30.06.2021, 11:05 Wersja do druku

Iść na drugi Koniec z Eddym

"Koniec z Eddym" Edouarda Louisa w reż. Anny Smolar ze STUDIA teatrgalerii w Warszawie na IV Festiwalu Open the Door online. Pisze Tomasz Domagała w Dzienniku Festiwalowym "Drzwi otwarte" na stronie DOMAGAŁAsięKULTURY.

fot. Bartek Warzecha

Widzów Końca z Eddym mogą intrygować kostiumy bliskich tytułowego bohatera (znakomita praca Anny Met), kojarzące się z Monstrum granym przez Borisa Karloffa w przedwojennym Frankensteinie. Niemodne koszula i marynarka, wypchane monstrualnie na pagonach, linkują również do lat 90. ubiegłego wieku. Nie dość, że dyskretnie podpowiadają, skąd Eddy/Edouard pochodzi oraz budują wspólnotę części widzów i postaci (to samo doświadczenie pokoleniowe), to jeszcze w jakiś sposób otwierają tę opowieść na różne interpretacje. Monstrum bowiem, stworzone przez Frankensteina, sugeruje nam całą złożoność postaci Ojca, podpowiadając, że nie do końca ponosi odpowiedzialność za to, kim jest. Poza tym bohater grany przez Karloffa dla współczesnego odbiorcy jest raczej śmieszny niż straszny, gdy więc Edouard Soni Roszczuk (mamy na scenie dwóch Edouardów – starszego i młodszego) patrzy na swojego Ojca z perspektywy dojrzałego pisarza, wydaje mu się on – na zasadzie analogii – bardziej zabawny niż przerażający, choć nie jest taki na pewno dla młodego Eddy’ego Daniela Dobosza, który musiał z nim żyć i znosić przemoc z jego strony przez długie lata.

Eddy Daniela Dobosza przypomina zbitego psa: to młody chłopak, który ma problemy z rodzicami (głównie z ojcem), z kolegami, z biedą, ze sobą samym, ze swoim homoseksualizmem. Jest nadekspresyjny, kipi energią, ale taką jakąś dziecięcą; łatwo się obraża, łatwo płacze. Widać, że w tym, co robi i co przeżywa, jest szczery, stara się być uczciwy, choć często się miota, nie radząc sobie z natłokiem emocji i zdarzeń. Opis ten, co trzeba podkreślić, nie dotyczy Eddy’ego, a Daniela Dobosza w jego roli. Pięknie zresztą odróżnia się on stylem gry, zachowaniem i emocjonalnością od Soni Roszczuk, która gra pisarza Edouarda, dojrzałe wcielenie Eddy’ego. Gdyby patrzeć stereotypowo, to Dobosz gra emocjonalność kobiety, jej skłonność do empatii, porywczość, nieprzewidywalność; zaś pomysł, żeby jego wersję „męską” – mocno stonowaną, kontrolującą przekaz zewnętrzny i komunikację – grała Sonia Roszczuk, sprawia, że te stereotypy się odwracają. Mamy więc na scenie opowieść o rozchwianiu emocjonalnym i nieprzewidywalności słabego mężczyzny, który przeistacza się pod wpływem sztuki w stonowaną, panującą nad emocjami i sobą kobietę. Jungowska anima asymiluje animusa i pojawia się dojrzały, w pełni ukształtowany człowiek. Nowe wcielenie dominującej narracji. Prawdziwy koniec z Eddym. Tłumaczę to, by zwrócić uwagę, że Dobosz znakomicie tym stereotypem „kobiecym” na scenie zarządza, przyjmuje go w siebie i za pomocą aktorskich narzędzi ośmiesza i obala, swoim kunsztem uwiarygadniając ten niezwykle interesujący pomysł obsadowy Anny Smolar.

fot. Bartek Warzecha

Reżyserka ma zresztą znakomity pomysł na całość adaptacji Końca z Eddym: wybiera z głośnej powieści Louisa co smakowitsze fragmenty, dotyczące autora i jego prostej, niezbyt łatwej i chlubnej przeszłości, żeby je następnie zderzyć z jego intelektualnym, wyuczonym alter ego. Trzeba przyznać, że świetnie się to ogląda, łatwo podążając za bohaterem/bohaterami, nic bowiem tak nie generuje napięcia, jak człowiek przypatrujący się sobie i swojemu życiu. Wszak większość z nas robi to każdego dnia. Do tego adaptacja jest spójna i podporządkowana scenie, ale tak dzieje się zawsze, gdy rasowy reżyser czy reżyserka pisze sobie tekst.

Na koniec chciałem wspomnieć o Robercie Wasiewiczu w roli Ojca tytułowego bohatera. O ile w Serotoninie Pawła Miśkiewicza ten zdolny aktor i tancerz tworzy w drugim planie intrygującą postać psychiatry, doktora Azote’a, to w Końcu z Eddym są momenty, w których tę scenę absolutnie przejmuje. Znów to wprawdzie rola charakterystyczna i niezwykle – poprzez ograniczenia kostiumu – formalna, Wasiewicz jednak wyraźnie się w niej uwolnił, dał sobie więcej miejsca na improwizacje, więcej czasu na swobodne wyłanianie się swojego bohatera. To z kolei służy i scenicznemu Ojcu, i postaciom jego syna, w planie zaś szerszym –  spektaklowi i samemu aktorowi. Dobry to teatr, gdy wszystkie puzzle układają się w niejednoznaczny i pełen tajemnic obraz, a taki właśnie pejzaż wyłania się w głowie po obejrzeniu spektaklu Smolar.

Tytuł oryginalny

Iść na drugi Koniec z Eddym

Źródło:

domagalasiekultury.pl
Link do źródła