Logo
Recenzje

Koronki żałoby

7.07.2026, 15:30 Wersja do druku

„Płaczki” w chor. Marty Kosieradzkiej na 22. Międzynarodowym Festiwalu Tańca Zawirowania w Warszawie. Pisze Marlena Czarny.

fot. Małgorzata Maryl-Wójcik

Ósmy dzień XXII Międzynarodowego Festiwalu Tańca Zawirowania przyniósł spektakl niezwykły wizualnie i bogaty w znaczenia. W „Płaczkach” Marta Kosieradzka sięga po figurę zawodowej żałobniczki – kobiety, która za wynagrodzeniem wyraża cierpienie innych. W wielu kulturach płaczki towarzyszyły zmarłym w ostatniej drodze, lamentując, zawodząc i przejmując na siebie emocje rodziny. Była to funkcja powierzana wyłącznie kobietom, stojącym na granicy dwóch światów: życia i śmierci, prywatnego bólu i publicznego rytuału.

Kosieradzka nie rekonstruuje jednak dawnego obrzędu. Tworzy własną opowieść o żałobie, pamięci i kobiecej wspólnocie, bawiąc się formą i estetyką. Balet splata się tutaj z tańcem współczesnym, modern dance i momentami improwizacji. Ruch raz jest lekki i elegancki, innym razem gwałtowny, szarpany i pozbawiony kontroli. Podobnie dzieje się z samym znaczeniem spektaklu – nieustannie wymyka się ono jednoznacznym interpretacjom.

Przedstawienie otwiera solowy taniec Marty Kosieradzkiej. Widzimy kobietę w czarnej sukni z tiulu i koronki, z charakterystycznym kołnierzem okalającym szyję niczym teatralna kryza. Jej sylwetka wyłania się z półmroku. Obciągnięte stopy, delikatnie prowadzone dłonie i miękkość ruchu przywołują skojarzenia z baletem. Dłonie zdają się rozgarniać ziemię, jakby czegoś szukały pod jej powierzchnią, by po chwili ukryć twarz w geście bólu, zadumy lub bezradności.

Na scenę wchodzą kolejne trzy performerki – Marta Chudzyńska, Juliana Jelińska i Leeloo Morgan. Wszystkie ubrane są w podobnej stylistyce. Kostiumy nie odwołują się do konkretnej epoki. Są formalne, eleganckie, a jednocześnie nieco baśniowe. Mogłyby równie dobrze należeć do arystokratek sprzed stuleci, jak i do bohaterek mrocznej opowieści. Razem tworzą niezwykle sugestywny obraz. Nie są indywidualistkami. Funkcjonują jako wspólnota, organizm złożony z czterech ciał, które oddychają tym samym rytmem. Ich taniec jest płynny, spokojny i pełen skupienia. Przypominają czarne róże rozkwitające w cieniu albo motyle śmierci unoszące się nad niewidzialnym ogrodem pamięci.

Już w pierwszych scenach zachwyca precyzja choreografii. Kosieradzka buduje ruch niczym koronkę – delikatną, misterną, pełną drobnych detali. Każdy gest wydaje się częścią większego wzoru. Nic nie jest przypadkowe.

Nagle jednak atmosfera ulega zmianie. Płaczki zakładają modne okulary przeciwsłoneczne. Rozpoczyna się osobliwy rytuał przygotowań. Poprawiają stroje, przeglądają się, pozują, obserwują siebie nawzajem. Przez chwilę bardziej przypominają modelki przed pokazem niż uczestniczki obrzędu żałobnego. W jednej ze scen dwie kobiety zamknięte zostają we wspólnej spódnicy na stelażu, przywołującej historyczne kreacje europejskich dworów. W pamięci pojawiają się obrazy Marii Antoniny, pokazów haute couture, performansów modowych.

