieści: współczesny człowiek pracuje za dużo, żyje w niepewności i nie potrafi się zatrzymać. To wszystko prawda. Tylko że teatr powinien zrobić z tą prawdą coś więcej.
Nie przekonał mnie przede wszystkim sposób, w jaki przedstawienie próbuje opowiedzieć o współczesnej pracy. Zamiast pogłębić temat, pozostaje przy najbardziej oczywistych obserwacjach: presji czasu, niepewności zatrudnienia, uzależnieniu od kolejnych zleceń i niemożności wyrwania się z rytmu ciągłej produktywności. Nie przekonuje mnie również forma, która miała nadać tym problemom teatralny wymiar, lecz w moim odbiorze nie tworzy własnego, rozpoznawalnego języka. Kolejne pomysły sceniczne pojawiają się i znikają, nie budując ani dramaturgicznego napięcia, ani spójnej estetyki. W efekcie przedstawienie pozostaje przede wszystkim ilustracją pewnej tezy, a nie samodzielnym artystycznym komentarzem do rzeczywistości.
Im bardziej spektakl próbuje nadać swoim obserwacjom rangę diagnozy współczesności, tym wyraźniej ujawnia się jego zasadnicza słabość: nie proponuje ani historii, która rzeczywiście wciąga, ani perspektywy, która zmuszałaby do spojrzenia na znane problemy w nowy sposób.
Punktem wyjścia jest tramwaj, w którym przypadkowa grupa ludzi zostaje zatrzymana przez wypadek. To oczywiście wygodna teatralnie sytuacja: zamknięta przestrzeń, przypadkowi pasażerowie, przymusowy kontakt i możliwość skonfrontowania kilku różnych biografii. Problem polega na tym, że sam pomysł nie wystarcza. Trzeba jeszcze wiedzieć, co z nim zrobić.
Tutaj kolejne postacie okazują się przede wszystkim figurami rozpoznawalnych doświadczeń. Jest człowiek żyjący od zlecenia do zlecenia, pracownik podporządkowany aplikacji, osoba wykonująca pracę opiekuńczą, ktoś, kto próbuje odnaleźć się bez telefonu i poza korporacyjnym rytmem. Wszystko to można oczywiście potraktować jako materiał na współczesny dramat. Spektakl zbiera niemal cały zestaw kategorii, za pomocą których opisuje się dziś rzeczywistość zawodową: prekaryzację, deadline'y, pracę emocjonalną, brak stabilności czy presję produktywności. Samo nagromadzenie tych rozpoznań nie wystarcza jednak, by nadać tej opowieści artystyczną wyrazistość. Bo właściwie co z tego wynika? W moim odbiorze niewiele.
Spektakl pozostaje na poziomie dość banalnego rozpoznania, że ludzie są zmęczeni pracą, pieniędzmi, oczekiwaniami i koniecznością nieustannego funkcjonowania. Trudno się z tym nie zgodzić. Trudniej natomiast znaleźć powód, dla którego właśnie teatr miałby nam tę prawdę ponownie opowiadać — i to w sposób, który nie daje jej żadnego szczególnie nowego języka.
Największym problemem jest dla mnie właśnie brak drugiego dna. Przedstawienie mówi widzowi to, co widz już wie, a następnie mówi mu to jeszcze raz, tylko inaczej. Bohaterowie zostają ustawieni jako reprezentanci określonych sytuacji życiowych, ale zamiast stopniowo wymykać się tym schematom, w dużej mierze pozostają ich zakładnikami. Nie stają się naprawdę fascynującymi postaciami. Są raczej nośnikami tez. A teatr, który zaczyna się od tezy i kończy na tezie, szybko staje się przewidywalny.
