„Wszyscy mówią o Jamiem” Toma MacRae’a w reż. Agnieszki Płoszajskiej w Teatrze Syrena w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
„Wszyscy mówią o Jamiem” nie jest przedstawieniem, które próbuje przekonać widza, że jego bohater zasługuje na akceptację. Ono przyjmuje to za punkt wyjścia. Jamie chce zostać drag queen, chce wystąpić w sukience na balu i nie zamierza przepraszać za to, kim jest. W warszawskiej inscenizacji Agnieszki Płoszajskiej najważniejsze okazuje się więc nie pytanie, czy świat pozwoli mu być sobą, lecz co dzieje się z człowiekiem, kiedy najbliżsi próbują wyznaczyć mu granice tej wolności. To rozróżnienie ma znaczenie, bo „Wszyscy mówią o Jamiem” łatwo sprowadzić do efektownego, kolorowego musicalu o nastolatku, który chce wyjść poza schemat. Tymczasem przedstawienie Teatru Syrena jest ciekawsze właśnie wtedy, gdy przestaje być opowieścią o wyjątkowości Jamiego, a staje się opowieścią o relacjach: między synem i matką, uczniem i szkołą, przyjacielem i przyjacielem, wreszcie między jednostką a społecznością, która nie zawsze wie, co zrobić z kimś wymykającym się jej wyobrażeniom.
Płoszajska nie próbuje przy tym obudowywać tej historii ciężarem deklaracji. Zamiast tego pozwala jej działać poprzez aktorów, muzykę, ruch i rytm scen. Dzięki temu spektakl pozostaje widowiskiem – pełnym brokatu, energii i popowej dynamiki – ale nie gubi człowieka, który znajduje się pod tym całym scenicznym blaskiem. Ten spektakl bardzo dobrze rozumie, że to, co dzieje się z nastolatkiem zakładającym sukienkę, nie sprowadza się w gruncie rzeczy do samej sukienki. Jest ona tylko znakiem. Tym, o co naprawdę chodzi, jest prawo do decydowania o własnym wyglądzie, własnym ciele i własnym życiu. Jamie nie prosi przecież o przywilej ani o specjalne traktowanie. Chce tylko wejść na szkolny bal jako osoba, którą rzeczywiście jest. I właśnie dlatego jego pragnienie okazuje się czymś znacznie ważniejszym niż kwestia mody, prowokacji czy scenicznej ekstrawagancji. W gruncie rzeczy chodzi o prawo człowieka do własnego życia – i o odwagę, jakiej potrzeba, żeby wobec świata, a czasem przede wszystkim wobec najbliższych, powiedzieć: to jestem ja.
Agnieszka Płoszajska nie robi jednak z tej historii pomnikowego manifestu. I całe szczęście. „Jamie” nie przemawia do widza z wysokości ideologicznej ambony. Zamiast tego zaprasza go do bardzo konkretnego świata: szkoły, domu, grupy rówieśniczej, matczynej kuchni, miejsca, w którym można się przebrać, i sceny, na której można wreszcie stać się widocznym. To właśnie ta konkretność sprawia, że przesłanie spektaklu nie brzmi jak hasło z plakatu. Widz nie dostaje wykładu o tym, jak powinien myśleć o inności. Dostaje historię konkretnego chłopaka, jego matki i ojca, jego przyjaciół, nauczycieli i ludzi, którzy próbują zrozumieć, co zrobić z kimś, kto nie mieści się w przygotowanym wcześniej scenariuszu. I właśnie dzięki temu temat nie zostaje oddzielony od życia.