To jeden z najciekawszych momentów spektaklu. Kosieradzka zdaje się pytać, gdzie przebiega granica między autentycznym przeżywaniem a jego przedstawianiem. Płaczki przecież wykonują zawód. Ich zadaniem jest publiczne okazywanie emocji, które należą do kogoś innego. Czy z czasem można jeszcze odróżnić prawdziwe uczucie od perfekcyjnie wyćwiczonej ekspresji?

Jeszcze bardziej niepokojąca staje się scena rozgrywająca się w mroczniejszym świetle. Tancerki schodzą do parteru. Towarzyszą im szepty: „Jakieś dźwięki zaplątane w pamięć”, „Ptasie pióra zbieram do odlotu”, „Gdyby tak przedziurawić łódź Charona”, „Po tamtej stronie jest noc bez słów”. Każda z kobiet trzyma lusterko skierowane ku widowni.

To jeden z tych teatralnych obrazów, które pozostają pod powiekami długo po wyjściu z sali. Można odnieść wrażenie, że płaczki próbują schwytać w odbiciach głosy zmarłych. Jakby ich zadanie nie polegało jedynie na odgrywaniu żałoby, ale także na utrzymywaniu kontaktu z tymi, którzy odeszli. W tej scenie pojawia się subtelna groza. Nie krzykliwa i nie dosłowna. Raczej taka, która rodzi się z poczucia, że obok naszego świata istnieje jeszcze inny, ukryty tuż za cienką zasłoną.

Przez cały spektakl płaczki zdają się balansować na granicy obu rzeczywistości. Niczym czarownice wykonują dłońmi gesty zaklinania. Ich twarze przybierają maski smutku, egzaltacji i ekstazy. Czasami zastygają w zbiorowych pozach przypominających cmentarne pomniki. Są piękne, ale jednocześnie niepokojąco sztuczne. Jakby przez lata doskonale nauczyły się imitować kontakt z tajemnicą śmierci.

Kulminacja następuje w finale.

W niebieskim świetle przypominającym chłód krypty kobiety leżą nieruchomo na podłodze. Rozlega się kobiecy płacz – prawdziwy, bolesny, pozbawiony teatralnej dekoracyjności. Po raz pierwszy przez perfekcyjnie skomponowaną formę przebija autentyczna rozpacz.

Zmienia się także ruch. Znika wcześniejsza elegancja. Ciała podnoszą się i upadają. Gesty stają się mechaniczne, nieporadne. Płaczki przypominają marionetki, którym ktoś odebrał możliwość samodzielnego poruszania się. W tle rozbrzmiewa elektroniczna „Lacrimosa”, później chorały gregoriańskie, dzwon kościelny. Taniec przypomina nocną zabawę. Powracają także te same szepty.

Leżą na ziemi jak porzucone lalki. Jak manekiny po zakończonym przedstawieniu. A może jak istoty, które za długo zaglądały za drugą stronę lustra.

Towarzyszący tej scenie prześmiewczy śmiech można odczytać na wiele sposobów. Dla mnie brzmiał jak szyderstwo skierowane w stronę całej tej misternej maskarady. Jak głos sił, z którymi Płaczki igrały przez cały spektakl. Być może przez lata odgrywały emocje innych tak przekonująco, że same uwierzyły w swoją władzę nad śmiercią i pamięcią. A może za często zaglądały do świata umarłych, aż ten w końcu upomniał się o swoje prawa.

W finale nie pozostaje już nic z dostojnych kobiet z początku przedstawienia. Pokaz mody dobiegł końca. Maski opadły. Pozostaje bezradność wobec utraty, której nie można zatańczyć ani wyreżyserować.

„Płaczki” są spektaklem zachwycającym pod względem choreograficznym i wizualnym. Marta Kosieradzka stworzyła świat zawieszony pomiędzy rytuałem a teatrem, pomiędzy lamentem a performansem, pomiędzy prawdą a jej przedstawieniem. To taniec utkany z żałobnej koronki – piękny, misterny i hipnotyzujący. A jednocześnie podszyty pytaniem, które pozostaje z widzem jeszcze długo po wyjściu z teatru: czy cudzy ból można odgrywać tak długo, że w końcu staje się własnym?

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także