„Urodzisz swoje to zrozumiesz. The Musical” wg scen. i w reż. Mateusza Lewandowskiego w Klubie Komediowym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Polska specjalność? Oczywiście rozmowy o cudzym życiu, najlepiej prowadzone bez zaproszenia i z przekonaniem, że wie się o nim wszystko. Szczególnie wdzięcznym przedmiotem społecznej debaty pozostają plany prokreacyjne. Nie trzeba znać człowieka, żeby mieć gotową opinię na temat tego, czy powinien zostać rodzicem, dlaczego jeszcze nim nie jest i kiedy wreszcie zamierza naprawić ten stan rzeczy. Wystarczy przypadkowe spotkanie, rodzinny obiad albo sąsiadka dysponująca odpowiednim zasobem wolnego czasu. Klub Komediowy postanowił przyjrzeć się temu fenomenowi. I zrobił to w sposób, który powinien zainteresować zarówno rodziców, jak i wszystkich, którzy na widok dziecięcego wózka nie odczuwają automatycznej potrzeby przeliczenia kosztów jego utrzymania.
„Urodzisz swoje to zrozumiesz. The Musical” Mateusza Lewandowskiego to przedstawienie, które bierze na warsztat jeden z najbardziej intymnych wyborów człowieka, a następnie wystawia go na widok publiczny, poddaje społecznemu osądowi, okrasza muzyką i pozwala widzom śmiać się z tego, z czego na co dzień nie zawsze wypada. Nie jest to jednak kolejna komedia o tym, że dzieci płaczą, rodzice nie śpią, a wolny wieczór należy do kategorii miejskich legend. Twórcy interesują się czymś znacznie bardziej uniwersalnym: naszym niepohamowanym apetytem na cudze życie. I właśnie tutaj przedstawienie trafia w punkt.
Wszyscy jesteśmy ekspertami od cudzej rodziny
Najciekawszy w spektaklu jest dla mnie mechanizm społecznej presji. Rodzicielstwo okazuje się tu nie tylko osobistym doświadczeniem, ale również rodzajem publicznego egzaminu, do którego każdy ma prawo dopisać własne pytania. Nie masz dzieci? Podejrzane. Masz jedno? Dlaczego nie dwoje? Masz dwoje? A trzecie kiedy? Wychowujesz po swojemu? Zaraz znajdzie się ktoś, kto wyjaśni ci, że robiłby to lepiej. Rodzicielska wolność jest więc niekiedy pojęciem równie abstrakcyjnym jak cisza w mieszkaniu z małym dzieckiem.
Lewandowski rozpisuje tę obyczajową operę mydlaną na galerię postaci, obserwacji i sytuacji, które są zabawne przede wszystkim dlatego, że nie trzeba ich wymyślać. Życie dostarcza materiału z nadwyżką, wystarczy tylko uważnie słuchać. Szczególnie interesująco wypadają sąsiadki – nieformalne strażniczki osiedlowej moralności, które potrafią z kilku strzępów informacji zbudować kompletną biografię reprodukcyjną sąsiadów. W ich wykonaniu troska o drugiego człowieka przypomina nieco działalność wywiadu, tyle że bez budżetu i z większą liczbą doniczek na parapecie. W tym świecie każdy coś wie, każdy coś słyszał i każdy ma coś do powiedzenia. Na szczęście spektakl nie stawia się ponad swoimi bohaterami. Przedmiotem żartu nie są ludzkie wybory, lecz zadziwiająca pewność siebie tych, którzy uważają, że mają prawo je korygować. To zasadnicza różnica, dzięki której komizm nie zamienia się w publicystyczną połajankę.
Musical, który nie potrzebuje Broadwayu, żeby mieć własny rytm
Forma przedstawienia jest jego wielkim sprzymierzeńcem. Musicalowość nie służy tu do upiększania fabuły ani do ceremonialnego odśpiewywania emocji, które wcześniej zostały już wystarczająco dokładnie wyjaśnione. Piosenki stają się samodzielnymi komentarzami do rzeczywistości, a niekiedy wręcz jej najbardziej bezlitosnym streszczeniem. Tam, gdzie zwykły dialog mógłby stracić impet, muzyka pozwala twórcom przyspieszyć, podkręcić absurd i wystrzelić z puentą.