Najpierw człowiek, potem temat
Historia jest prosta. Jamie ma szesnaście lat, nie zamierza podporządkować się temu, kim według szkolnego testu powinien zostać, i marzy o karierze drag queen. Chce również pojawić się na szkolnym balu w sukience. Wokół tego pragnienia uruchamia się cały mechanizm społecznych oczekiwań: szkoła, rówieśnicy, ojciec, lęk matki. Ale przedstawienie bardzo rozsądnie nie buduje całego konfliktu wokół pytania, czy Jamie „ma prawo” być sobą. To byłoby zbyt łatwe. Najciekawsze jest pytanie następne: co dzieje się z człowiekiem, kiedy najbliżsi nie potrafią od razu przyjąć jego prawdy? I tu „Jamie” przestaje być wyłącznie musicalem o queerowej tożsamości. Staje się musicalem o rodzinie, samotności, dorastaniu i potrzebie bycia zobaczonym. O tej niezwykle ludzkiej potrzebie, żeby ktoś powiedział: „nie musisz przede mną niczego udowadniać”. Dlatego osią spektaklu nie jest sukienka, nie drag i nawet nie szkolny konflikt. Najważniejsza okazuje się relacja syna z matką – relacja, w której miłość nie jest kwestionowana, ale musi nauczyć się nowego języka. To właśnie tutaj przedstawienie znajduje swój najciekawszy wymiar, bo pokazuje, że dorastanie dziecka oznacza również moment, w którym rodzic musi zrezygnować z części własnych wyobrażeń na jego temat.
Kuba Szyperski: Jamie, który nie jest symbolem
Kuba Szyperski ma zadanie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Musi zagrać bohatera, który z jednej strony ma w sobie sceniczną bezczelność i naturalną potrzebę ekspresji, z drugiej – jest szesnastolatkiem. A więc kimś jeszcze niegotowym, jeszcze szukającym siebie, jeszcze bardzo podatnym na cudzy osąd. Szyperski nie gra Jamiego jako papierowego „bohatera walki o akceptację”. I to jest jedna z największych zalet jego występu. Jamie bywa irytujący. Bywa rozbrajający. Bywa bezczelny. Jest głodny sceny i uwagi. Chce błyszczeć. Ale pod tym wszystkim znajduje się chłopak, który bardzo potrzebuje potwierdzenia, że jego marzenie nie jest czymś śmiesznym. To ważne, bo dzięki temu Jamie nie staje się figurą reprezentującą jakąś sprawę. Pozostaje człowiekiem. Szyperski nie wygładza go po to, żeby widzowi łatwiej było go polubić. Pozwala mu mieć temperament, ambicję, próżność, potrzebę uwagi i tę charakterystyczną dla nastolatka niecierpliwość, która czasem każe mówić rzeczy zbyt szybko i zbyt ostro. Dzięki temu Jamie nie jest papierowym wzorem odwagi, lecz chłopakiem, który dopiero uczy się, ile kosztuje bycie sobą. Szyperski ma przy tym to, czego od głównej roli musicalowej wymaga się najbardziej: potrafi utrzymać uwagę widza. Jest obecny nawet wtedy, kiedy niczego nie musi demonstracyjnie „grać”. A kiedy scena rzeczywiście wymaga od niego wejścia w pełny blask – potrafi go uruchomić.
Marta Burdynowicz kradnie scenę
Jeśli jednak miałbym wskazać aktorkę, której obecność szczególnie mocno podnosi temperaturę przedstawienia, byłaby to Marta Burdynowicz. Jej Ray jest postacią, która mogłaby zostać napisana wyłącznie jako komediowy wentyl bezpieczeństwa. Tymczasem Burdynowicz daje jej coś znacznie więcej: charakter. Ray jest zabawna, bezpośrednia, chwilami bezczelna, ale nie jest tylko „śmieszną ciotką”. Jest kimś, kto rozumie, że rodzina nie zawsze musi być dana biologicznie. Czasem trzeba ją sobie znaleźć. I właśnie dlatego Burdynowicz potrafi rozbroić publiczność jednym gestem czy sposobem podania kwestii, a chwilę później sprawić, że przestajemy patrzeć na Ray jak na element komediowy. W jej wykonaniu jest to pełnoprawna bohaterka tej opowieści, a jej obecność przypomina, że w życiu Jamiego ważne są również osoby, które nie próbują go naprawiać ani tłumaczyć, tylko zwyczajnie robią mu miejsce. To jeden z tych występów, które mają tę rzadką właściwość: kiedy aktorka pojawia się na scenie, spektakl natychmiast nabiera innego rytmu.