Tytułowa katastrofa miała być okazją do zatrzymania. Paradoksalnie najbardziej odczuwalne zatrzymanie następuje jednak po stronie samego spektaklu. Historia stoi w miejscu, kolejne sceny dokładają następne elementy diagnozy, a mechanizm dramaturgiczny zamiast narastać, zaczyna się powtarzać. W miejsce napięcia pojawia się oczekiwanie na kolejną porcję komentarza. Także humor nie przynosi oczekiwanego przełamania. Owszem, pojawiają się elementy groteskowe i absurdalne, ale absurd wymaga precyzji. Samo zestawienie zwyczajnego świata pracy z dziwnością kostiumu, ruchu czy sytuacji nie tworzy jeszcze osobnej estetyki. W tym spektaklu często mam wrażenie, że ekscentryczność zostaje potraktowana jako substytut pomysłu.
Podobnie rzecz ma się z warstwą wizualną i choreograficzną. Scena zostaje zapełniona rurami, konstrukcjami i elementami przywołującymi tramwaj, plac zabaw czy przestrzeń do ćwiczeń. Aktorzy wykonują ruchy mające nadać całości cielesność i rytm. Tyle że ta materialność pozostaje przede wszystkim dekoracyjna. Nie prowadzi do stworzenia języka scenicznego, który byłby niezbędny dla opowiadanej historii. Ruch nie odkrywa nowych znaczeń — często po prostu przedłuża sceny. I właśnie w tym widzę jedną z podstawowych słabości przedstawienia: niemal wszystko jest tutaj objaśnione, a bardzo niewiele naprawdę pokazane.
Jeżeli chcemy powiedzieć, że człowiek współczesny jest trybikiem w machinie pracy, nie wystarczy wykonać na scenie kilka mechanicznych ruchów. Jeżeli chcemy mówić o eksploatacji ciała, nie wystarczy poddać ciało aktora choreograficznej deformacji. Jeżeli chcemy opowiadać o utracie tożsamości związanej z pracą, nie wystarczy skonstruować bohatera, który deklaruje taki problem. Metafora teatralna musi zacząć pracować samodzielnie. Tutaj zbyt często pozostaje podpisem pod własnym znaczeniem.
Również aktorstwo nie przekonało mnie do tej inscenizacji. Poszczególne role zostały wyraźnie sprofilowane, ale ich konstrukcja pozostaje zbyt powierzchowna, by mogły wybrzmieć jako pełnoprawne, wielowymiarowe postaci. Aktorzy grają przede wszystkim określone społeczne typy, a charakterystyczny sposób prowadzenia tych postaci nie prowadzi do ich pogłębienia. Przeciwnie – wyrazistość środków aktorskich często podkreśla ich schematyczność.
Trudno też mówić o aktorskiej interpretacji, która wychodziłaby poza funkcję podporządkowaną z góry przyjętej koncepcji spektaklu. Role zostały pomyślane tak, by przede wszystkim reprezentować określone doświadczenia i problemy, przez co niewiele pozostaje w nich miejsca na niejednoznaczność, indywidualność czy wewnętrzne napięcie. W efekcie oglądamy raczej dobrze rozpoznawalne figury niż postaci, których los rzeczywiście zaczyna nas obchodzić.
Najbardziej problematyczna okazuje się przy tym figura Motorniczego — postać mająca scalać przedstawienie i prowadzić widza przez kolejne historie. Zamiast dramaturgicznego spoiwa otrzymujemy jednak przede wszystkim kolejną warstwę komentarza. Narrator tłumaczy rzeczywistość, która i tak została już pokazana. W rezultacie spektakl wielokrotnie nie ufa własnym scenom i dopowiada ich sens.
Równie problematyczna okazuje się sama koncepcja „tramwaju” jako metafory współczesnego życia. Jest to pomysł efektowny na poziomie pierwszego skojarzenia, ale jego możliwości zostają bardzo szybko wyczerpane. Tramwaj jedzie — ludzie się spieszą. Tramwaj się zatrzymuje — ludzie muszą się zatrzymać. Ludzie pracują — praca ich męczy. Ludzie chcą stabilności — stabilności nie mają. I właściwie na tym poziomie spektakl pozostaje.