Maciej Chwała doskonale rozumie, jak muzyka może napędzać komediową dramaturgię. Poszczególne numery mają charakter, energię i własną dramaturgię. Nie są jedynie przerywnikami między kolejnymi scenami, ale integralną częścią opowieści. Świetnie sprawdzają się także momenty, w których tekst zaczyna bawić się rytmem, rymem i konwencją. Rap, stylizacje literackie, muzyczne przerysowania – wszystko to tworzy bogaty repertuar środków, a jednocześnie nie sprawia wrażenia popisu dla samego popisu.
Szczególnie cenię umiejętność budowania żartu z precyzyjnie dobranych słów. To komedia, która nie musi co chwilę podnosić głosu, żeby zostać usłyszaną. Jej największą bronią jest język. Lewandowski ma wyczucie absurdu, ale równie dobrze radzi sobie z obserwacją obyczajową i inteligentną grą skojarzeń. Potrafi doprowadzić sytuację do granicy kompletnego nonsensu, nie tracąc przy tym kontaktu z rzeczywistością. A to w komedii sztuka wcale nie tak powszechna.
Ważna jest również samoświadomość całego przedsięwzięcia. Twórcy nie udają, że odkryli nową formę teatralną, nie składają hołdów musicalowej konwencji na kolanach. Przeciwnie, korzystają z niej z pełną swobodą, czasem puszczając do widza oko, czasem bezceremonialnie podważając jej przyzwyczajenia. Musicalowość jest tu jednocześnie narzędziem i obiektem żartu. I bardzo dobrze. W końcu nie każdy spektakl musi traktować własną piosenkę finałową jak wydarzenie o znaczeniu państwowym. Co ważne, pod komediową warstwą kryje się także miejsce na czułość. Spektakl nie sprowadza rodzicielstwa do katalogu uciążliwości, potrafi dostrzec emocjonalną więź, bliskość i miłość, które nie potrzebują ani ironicznego komentarza, ani dodatkowej puenty.
Cztery osoby, kilkanaście życiorysów i ani chwili na bezczynność
Osobnym powodem do satysfakcji jest aktorstwo. Dagmara Bąk, Marta Podobas, Mateusz Kwiecień i Bartosz Szpak wykonują pracę, którą najłatwiej byłoby określić jako teatralną wielozadaniowość na poziomie mistrzowskim. Zmiany postaci, temperamentów, sposobów mówienia i zachowań wymagają nie tylko sprawności, ale też niezwykłej koncentracji. Tutaj nie ma miejsca na wygodne przeczekanie sceny. Każda kolejna sytuacja domaga się nowej energii, a każda postać musi otrzymać własny rys, nawet jeśli pojawia się na scenie tylko na chwilę.
Czwórka wykonawców świetnie rozumie zespołowy charakter tej zabawy. Nie ma tu rywalizacji o to, kto mocniej zaznaczy swoją obecność, kto wyciągnie dłuższy śmiech albo efektowniej zakończy numer. Jest za to doskonałe wyczucie partnera, umiejętność podawania sobie piłki i budowania komizmu, który często rodzi się pomiędzy aktorami.
Na szczególne uznanie zasługują również umiejętności wokalne i ruchowe zespołu. Wykonawcy nie traktują piosenek jako koniecznego dodatku do aktorskiego zadania. Wchodzą w nie z pełną swobodą, zachowując przy tym komediową precyzję. Nie jest łatwo jednocześnie śpiewać, tańczyć, zmieniać postaci i pilnować, żeby publiczność nie przegapiła kolejnej puenty. Tutaj ta pozornie karkołomna operacja przebiega z imponującą lekkością.
Wychodząc z Klubu Komediowego, trudno nie pomyśleć, że „Urodzisz swoje to zrozumiesz. The Musical” należy do tych rzadkich komedii, które poprawiają humor nie dlatego, że pozwalają na dwie godziny zapomnieć o rzeczywistości. Przeciwnie: ktoś tę rzeczywistość uważnie obejrzał, rozebrał na części i złożył ponownie w zaskakująco zabawną całość. A jeśli ktoś nadal uważa, że o rodzicielstwie najlepiej rozmawiać wyłącznie z osobami, które mają dzieci, powinien koniecznie zobaczyć ten spektakl. Najlepiej w towarzystwie rodziców, bezdzietnych i przynajmniej jednej sąsiadki. Dla pełnego obrazu sytuacji.