Logo
Recenzje

Tajemnica tanecznego Paryża

6.11.2026, 11:42 Wersja do druku

„Coppelia” Lea Delibesa w choreogr. Juliena Guerina, pod kier. muz. Luisa Gorelika w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pisze Benjamin Paschalski na swoim blogu.

fot. Joanna Miklaszewska

Każdy sezon przynosi nieoczekiwane niespodzianki. W poprzednim okresie teatralnej aktywności ekscytowaliśmy się współzawodnictwem polskich scen w premierach Hamleta Williama Shakespeare’a. Owa rywalizacja ukazywała różnorodność interpretacji, aktualności i komunikatywności. To także obraz możliwych inscenizacyjnych możliwości i reżyserskiego mistrzostwa. W bieżącym czasie trudno doszukiwać się kolejnego tytułu tak eksploatowanego w naszych teatrach. Jednak polska baletowa przestrzeń sezonu 2026/27 będzie miała coś z ducha konkurencyjności. Bowiem dwa największe zespoły tańca (Polski Balet Narodowy i Teatr Wielki w Łodzi) sięgają po ten sam tytuł. Mowa o klasycznej Coppelii do muzyki Leo Delibesa.

Ciekawostką jest fakt, że obie realizacje przygotowują artyści z Francji, z tą różnicą, że stołeczna premiera została powierzona doświadczonemu i zasłużonemu artyście, który już pracował z tymże zespołem, Manuelowi Legris. Natomiast łódzka prezentacja przypadła debiutującemu w naszym kraju, choć uznanemu byłemu tancerzowi, związanego choćby z Les Ballets de Monte Carlo i choreografowi – Julienowi Guerin. Obie propozycje są dziełami autorskimi, w formie neoklasycznej, wzorowanym na francuskim pierwowzorze libretta Arthura Saint-Leona i Charlesa Nuittera. Zatem porównania będą nieuniknione. Do pierwszego pokazu w Warszawie musimy poczekać do grudnia bieżącego roku, ale Łódź już zaprezentowała własną interpretację. I można uznać, że to ciekawe, oryginalne, żywiołowe, pełne pasji tanecznej, dobrego układu ruchu, a przede wszystkim tańczone, spotkanie z dawnym dziełem baletowej sceny. Jednak mimo ostatecznej, wielce pozytywnej oceny, owa realizacja posiada kilka mankamentów, na które należy zwrócić uwagę, gdyż są to bolączki i pytania, które towarzyszyły mi podczas przedstawienia.

Historia owego dzieła to już ponad sto pięćdziesiąt lat tradycji i obecności na wszystkich scenach świata. Coppelia należy do kanonu - zbioru dziesięciu najważniejszych opowieści bez słów w historii sztuki klasycznego tańca. Jego siłą jest prosta historia, sprawnie – dość nieskomplikowanie opowiedziana treść, a także przebojowość muzyki. W niej pobrzmiewają dźwięki polskiego Mazura, iskrzącego węgierskiego Czardasza czy też przebłyski kankana. Dodatkowym walorem jest atrakcyjny temat, który podniecał społeczeństwo Francji u schyłku XIX wieku – nowoczesność i pęd do rozwoju techniki. To czas powstania Wieży Eiffla, Wystawa Światowa, a także powszechne zauroczenie magią i hiromancją jako nową rozrywką mieszczaństwa. I owemu zapotrzebowaniu odpowiada baletowa historia.

Jej pierwowzór osadzony w galicyjskiej prowincji iskrzył dowcipem, rustykalną prostotą ubarwioną różnorodnym tańcem, a także niecodzienną postacią Dr Coppeliusa i jego tajemniczą córką Coppelią przesiadującą w oknie domu ojca. Z biegiem akcji okazuje się, że to mechaniczna lalka jak w opowieści o Pinokiu, a jej twórca za pomocą czarów pragnie ją ożywić. Ale głównymi postaciami pozostaje para zakochanych: Swanilda i Franz, którzy własną ciekawością trafiają w świat ekscentrycznego wynalazcy. Mimo, że chłopak staje się ofiarą próby eksperymentu, przelania duszy i serca w ciało lalki, to za sprawą swojej wybranki serca udaje się im uciec.

A finał to już istna feria tańca będąca ukoronowaniem miłości młodych bohaterów. Co ważne, to jeden z pierwszych tytułów baletowych, którego finał jest optymistyczny, a nie zwieńczony tragiczną śmiercią. Zatem to sprawna historia baletowa, w której dobrze skonstruowane libretto skontrastowane magią i realizmem współgra z tanecznym zamysłem i świetnym podkładem orkiestrowym. Aż dziw bierze, że niezmiernie rzadko pojawia się na polskich scenach. Obecnie w repertuarze posiada ów tytuł kompania w Gdańsku i Bydgoszczy.

