Logo
Recenzje

Kobieta samotna

6.11.2026, 13:03 Wersja do druku

„Kobieta samotna” wg scen. Natalii Fiedorczuk i Anny Smolar w reż. Anny Smolar, koprodukcja Teatru Powszechnego w Warszawie i Malta Festival w Poznaniu. Pokaz na 31. Olsztyńskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Jerzy Szczudlik.

fot. Karolina Jóźwiak

Wczoraj w ramach Olsztyńskich Spotkań Teatralnych na scenie Jaracza gościł Teatr Powszechny z Warszawy ze spektaklem pt. „Samotna kobieta”, w reżyserii Anny Smolar. Film o tym samym tytule powstał w 1981 roku. Okrzyknięto go arcydziełem kina społecznego, bo Agnieszka Holland i Maciej Karpiński umieli stworzyć przejmujący obraz wykluczenia i braku perspektyw. Niemal pół wieku później Anna Smolar we współpracy z Natalią Fiedorczuk przekształciły dzieło kinowe w spektakl teatralny. Dlaczego w naszych teatrach coraz mniej oryginalnych dramatów, a coraz więcej adaptacji powieści, reportaży, czy filmów, to temat na inną okazję. Sama problematyka nie dziwi, bowiem jest uniwersalna i ponadczasowa. A w dobie postępującego rozwarstwienia dochodów, wzrastającej liczby rozwodów i wywalczonej latami niezależności kobiet jeszcze bardziej widoczna. Samotność dotyka również mężczyzn, jednak nieco inaczej. Oni nie spotykają się z podobną presją społeczną i to na kobietę z reguły spadają obowiązki samodzielnego rodzicielstwa. Spyta ktoś: samotność? z dzieckiem? Pewnie jeszcze bardziej dotkliwa, przerażająca odpowiedzialnością za życie bezbronnych i pogubionych istot. Do tego dochodzi świadomość samotności dziecka, wszak nie ma na co dzień ojca, a i mniej matki, pochłoniętej nadmiernymi obowiązkami i przygniecionej wyalienowaniem. Dobrze, gdy wokół jest życzliwa rodzina i sprawdzone grono przyjaciół. Gorzej, kiedy czujemy wsparcie jedynie w fazie sukcesów i dobrobytu, natomiast w okresach niepowodzeń ta pomoc topnieje w oczach, bo kto by chciał mieć do czynienia z „przegrywami”? I wpadamy w zaklęty krąg. Potrzeby finansowe zaspokajamy ciężką pracą, licząc się z następstwem coraz większego zmęczenia, mniejszej ilości czasu dla bliskich lub na wypoczynek. Z kolei niedobór środków paraliżuje, dołuje, obniża samoocenę. I jeszcze ta, obserwowana prawidłowość, że od ludzi sukcesu skłonni jesteśmy wymagać mniej, tych zaś, którym się nie powiodło, lubimy obarczać nie tylko winą, lecz także większymi świadczeniami na naszą rzecz. Taka sytuacja ma swoją cenę. Siada psychika, permanentne zmęczenie odbija się na zdrowiu, na kontaktach międzyludzkich, na realizacji planów. Dopada nas bezsilność, tracimy poczucie bezpieczeństwa, o życiowej stabilizacji możemy jedynie pomarzyć. A tonący brzytwy się chwyta… lub jak w tym przypadku – pistoletu.