Katarzyna Walczak i chwila, w której musical przestaje być tylko musicalem
Najmocniejsze sceny „Jamiego” niekoniecznie są tymi najbardziej widowiskowymi. Przeciwnie. Jedna z najbardziej przejmujących chwil przychodzi wtedy, kiedy Katarzyna Walczak jako Margaret przestaje być po prostu cichą, niepozorną matką, wtapiającą się w codzienność, a staje się kobietą, która musi zmierzyć się z własnym lękiem. Jej songi „If I Met Myself Again” oraz „He’s My Boy” są znakomite właśnie dlatego, że nie próbują wyciskać łez za pomocą prostych środków. Walczak pozwala emocji narastać. Słychać w niej miłość, ale również bezradność. Dumę, ale i strach. Pragnienie ochrony dziecka, którego przecież nie da się uchronić przed całym światem. I nagle okazuje się, że największym przeciwnikiem Margaret nie jest szkolny regulamin ani cudza homofobia. Jest nim lęk o własne dziecko. To subtelne przesunięcie perspektywy sprawia, że spektakl robi się dojrzalszy. Bo łatwo kochać swoje dziecko, kiedy świat jest dla niego przyjazny. Trudniej pozwolić mu być sobą, kiedy wiemy, że świat może je za tę odmienność zranić. Margaret nie jest więc po prostu matką, która musi „zaakceptować” syna. Jest kobietą, która musi pogodzić własną potrzebę chronienia go z koniecznością uznania, że nie da się przeżyć jego życia za niego. W wykonaniu Katarzyny Walczak ten paradoks wybrzmiewa bardzo mocno.
Cyran wpuszcza na scenę energię
„Wszyscy mówią o Jamiem” nie byłby jednak tym samym przedstawieniem bez choreografii Michała Cyrana. Sceny zbiorowe są znakomite. I nie chodzi wyłącznie o efektowność. Choreografia organizuje energię przedstawienia. Młodzieżowy zespół nie jest dekoracją dla głównego bohatera. Ma własny rytm, własną fizyczność, własną temperaturę. To szczególnie ważne w musicalu rozgrywającym się w szkole. Szkoła jest przecież przestrzenią zbiorową – miejscem, w którym jednostka bez przerwy zderza się z grupą. Cyran przekłada ten konflikt na język ruchu. Raz grupa jest wspólnotą, raz tłumem, raz przeciwnikiem, a raz niemal mechanizmem, który pochłania jednostkę. I właśnie dlatego finałowe sceny zbiorowe mają taką siłę. Nie oglądamy po prostu dobrze wyszkolonego zespołu. Oglądamy grupę, która przez cały spektakl zmienia swoją funkcję: raz ocenia, raz wyklucza, raz daje oparcie, aż wreszcie musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy potrafi zrobić miejsce dla kogoś, kto nie chce podporządkować się jej regułom. Ruch staje się tutaj czymś więcej niż efektowną oprawą muzycznych numerów – pozwala pokazać relację jednostki i grupy bez potrzeby dodatkowego komentowania jej słowami.
Brokat jest tutaj potrzebny
Można oczywiście zarzucić „Jamiemu”, że chwilami jest zbyt efektowny, zbyt kolorowy, zbyt łatwy w emocjach. Tylko że byłby to zarzut chybiony. Brokat, światło, kostium, dragowa przesada i popowa energia nie są w tym przedstawieniu ozdobnikami doklejonymi do „poważnej historii”. One są jej językiem. Jamie nie chce przecież wyłącznie powiedzieć światu, kim jest. On chce zobaczyć siebie w pełnym świetle. Dlatego estetyka spektaklu musi być przesadzona. Musi mieć w sobie coś z marzenia, fantazji i karnawału. Musi być kontrastem dla szkolnej codzienności, dla mundurków, klas, reguł i instrukcji. W świecie szkolnej dyscypliny drag staje się przestrzenią wolności. A teatr – przestrzenią, w której tę wolność można pokazać. I właśnie dlatego brokat nie jest tu dekoracją, którą można by łatwo odjąć bez szkody dla przedstawienia. Jest częścią jego sensu. Jamie nie chce być tylko tolerowany w szkolnej społeczności; chce wejść na scenę i zobaczyć, jak wygląda świat, w którym nie musi się pomniejszać, żeby innym było wygodniej. Przesada staje się więc formą oporu wobec codzienności, która domaga się od niego dopasowania.