W Łodzi Coppelia, po II Wojnie Światowej, gościła trzykrotnie. Pierwszy raz w roku 1962 za sprawą realizacji Feliksa Parnella, następnie dwadzieścia lat później zmierzyła się z nią, w swoim autorskim opracowaniu, Teresa Kujawa w scenografii Władysława Wigury. I właśnie owa prezentacja pozostaje jako istotna dla lokalnych miłośników baletu, gdyż z szacunkiem dla pierwowzoru powstało, barwne, wesołe widowisko z uznaniem dla klasyki oraz interesująco zarysowanymi partiami pantomimicznymi. Kolejny raz kompozycja Delibesa pojawiła się w roku 2000, tym razem jako wizja kubańskich artystów: Laury i Ivana Alonso. Koneksje rodzinne z wielką gwiazdą tamtejszego baletu – Alicją Alonso nie pozwoliły uratować owego przedstawienia. Nie spełniło one oczekiwań publiczności i po krótkim czasie zeszło z afisza sceny. Wydaje się, że czwarta łódzka próba z Coppelią będzie miała dłuższy żywot. Gdyż jak już zauważono, to praca kompletna, którą można analizować wieloaspektowo, ale z bilansem pozytywnych emocji.

Julien Guerin dokonał autorskiego opracowania libretta. Jedną z naczelnych zmian była odmiana lokalizacji – ze wspomnianego świata galicyjskiej wsi na paryskie przedmieścia, a może dzielnicę artystów: Montmartre. Ów obraz konstruują świetne, dominujące nad całą przestrzenią sceny, lekko abstrakcyjne, dekoracje autorstwa Rolanda Fontaine’a. W pierwszej i trzeciej części to drewniany krajobraz miasta, z jego charakterystycznymi elementami, wśród których króluje młyn kabaretu Moulin Rouge. To także okazała latarnia uliczna. To w niej znajduje się pracownia ekscentryka Dr Coppeliusa. W przeszkleniu widać postać jego tajemniczej córki. Dodatkowo kulisy wykreślają drewniane ozdobniki wejścia do stacji podziemnej kolejki z charakterystycznym liternictwem linii „Metropolitan”. Horyzont zamyka mapa Paryża, w którą wpleciono punktowe stacje metra – symbol nowoczesności i rozwoju technologicznego stolicy Francji. W części drugiej akcja przenosi się do wnętrza owego miejsca oświetlenia miasta. Góruje knot gazowego instrumentarium, a także piętrowa, ascetyczna konstrukcja, w której znajdują się liczne eksponaty – lalki i manekiny skonstruowane przez odizolowanego dziwaka. Na wskroś monumentalna oprawa plastyczna lekko przytłacza scenę.

Dodatkowym elementem scenograficznym są oczywiście zjawiskowe kostiumy. To istny pokaz fantazji mody przygotowany przez Charlesa de Vilmorin. Daje on upust własnej pomysłowości skontrastowanej pomiędzy ascezą, a wielobarwnością kolorystyki strojów. To istna feria różnorodności – odcieni, kroju, po prostu majstersztyk dopracowany w każdym szczególe. I tu zaczynają się wątpliwości. Bowiem przedstawiony świat nie współgra ze sobą. Z jednej strony mamy niemal realizm w dekoracji, a z drugiej wyimaginowany obraz kostiumów. Świetne wizualnie obrazki nie przystają do siebie, gryzą się ze sobą, trudno powiedzieć o spójności stylistycznej scenografii. Dodatkowo projekty de Vilmorina są oderwane od stylu paryskiego, jego kreatywność ukazuje inspirację kulturą wiejską Francji choćby Alzacji, a może przebłyskami sąsiednich Niemiec – Tyrolu, co sugerują niektóre nakrycia głowy.

Jawi się owa wizualna strona jako mało komplementarna, gdzie dekorator widzi Paryż, a kostiumograf chyba czerpie ze źródła baletowej historii – klimatu wiejskiego, choć dalekiego od galicyjskiej tradycji. Niekorzystnym dopełnieniem jest przygotowanie świateł (Tomasz Śliskowski). Widz może mieć wrażenie, że całość rozegrana jest w dziwnym półmroku fotograficznej sepii. Niekorzystny to zabieg niczym niezrozumiałej oszczędności, gdyż nie komponuje się ona z blaskiem francuskiego nieba, radością opowieści i wręcz sielankowym nastrojem historii.