Każdy z nas jest inny. Po jednych niepowodzenia spływają jak woda po kaczce, drudzy przeżywają najmniejsze niepowodzenie. Z reguły pomaga poczucie humoru, pogoda ducha, wrodzony optymizm, pomysłowość i wiara w lepsze jutro. Taka jest bohaterka spektaklu, grana perfekcyjnie przez Annę Ilczuk. Jest bardzo wiarygodna, od początku czujemy do niej sympatię, widząc w niej, z jednej strony spore pokłady kobiecej czułości, z drugiej niegroźnego wariactwa, ale też krnąbrności i poczucia własnej wartości. Instynktownie trzymamy jej stronę, gdy staje samotna nie tylko naprzeciwko męża, który ją porzucił i odmówił płacenia alimentów oraz otoczenia, które zamiast szczerze ją wspierać, gotowe jest potępić, ale również wobec całego systemu opieki społecznej. Mamy tę przewagę, że jako widzowie, chłonący sceniczne kwestie, nie boimy się wykluczenia i reakcji tłumu. W realnym życiu, poza sala teatralną, gdyby Irena była naszą sąsiadką, może jej wariactwo nie uznalibyśmy za zabawne, jej ciepło byłoby dla nas wkurzające, jej zaradność wzbudzałaby naszą zazdrość. Wolimy jednak, jak inni są gorsi od nas. Pomożemy, lecz z litości i obowiązku, nie z potrzeby serca. Słabość, bieda, niepowodzenia niech się trzymają od nas z daleka. Dotknęły ją nieszczęścia, widocznie sobie zasłużyła, przestała być jedną z nas. Zaraz, zaraz, czy nie żyjemy w czasach, nazwanych wiekiem kobiet? Czy feminizm - to tylko zasłona dymna, a podmiotowość kobiety, to jedynie przejściowa moda? Jak jest taka mądra i nie szanowała męża, nie wykonywała przypisanej jej religią, tradycją i dobrym obyczajem roli żony, matki i kochanki, niech sobie radzi sama. Niechaj staną za nią murem te wszystkie ministry, naukowczynie, ginekolożki, gościnie! Nie o to walczyły dziesiątki lat, demonstrowały pod czarnymi parasolkami, udowadniały, że są silniejsze, zaradniejsze i potrafią być samodzielne? Faceci to dinozaury, one wychowają nowego mężczyznę. Oczywiście ironizuję, bo życie jest podobno nowelą, bajką, snem, grą, czystą kartką, podróżą, teatrem i czym tam poeta jeszcze chce. Ale życie bohaterki, podobnie jak nasze, jest twardą rzeczywistością. I to przedstawienie nam to uświadamia. Bo codzienność każdemu z nas może dokopać, postawić w trudnej sytuacji, ukazać się od najgorszej strony.

Ponieważ ludzie mają prawo się bać, mają przecież swoje problemy, a moralny obowiązek wobec innych mogą uznać za wydumany, powołano do życia szereg instytucji pomocowych. Jedną z nich jest szkoła. Niestety też często zawodzi. Wychowawcy nie potrafią zapanować nad okrucieństwem i opresyjnością tłumu swoich podopiecznych. I koło się zamyka. Rośnie nowy obywatel, od dzieciństwa osamotniony, doznający wrogości i pogardy zamiast życzliwości i przyjaźni, pozbawiany nadziei na lepszą dorosłość. W roli Bogusia wspaniała raperka Ryfa Ri. Przyzwyczailiśmy się już, że Hamleta czy Konrada zastępuje na scenie kobieta, dlaczego mamy się więc dziwić, widząc zamiast nieletniego chłopca dorosłą dziewczynę. Ona długo milczy, dzieci i ryby nie mają wszak głosu. Lecz niewinność dziecka przepoczwarza się w cierpienie, mogące rodzić bunt, nienawiść i mściwość. I wtedy dziecko zabiera głos. Rap nie zaskakuje, to styl polegający na recytacji, najbardziej zatem teatralny, a w tekstach, to opowieści o życiu, o społecznych problemach. Dla buntowników jak znalazł. A jeśli ktoś dalej miałby wątpliwości, zapomni o nich śledząc przez cały spektakl taniec Ryfy, gdzie ruch zastępuje słowa, a emocje towarzyszące każdej tanecznej figurze układają się jak puzzle w obraz dziecięcego, wbrew pozorom nie niewinnego, świata.

„Samotna kobieta” jest terapią dla nas wszystkich, bo wszyscy jej potrzebujemy. Chwilami miałem wrażenie, że to jest teatr dokumentalny. A przecież samotność, walka człowieka z systemem, wykluczenie zamiast wsparcia, to fabuła wprost stworzona na scenę. Silniejsze wrażenie wywołałoby pewnie podniesienie spektaklu na wyższy poziom abstrakcji, ale i tak nie odbieram tej sztuce artyzmu i doniosłości, ani też humoru. Wychwyciłem emocje widowni i wyszedłem z teatru naprawdę poruszony, dzięki mistrzostwu Anny Ilczuk i partnerujących jej: Karoliny Adamczyk, Natalii Lange, Marii Robaszkiewicz, Michała Czachora, Oskara Stoczyńskiego i Juliana Swieżewskiego. Na scenie kilkakrotnie padła kwestia: „umówiliśmy się na coś”. Tak, umawialiśmy się, że będziemy wspierać słabszych oraz punktować hipokryzję otoczenia i bierność instytucji. Róbmy to! Wszystkie dzieci są nasze… samotne kobiety również.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także