Spośród bohaterów, o których pisałem, Gałczyński jest postacią najbardziej tragiczną. Wielki talent łączył się u niego z wpływem historii i ludzkimi słabościami. Oprócz pięknej poezji wypisywał też głupoty – powiedział PAP Mariusz Urbanek, autor książki „Gałczyński. Kanarek w klatce”.
Polska Agencja Prasowa: Pisałeś o wielu postaciach z kultury polskiej, które zmagały się z XX wiekiem. Mam wrażenie, że Gałczyński chyba najbardziej z nich wszystkich poległ w tej walce - genialny poeta okazuje się konformistą. Zgadzasz się z tym?
Mariusz Urbanek: Nie. Podjąłbym się obrony Gałczyńskiego. Wszyscy moi bohaterowie żyli w XX wieku, w czasie dwóch największych wojen w dziejach ludzkości, i borykali się z największymi totalitaryzmami, jakie trafiły się w historii świata, niemieckim nazizmem i stalinizmem. I wszyscy jakąś ścieżką w tamtej rzeczywistości musieli pójść, dokonać wyborów, próbować jakoś żyć. A nie każdy człowiek to materiał na bohatera. Ale nie wydaje mi się, żeby Gałczyński był ze wszystkich największym oportunistą. Był za to chyba jedną z najbardziej tragicznych postaci wśród moich bohaterów. Poetą, takim trochę z XIX-wiecznych wyobrażeń, który nic innego w życiu nie potrafił. Każdy z pozostałych moich bohaterów miał jeszcze jakiś zawód w ręku. Jak Brzechwa, który był prawnikiem, czy Tuwim zarabiający naprawdę duże pieniądze na pisaniu tekstów do kabaretów. Gałczyński był człowiekiem słabym, dodatkowo uzależnionym, a bardzo kochał Natalię, swoją żonę, i chciał dać uwielbianej kobiecie życie, na które jego zdaniem zasługiwała. A potrafił tylko pisać wiersze. Przez trzy miesiące był urzędnikiem w jakimś towarzystwie emigracyjnym, przez kolejne trzy w magistracie, przez dwa lata pracował w konsulacie w Niemczech, gdzie nic nie robił. Mógł żyć wyłącznie z pisania. I właśnie po to, żeby mieć pieniądze i móc opiekować się żoną, a potem też córką, przed wojną i po niej prócz przepięknej poezji wypisywał głupoty.
PAP: Wprost nie do wiary, że autor „Zaczarowanej dorożki” był też autorem listu „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”.
M.U.: Przez wiele lat niewiele się o tym mówiło. Niestety za sprawą córki poety. 20 lat temu opublikowałem w „Polityce” tekst o relacjach między Tuwimem a Gałczyńskim, w którym napisałem o liście „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”, publicystycznym tekście z maja 1936 roku. Miałem po tym artykule awanturę ze strony Kiry Gałczyńskiej, która miała pretensje o „ujawnienie” listu, choć już wtedy naprawdę nietrudno było go w internecie znaleźć. Gałczyński odcina się w nim od środowiska Skamandrytów, oskarżając, że jako Żydzi i „sutenerzy poezji wstrzymali na długie lata rozkrzew liryki krajowej, że zepchnęli ją, Euterpe, w cień swej synagogi, że zaplugawili ją fetorem swych lichych duszyczek i niepokojem swych małpich łapek”. To był jeden z tekstów dowodzących, mówiąc oględnie, przeczulenia Gałczyńskiego wobec Żydów, towarzyskiego przede wszystkim antysemityzmu, który narastał w nim po odrzuceniu przez środowisko „Wiadomości Literackich”. Córka miała świadomość, że to plama na pamięci o ojcu, więc próbowała list ukryć.
PAP: Jak to możliwe?
M.U.: Nie było listu w kanonicznym do dzisiaj wydaniu dzieł Gałczyńskiego, czyli pięciotomowej edycji Czytelnika z 1979 roku pod redakcją Kiry Gałczyńskiej, publikowanym z nieskrywaną sugestią, że to dzieła wszystkie. Następne wydanie, zapoczątkowane przez Prószyńskiego już w XXI wieku, nie zostało ukończone. Planowane było chyba na dziewięć albo dziesięć tomów, wyszło pięć. Być może w którymś kolejnym list by się znalazł, ale w tych, które się ukazały – nie ma go. A Kira Gałczyńska najwyraźniej uznała, że listu „Do przyjaciół »Prosto z mostu«” w biografii ojca nie powinno być w ogóle. Po moim tekście zadzwoniła do mnie, nakrzyczała na mnie i spuentowała całą sprawę jednym zdaniem: „Upewniam pana, że gdyby ojciec wiedział, co się z Żydami stanie w czasie II wojny światowej, to nigdy by tego listu nie napisał”.