Choreograf i adaptator libretta winien ukazać sens odmiany rzeczywistości akcji. I tu kolejny znak zapytania. Ciężko zrozumieć czemu służy przeniesienie akcji do Paryża. Ani rys charakteru bohaterów nie ukazuje logiki owego przedsięwzięcia, tym samym utrzymanie roli Burmistrza wpisuje się w kameralną, regionalną rzecz, a nie widzianą w przestrzeni wielkiego miasta. Guerin jest wierny oryginałowi, nie dokonuje znaczących narracyjnych modyfikacji, zatem nie do końca jasna jest owa odmiana lokalizacji. Taniec, przesiąknięty scenami zespołowymi, posiada nutę ludowości, pierwotności. Może wyjątek stanowi stylizowany kankan, ale to zbyt mało aby wyjść po przedstawieniu z pełnym przekonaniem, że akcja miała sens aby rozegrać ją w Paryżu. Jeżeli już podejmuje się decyzję o uwspółcześnieniu i przeniesieniu historii ze świata prowincji do miasta winna ulec zmianie również oś opowieści. Wystarczyłyby proste zabiegi – choćby Swanilda, że jest kelnerką lokalnej kawiarni, a jej wybranek serca malarzem z centralnego placu dzielnicy artystów. Już owe proste gesty dałyby szansę ukazania nowego tła, sensów dramaturgicznej odmiany. W owym świecie broni się postać Dr Coppeliusa. Z samotnika, żyjącego we własnym świecie iluzji lokalnej społeczności, stał się może symbolicznym Robinsonem Crusoe wielkiej metropolii. Funkcjonuje w swojej samotni-latarni, gdzie konstruuje wewnętrzny świat wyobrażeń i fascynacji tym co nierzeczywiste, nieznane oraz nieodkryte. Ów kontrast między społeczną masą, a jednostką dobrze został wychwycony, co podkreśla również kostium niczym malowanego ptaka i tłumu zunifikowanego w kolorowych ubiorach.

Jednak w spektaklach baletowych najważniejszy jest taniec. I tu należy się wielki hołd dla Juliena Guerin, który po latach łódzkiej posuchy, w świecie klasyki, skonstruował, nowe, dedykowane tejże scenie, autorskie widowisko, które iskrzy od pierwszej do ostatniej sceny żarliwym wykonaniem. Tak jak zauważono to świetne kontrasty, gdzie dla społeczności dzielnicy, przyjaciół głównych bohaterów Swanildy i Franza, ruch to żywioł, na swój sposób fenomenalne zatracenie. Dr Coppelius (świetny Nazar Botsiy) jest outsiderem, żyjącym we własnym świecie iluzji i fantazji. Ruch postaci, zawsze w układach czerpiących z oryginału, przeszyty jest trywialną pantomimą.

Tym razem to dość ciekawy, komiczny, przerysowany i charakterystyczny taniec, pełen dojrzałej werwy oraz spontaniczności, osoby skupionej na własnej pracy i dziele tworzenia nowego człowieka. Nieco zagubiony, roztrzepany doskonale został zinterpretowany przez tancerza. Choreograf nie pozostawia pustej sceny, dla niego widowisko baletowe musi być w pełni zagospodarowane ruchem, a nie próżną mimiką z wodzeniem oczami. Z owego zadania wywiązuje się perfekcyjnie. Zasługa to dwójki młodych bohaterów Swanildy (Riho Okuno), która początkowo mało wyrazista ukazuje swój kunszt, bystrość i taneczną perfekcję, gdy ratuje z opresji swojego wybranka w domu Coppeliusa, a także w finałowych sekwencjach ze swoim partnerem. Ale niekwestionowanym zwycięzcą artystycznego spełnienia pozostaje Franz (Joshua Legge). Jego wariacja w akcie pierwszym zachwyca technicznymi możliwościami, dojrzałością sceniczną i umiejętnością prowadzenia postaci. Jednak pełen kunszt ukazuje on w finałowym duecie z Riho Okuno, gdy tancerze iskrzą trudnością wykonania, a blask uroku pary unosi się nad widownią. Ręce same lgną do oklasków. Kwartet głównych wykonawców zamyka Burmistrz (Dominik Senator). To epizodyczna rola, ale nie pozbawiona ciekawego ruchu, w którym tancerz prezentuje swoje najlepsze techniczne strony. I owa prezentacja ukazuje, że nawet z mikroskopijnej partii można wykrzesać żar tanecznego ognia.

