„Rouh” w chor. Ahlam El Morsli i Wajdiego Gagui z Maroka na 22. Międzynarodowym Festiwalu Tańca Zawirowania w Warszawie. Pisze Marlena Czarny.
ROUH marokańskiego zespołu Col’jam, zaprezentowany podczas XXII Międzynarodowego Festiwalu Tańca Zawirowania, jest spektaklem, który bardziej się przeżywa niż ogląda. Już sam tytuł – oznaczający po arabsku „duszę” – kieruje uwagę ku temu, co niewidzialne, ukryte pod powierzchnią gestu i obrazu. Twórcy i wykonawcy, Ahlam El Morsli oraz Wajdi Gagui, budują przedstawienie z symboli, które nie tworzą jednej zamkniętej opowieści, lecz otwierają przestrzeń dla osobistych interpretacji.
Widownia wchodzi do sali, a na scenie trwa już niemal mistyczny obraz. W niebieskim świetle stoi mężczyzna ubrany w ogromną białą spódnicę przypominającą strój wirujących derwiszy. Rozłożona na niemal całą scenę tkanina sprawia, że postać wygląda jak samotne drzewo. Rozpostarte ręce przypominają gałęzie, a powolny obrót wokół własnej osi stopniowo zwija materiał wokół ciała. Powstają formy przypominające korzenie wrastające w ziemię. To jeden z tych obrazów, które zapadają w pamięć jeszcze przed rozpoczęciem właściwej akcji. Kiedy tancerz upada i ciągnie za sobą zwiniętą materię, przypomina jednocześnie wyrzuconą na brzeg syrenę, poczwarkę oczekującą przemiany i człowieka uwikłanego w ciężar własnego losu.
Motyw przemiany powraca chwilę później wraz z pojawieniem się drugiej postaci. Uwięziona w delikatnym białym kokonie z siatki postać kobiety, która rozpaczliwie próbuje się wydostać. Widać tylko jej piękne czarne oczy, szukające ratunku. Ręce napinają materiał, szukają szczeliny, drogi ucieczki. I w tym miejscu nasuwa się skojarzenie z poczwarką, motylem, który nie może się przepoczwarzyć i rozwinąć skrzydła. Można odczytać tę scenę jako metaforę narodzin, dojrzewania lub duchowego przebudzenia. To obraz człowieka zamkniętego w granicach własnych lęków, tradycji albo narzuconych ról.
Największą siłę spektakl osiąga jednak w relacji kobiety i mężczyzny. Kobieta pojawia się w długiej sukni, zwrócona ku intensywnemu światłu reflektora. Jej taniec jest gwałtowny, szeroki, niemal obrzędowy. W przeciwległej części sceny porusza się on. Oboje zdają się uczestniczyć w tym samym rytuale, choć każde na własnych zasadach. Gdy spotykają się na scenie, ich ruchy przypominają modlitwę kierowaną do różnych bogów. Widać w nich błaganie, rozpacz, pokutę i oczekiwanie. Łączy ich powracający gest dłoni, jakby mimo odmienności szukali tego samego celu.
Znakomicie zbudowane zostaje napięcie między potrzebą bliskości a niemożnością porozumienia. Kobieta dominuje, wodzi partnera za włosy przez scenę, by za chwilę szukać w nim oparcia i czułości. On odpowiada odrzuceniem. Przyciąganie i odpychanie, walka i tęsknota tworzą emocjonalny krajobraz przedstawienia. To już nie tylko historia dwojga ludzi, ale opowieść o wszystkich konfliktach, które rodzą się z różnicy przekonań, wartości czy tradycji.
Ważnym punktem spektaklu staje się hipnotyzujący taniec derwisza. Długie wirowanie z zamkniętymi oczami i rozpostartymi ramionami wprowadza atmosferę duchowej ekstazy. W tradycji sufickiej taki ruch oznacza dążenie do zjednoczenia z absolutem, dlatego trudno nie odczytać tej sceny jako poszukiwania czegoś większego niż indywidualne doświadczenie. W tym samym czasie kobieta obmywa twarz wodą, przelewa ją przez dłonie, rozrzuca wokół siebie. Z jej twarzy znika napięcie. Pojawia się spokój, a nawet radość. Gdy w tle rozbrzmiewa „Ave Maria”, przestrzeń spektaklu wypełnia się symbolami różnych tradycji religijnych. Nie konkurują one jednak ze sobą. Przeciwnie – zaczynają współistnieć.
Szczególnie wymowny wydaje się moment, gdy mężczyzna zapisuje na swoim ciele słowa „LOVE GOOD”. Czarny tusz pokrywa klatkę piersiową, twarz i plecy, jakby zapis idei miał stać się częścią jego tożsamości. Chwilę później pojawiają się obrazy oczyszczenia i odrodzenia. Kobieta zanurza głowę w misie z wodą, przywodząc na myśl rytuał chrztu. Następnie to ona obmywa twarz mężczyzny. Scena ma charakter niemal sakralny. Nie jest jednak związana z jedną konkretną religią. Raczej wskazuje na wspólne dla różnych kultur pragnienie odnowy, przebaczenia i pojednania.
Finał przynosi ukojenie po wcześniejszych napięciach. Kobieta niesie białą spódnicę derwisza niczym ceremonialny sztandar lub element ślubnego orszaku. Oboje kroczą spokojnie, godnie, razem. Nie ma już walki ani dominacji. Pozostaje wspólna droga.
ROUH można odczytać jako opowieść o duszy poszukującej własnego miejsca w świecie, ale równie przekonująca wydaje się interpretacja mówiąca o przezwyciężaniu podziałów między ludźmi. Woda, modlitwa, wirujący derwisz i „Ave Maria” stają się tutaj znakami różnych tradycji, które nie muszą się wykluczać. Spektakl Col’jam przypomina, że pod warstwą religii, kultur i języków kryją się te same ludzkie potrzeby: miłość, godność, akceptacja i bliskość. To właśnie one okazują się prawdziwym centrum tej poruszającej choreograficznej opowieści.