Można oczywiście uznać, że prostota jest tutaj zamierzona. Można powiedzieć, że chodzi o bezpośrednią, niemal publicystyczną wypowiedź. Tylko wtedy tym bardziej trzeba wymagać od teatru własnego tonu, ostrości obserwacji albo formalnej konsekwencji. Tymczasem przedstawienie nie oferuje mi ani szczególnie odkrywczej publicystyki, ani formy, która pozwalałaby zapomnieć o jej banalności. W rezultacie zamiast teatru o pracy dostajemy teatr, który opowiada o tym, że praca jest problemem. To zasadnicza różnica.
Nie znajduję również w tym przedstawieniu szczególnej świeżości estetycznej. Zabawa groteską, deformacją ruchu, kolażem, absurdem i elementami popkulturowej wyobraźni nie tworzy dziś sama w sobie ryzyka artystycznego. Wszystkie te środki są już dobrze oswojone. Aby nabrały znaczenia, musiałyby zostać użyte w sposób bardziej konsekwentny albo przeciwko własnym przyzwyczajeniom widza. Tutaj natomiast oglądamy zestaw rozwiązań, które można rozpoznać niemal natychmiast. Jest dziwnie, trochę śmiesznie, trochę mrocznie, trochę surrealistycznie — ale nie na tyle, żeby z tej mieszaniny powstała odrębna jakość.
„Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” ma być opowieścią o ludziach, którzy nie potrafią się zatrzymać. Paradoksalnie jej największym problemem jest to, że sama nie potrafi ruszyć dalej poza najbardziej oczywiste rozpoznania. Nie widzę tutaj ani szczególnie celnej diagnozy społecznej, ani odkrywczej formy, ani aktorskiej kreacji, która pozwalałaby wynieść całość ponad poziom teatralnej ilustracji aktualnych problemów. Nie widzę również tej ironicznej lekkości, która miałaby równoważyć ciężar podejmowanej tematyki. Zamiast tego widzę przedstawienie przeciążone własnym komentarzem, rozwleczone dramaturgicznie i zbyt łatwe do rozszyfrowania.
Najbardziej rozczarowujące jest jednak to, że temat pracy — tak obecny w naszym codziennym doświadczeniu — został potraktowany bez większego ryzyka. Można było zapytać, dlaczego właściwie chcemy pracować, dlaczego podporządkowujemy pracy relacje, ambicje i poczucie własnej wartości, dlaczego czasem bronimy systemu, który nas wyczerpuje, albo co właściwie pozostaje z człowieka, kiedy przestaje być produktywny. Można było wejść w sprzeczności, zamiast jedynie je wskazać. Tymczasem spektakl wybiera bezpieczniejszą drogę: zatrzymuje się na ich rozpoznaniu. Właśnie dlatego jego diagnoza nie nabiera większej artystycznej siły.
Po wyjściu z teatru trudno więc zatrzymać przy sobie coś więcej niż rozczarowanie niewykorzystanym potencjałem wyjściowego pomysłu. Sam motyw tramwaju, przymusowego postoju i ludzi wyrwanych na chwilę z rytmu pracy mógł stać się punktem wyjścia do znacznie bardziej niejednoznacznego namysłu nad współczesnym doświadczeniem pracy. W przedstawieniu Julii Nowak pozostaje jednak przede wszystkim konstrukcyjnym pretekstem do zestawienia kilku rozpoznawalnych historii i kilku równie rozpoznawalnych diagnoz. Teatr nie przekracza tu poziomu komentarza do rzeczywistości, którą deklaruje jako swój przedmiot.
W efekcie „Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” okazuje się przedstawieniem, którego ambicje są wyraźnie większe niż jego artystyczne możliwości. Katastrofa została tu pomyślana jako moment zatrzymania i przewartościowania, ale dla teatru staje się przede wszystkim figurą niewykorzystanej szansy. Po zakończeniu spektaklu nie pozostaje pytanie, które domagałoby się dalszego namysłu, ani obraz, który pracowałby w pamięci. Pozostaje raczej poczucie, że temat, zanim zdążył stać się teatrem, został już przez ten teatr objaśniony.