Logo
Recenzje

Piękno obrazu, wielkie emocje i muzyczny niedosyt

6.11.2026, 12:45 Wersja do druku

„Carmen” Georgesa Bizeta w reż. André Heller-Lopesa w Operze Śląskiej w Bytomiu. Pisze Wiktor Szewczyk.

fot. Krzysztof Bieliński

Spektakl „Carmen” w Operze Śląskiej, którego premiera odbyła się 23 października 2026 roku, pozostawił we mnie bardzo niejednoznaczne wrażenia. Z jednej strony otrzymaliśmy przedstawienie niezwykle atrakcyjne wizualnie, przemyślane inscenizacyjnie i pełne scenicznego życia. Z drugiej – spektakl, który w swojej najważniejszej warstwie, czyli muzyce, nie osiągnął poziomu, jakiego można było oczekiwać po tak znakomitym tytule. I właśnie ten rozdźwięk między pięknem sceny a niedostatkami muzycznego prowadzenia okazał się dla mnie najbardziej odczuwalny.

Zacznijmy jednak od tego, co w tej realizacji zasługuje na uznanie. André Heller-Lopes podjął się zadania niełatwego. „Carmen” jest operą tak często wystawianą, że trudno znaleźć w niej przestrzeń na świeżość bez popadania w reżyserskie udziwnienia. Brazylijski reżyser znalazł własny klucz interpretacyjny, pozostając jednocześnie wierny klasycznej opowieści, za to należą mu się ogromne brawa. Jego zainteresowanie wolną wolą, odpowiedzialnością za własne wybory i konsekwencjami podejmowanych decyzji znajduje wyraźne odzwierciedlenie w konstrukcji postaci.

Carmen nie jest tutaj jedynie ofiarą okoliczności, a Don José nie sprowadza się do roli bezwzględnego zabójcy. To opowieść o dwóch zupełnie odmiennych postawach wobec życia. Carmen zagrana przez doświadczoną Annę Borucką wybiera wolność, nawet jeśli oznacza ona ryzyko i samotność. Pani Borucka już po raz trzeci kreuje tę postać. José, w tej roli Łukasz Załęski pozostaje więźniem społecznych schematów, munduru i własnych ograniczeń. Przeniesienie akcji do lat trzydziestych XX wieku oraz wpisanie dramatu w rytm zmieniających się pór roku nadało całości interesujący wymiar, nie odbierając jej sewilskiego charakteru.

Ogromnym atutem przedstawienia jest jego strona wizualna. Scenografia Renato Theobaldo zachwyca rozmachem, ale nie przytłacza. Daje aktorom przestrzeń i pozwala obrazom scenicznym swobodnie oddychać. Kostiumy Sofii Di Nunzio budują świat przedstawienia, podkreślają temperament postaci i nadają im indywidualny charakter.

Warto docenić również udział chóru dziecięcego. Młodzi wykonawcy wnoszą do spektaklu naturalność, świeżość i energię. Ich obecność, podobnie jak zabawne sceny z udziałem dzieci i przerażonych zakonnic, wzbogaca początek przedstawienia o element lekkości i komizmu. To dobrze pomyślany kontrast wobec narastającego dramatu głównych bohaterów. Chór dorosłych Opery Śląskiej również wypadł bardzo dobrze.

Niestety, kiedy przechodzimy do warstwy muzycznej, entuzjazm wyraźnie słabnie.

Największy niedosyt pozostawiło we mnie prowadzenie orkiestry przez Piotra Mazurka. Od osoby kierującej muzycznie tak znanym i wymagającym dziełem oczekiwałbym przede wszystkim wyczucia dramaturgii, umiejętności budowania napięcia. Szczególnie rozczarowywała próba wydobywania niuansów brzmieniowych. Subtelności, które powinny nadawać muzyce Bizeta lekkość, elegancję i francuską finezję, nie zawsze znajdowały właściwe proporcje. Zamiast naturalnie wybrzmiewać, momentami sprawiały wrażenie zbyt mocno eksponowanych, wręcz wymuszonych. To, co miało być subtelnością, stawało się efektem samym w sobie. A przecież w tej muzyce nie chodzi o to, by za wszelką cenę pokazać każdy szczegół, lecz by wszystkie szczegóły złożyły się na spójną, żywą opowieść. W wielu momentach odnosiłem wrażenie, że Piotr Mazurek bardziej koncentruje się na własnej koncepcji brzmieniowej niż na zespołowym kształtowaniu muzycznej dramaturgii.

A szkoda, bo partytura Bizeta daje ogromne możliwości. Jest w niej miejsce na taneczność, ogień, lekkość, liryzm, dramatyczne napięcie i intymność. Wymaga jednak nie tylko precyzji, ale przede wszystkim wyobraźni i umiejętności opowiadania muzyką. Nie wystarczy wydobywać poszczególnych barw i akcentować niuanse. Trzeba jeszcze wiedzieć, po co się to robi i jak te elementy służą całości.

Nie chciałbym przy tym przekreślać pracy muzyków Opery Śląskiej. Wielokrotnie miałem okazję obserwować rozwój tego zespołu i wiem, że drzemie w nim duży potencjał. Tym bardziej żałuję, że podczas tej premiery nie zawsze udało się go w pełni wykorzystać. Dobra orkiestra potrzebuje nie tylko sprawnego dyrygenta, ale przede wszystkim takiego kierownika muzycznego, który potrafi wydobyć z niej wspólną energię, zbudować zaufanie i sprawić, że każdy muzyk czuje się częścią większej opowieści.

W „Carmen” tego poczucia jedności zabrakło mi najbardziej.

Ostatecznie otrzymaliśmy przedstawienie, które zachwyca obrazem, ma ciekawą koncepcję reżyserską i wiele pięknych momentów scenicznych. To inscenizacja, której warto dać szansę i którą z pewnością można docenić za stronę wizualną oraz dramaturgiczną. Nie mogę jednak przemilczeć muzycznego rozczarowania, bo w operze muzyka nie jest dodatkiem do scenografii, kostiumów czy reżyserskiej wizji. Jest jej fundamentem.

Wychodziłem z teatru z poczuciem, że zobaczyłem spektakl, który miał wszelkie predyspozycje, by stać się wydarzeniem naprawdę wyjątkowym. Niestety, jego muzyczna strona nie dorównała temu, co zaproponowano nam na scenie.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także