Układ Guerina jest klarowny, jasny i czysty swoją neoklasyczną perfekcją. Niezwykle mocno stawia na aktywność zespołu i tu niestety pojawiają się problemy. To co podkreślałem wielokrotnie powiela się i w tejże produkcji. W formacji łódzkiej brakuje zespołowości – współgrania, precyzji wykonania i wykończenia poszczególnych sekwencji. Niezwykle jaskrawo wybrzmiało to w trakcie Coppelii, gdy na scenie pojawia się sześć przyjaciółek Swanildy. Pięknie skomponowany, symetryczny układ w wykonaniu artystek wygląda niezwykle źle. Prawie każda z solistek nie podąża za zamysłem choreografa tworząc własną impresję tego co chce zatańczyć. Kontrasty są zdumiewające i wręcz szokujące. Uderza przerażający obraz niezgrania, braku wspólnotowości – tak niezwykle istotnej w klasycznej prezentacji. Panowie, przyjaciele Franza, prezentują się dużo lepiej, a także mieszkańcy miasta jako tło wywiązują się z powierzonych zadań poprawnie.

Stara prawda mówi, że nie uda się zbudować widowiska sięgającego tradycji baletowej bez tancerzy umiejących współgrać ze sobą i budujących jednolity obraz sceniczny. Na tym polega blask tejże sztuki, że precyzja wygrywa nad markowaniem i pozorowaniem tańca. Guerin wykonał świetną pracę nad przygotowaniem owego układu, ale nie znalazł w stu procentach partnerów dla owej prezentacji. To duża bolączka i wyzwanie dla nowego dyrektora Teatru Wielkiego w Łodzi – Rafała Kłoczko.

Trzyaktowe przedstawienie zbudowane jest na zasadzie kontrastów – żywiołowej, wprowadzającej sekwencji pełnej tanecznego wigoru. Po niej następuje obraz w latarni miejskiej, świecie Coppeliusa. Zawsze owa sekwencja staje się problemowa, gdyż niezwykle dużo w niej pantomimy, pozorowanego ruchu. Tym razem wybrzmiał on niesamowicie. To głównie zasługa Riho Okuno oraz Nazara Botsiy, którzy zjawiskowo oddają klimat komediowej intrygi o duszę Franza. Towarzyszą owemu epizodowi popisy automatów i lalek – konstrukcji wizjonera – będące mechaniczną, precyzyjną konstrukcją ruchu. Zwieńczenie to powrót do żywiołu tańca z niezwykle ciekawym, nieco ograniczonym pas de deux głównych bohaterów. Ale w nim wybrzmiewa klasa artystycznej jakości dwójki wspomnianych solistów. Zatem choreograf wykonał swoje zadanie brawurowo, z zauważonymi mankamentami.

Walorem stała się wykonywana na żywo muzyka. Orkiestrę prowadził argentyński kapelmistrz Luis Gorelik. Można go nazwać polskim specjalistą od utworu Delibesa, gdyż prowadził również spektakle w Gdańsku. To co należy powiedzieć o doświadczeniu łódzkim to jednakowa dynamika brzmienia poszczególnych utworów, a także brak skontrastowania dźwięczności fragmentów odwołujących się choćby do tradycji polskiej czy węgierskiej. Tony zlewały się w jedną strukturę podkładu pozbawionego ukazania odmienności, rytmu, stylu poszczególnych tańców. Ten balet to panorama świata, ukazywanie tego co było trudne do osiągnięcia w końcu dziewiętnastego wieku – kulturowej różnorodności. Muzyka zastępowała podróże, stawała się namiastką nieosiągalnego, gdyż tylko garstka wybranych mogła sobie pozwolić na dalekie wojaże. I chyba należy o tym pamiętać, gdy podejmuje się próbę ukazania kalejdoskopu muzycznej Europy dawnego czasu, że to nie była jednolita magma, ale pełen kontrastów fascynujący przekrój rozmaitości.

W Łodzi, mimo zauważalnych, niestety, niedociągnięć wykonawczych zespołu baletowego, nieuargumentowanego w pełni umieszczenia akcji w Paryżu i niespójności scenograficznej, ale pięknej w swoim obrazie, powstała uczciwa, dobrze przygotowana choreograficznie praca iskrząca baletową wielkością, będąca hołdem dla klasyki. Cały wieczór jest wciągający i urzekający swoją wewnętrzną spójnością oraz logiką tanecznego wywodu. To zasługa Juliena Guerin, który posiada niezwykły talent budowania spójnej i jasnej historii, choć może nie wszystko jest zgodne z pierwotnymi założeniami. Na pewno to widowisko dla całej rodziny, lekcja tanecznej uczty, ale więcej winniśmy oczekiwać od zespołu baletowego. Jak będzie w Warszawie? Dowiemy się już w grudniu. Jak na razie techniką i pomysłem realizacyjnym poprzeczka została ustawiona wysoko.

Tytuł oryginalny

Tajemnica tanecznego Paryża

Źródło:

benjaminpaschalski.pl
Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

06.11.2026

Sprawdź także