Musical, który wie, że publiczność chce się dobrze bawić
Warto również docenić rzecz coraz rzadszą: „Wszyscy mówią o Jamiem” nie wstydzi się być przebojem. To nie jest spektakl, który uważa, że skoro porusza ważny temat, powinien zrezygnować z przyjemności. Przeciwnie. Bawi. Ma rytm, dowcip, energię, efektowne wejścia, mocne sceny zespołowe i muzykę, która chce zostać z widzem po wyjściu z teatru. I dobrze. Teatr muzyczny nie musi wybierać między rozrywką a tym, co chce powiedzieć. Najlepszy musical potrafi jedno i drugie: dać publiczności wieczór pełen energii, a jednocześnie zostawić ją z czymś, co nie kończy się wraz z ostatnim numerem. Syrena dostaje tu przedstawienie, które ma potencjał szerokiego oddziaływania właśnie dlatego, że nie żąda od widza, aby najpierw przyjął jego tezę, a dopiero potem pozwolił sobie na przyjemność. Najpierw daje mu człowieka. Potem emocję. A dopiero na końcu zostawia pytanie: co jesteśmy gotowi zrobić, kiedy człowiek, którego kochamy, okazuje się kimś innym, niż sobie wyobrażaliśmy? Nie chodzi więc wyłącznie o tolerancję ani nawet o deklarowaną akceptację. Chodzi o bliskość, która wymaga czegoś więcej niż wypowiedzenia właściwych słów. Wymaga zgody na to, że druga osoba nie należy do naszego wyobrażenia o niej.
Najbardziej interesujące przesłanie „Wszyscy mówią o Jamiem” nie brzmi dla mnie: „zaakceptujmy inność”. To byłoby za mało i zbyt łatwo można by zamknąć je w kolejnym efektownym haśle. Chodzi raczej o coś znacznie trudniejszego: czy potrafimy być blisko człowieka wtedy, kiedy nie rozumiemy jego wyborów i kiedy jego droga nie jest tą, którą wyobrażaliśmy sobie dla niego wcześniej? To dotyczy nie tylko queerowych dzieci. Dotyczy każdego dziecka, które pewnego dnia przestaje być projektem rodziców i zaczyna być osobnym człowiekiem. W tym sensie „Jamie” opowiada o dojrzewaniu wszystkich. Także rodziców. Także nauczycieli. Także społeczności. I może właśnie dlatego ten musical potrafi działać tak szeroko – bo pod historią o chłopaku w sukience kryje się znacznie bardziej uniwersalna opowieść o tym, jak trudno pozwolić bliskiej osobie żyć własnym życiem.
Teatr, który mówi „tak”
Po premierowym przedstawieniu Teatru Syrena trudno oprzeć się wrażeniu, że „Wszyscy mówią o Jamiem” jest spektaklem znacznie lepszym, niż sugerowałaby prosta etykieta „feel-good musical”. Bo owszem – daje widzowi radość i energię, ale nie dlatego, że udaje, iż problemy nie istnieją. Jego siła bierze się z przekonania, że człowiek nie musi mierzyć się z nimi samotnie. Że obok biologicznej rodziny może pojawić się rodzina z wyboru. Że przyjaźń może być formą odwagi. Że sztuka może być sposobem na znalezienie własnego języka. I że czasem najważniejszym gestem, jaki możemy wykonać wobec drugiego człowieka, jest po prostu zrobić mu miejsce. Dlatego po premierowym „Jamiem” rzeczywiście można powiedzieć, że wszyscy mówią o Jamiem. Tylko że wbrew temu, co mogłoby sugerować to hasło, nie chodzi o to, by mówić o nim jak o sensacji. Chodzi o to, żeby nie zatrzymać się na tym, co w jego historii najbardziej efektowne – sukience, dragu, brokacie, scenicznej ekstrawagancji – lecz dostrzec człowieka, który pod tym wszystkim próbuje znaleźć dla siebie miejsce. Chodzi o to, żeby wreszcie zobaczyć Jamiego.
A warszawska realizacja Agnieszki Płoszajskiej daje mu do tego wyjątkowo dużo światła. I bardzo mocny zespół, który potrafi to światło unieść.