PAP: Pewnie by nie napisał. Ale to nie jest jedyny antysemicki tekst Gałczyńskiego. Jest jeszcze na przykład wiersz „Polska wybuchła w 1937 roku”, gdzie Gałczyński pisze: „Na tych, co biorą wody w usta,/ na czytelników wuja Prousta,/ na skamandrytów, na hipokrytów,/ kalamburzystów rozmaitych/ ześlij, zepchnij, Aniele Boży,/ Noc Długich Noży”.
M.U.: To tekst z dzisiejszego punktu widzenia niewyobrażalny. Gałczyński grozi środowisku „Wiadomości Literackich”, a wprost Tuwimowi i Słonimskiemu, tym, co stało się w Niemczech trzy lata wcześniej, kiedy Hitler wyrżnął swoją opozycję w partii. Napisanie czegoś takiego to nie były „tylko” antysemickie wyzwiska, oczywiście obrzydliwe, ale w tamtych czasach obecne w publicystyce. To była po prostu groźba morderstwa.
PAP: Jak to się stało, że Gałczyński wyhodował w sobie tak wielką niechęć do Żydów i środowiska „Wiadomości Literackich”?
M.U.: On wtedy śpiewał w chórze faszyzującego „Prosto z mostu”, gdzie dostał to, czego nie doczekał się od środowiska „Wiadomości Literackich” – uznanie i możliwość zarobku. W „Prosto z mostu” drukowano jego wiersze, satyry, felietony, nawet niezrealizowany scenariusz filmowy o świętym Andrzeju Boboli – „Chrystusowy atleta”. Dostał nawet od „Prostu z mostu” nagrodę za najlepszą książkę, zresztą jedyną nagrodę w życiu. Redaktor tygodnika Stanisław Piasecki wydał mu też pierwszą w życiu książkę; nie jakiś arkusz poetycki wydrukowany za własne pieniądze, ale prawdziwy tom wierszy zebranych...
PAP: Dlaczego „Wiadomości Literackie” odrzuciły poetę, który tak doskonale wpisywał się w tradycje skamandryckie jak Gałczyński?
M.U.: Skamandryci wbrew pozorom doskonale zdawali sobie sprawę, że mają do czynienia z poetą wybitnym i poezją czystej wody. I może tutaj właśnie należy szukać przyczyny. Przyjaciel Gałczyńskiego, Jerzy Waldorff, twierdził, że stał za tym Antoni Słonimski i był to akt pewnego rodzaju cenzury prewencyjnej wobec tak świetnie zapowiadającej się konkurencji. To on miał postawić redaktorowi „Wiadomości Literackich” Mieczysławowi Grydzewskiemu ultimatum: albo Gałczyński, albo on, bez wątpienia, jeden z filarów pisma. No i odepchnięty Gałczyński trafił do „Prosto z mostu”, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami – Piasecki też wiedział, że trafia na diament – i to tam opublikował te niemieszczące się w głowie teksty. Trzeba jednak dostrzec, że antysemityzm Gałczyńskiego był raczej towarzyski niż rasistowski... Ale nie wolno tych tekstów przemilczać, zwłaszcza biografowi. Taka jest prawda o poecie...
PAP: Czego jeszcze nie wiedzieliśmy o Gałczyńskim?
M.U.: Cały rozdział w książce poświęcony jest młodzieńczej miłości Gałczyńskiego do kuzynki ze strony matki, Jadwisi Łopuszyńskiej; to po raz pierwszy opisana historia. Spotkali się, gdy Konstanty miał zaledwie 15 lat, ich miłość trwała kolejnych pięć. Jadwisia została opisana jako Alraune, była bohaterką wielu wierszy Gałczyńskiego. On nalegał na zaręczyny i ślub, ale ostatecznie Jadwisia, prawdopodobnie zmuszona przez matki obojga zakochanych, zerwała z nim. To historia, którą mogłem opisać dzięki Jagience i Wojciechowi Kassom, kierującym muzeum poety w Praniu. Kostek i Jadwisia pisywali przez pięć lat do siebie listy – zachowały się te Gałczyńskiego – i ktoś z rodziny postanowił sprzedać je muzeum. Ale też tkwi w tej opowieści tajemnica – listy znamy tylko dzięki skanom. Przesyłka z oryginałami przechowywanymi przez lata w rodzinie Jadwisi zaginęła w drodze z Ameryki do muzeum w Praniu. Wierzę jednak, że oryginały też się jeszcze odnajdą.
PAP: Nie wiedzieliśmy też zbyt wiele o nieślubnym synu Gałczyńskiego, który był owocem związku z Lucyną Wolanowską, w czasie wojny więźniarką obozu w Ravensbrück, z którą poznali się w obozie przejściowym w Niemczech w 1945 r.
M.U.: O synu wiedzieliśmy od 1990 roku, kiedy niespodziewanie pojawił się w Polsce. Ale od Kiry Gałczyńskiej usłyszeliśmy jedynie, że to owoc romansu ojca bez większych konsekwencji. Tymczasem prawda była inna, Konstanty junior nie był synem nieślubnym, wręcz przeciwnie. Gałczyński ożenił się z Wolanowską w obozie w Höxter. Lucyna po latach, już w Australii, gdzie wyemigrowała z dzieckiem, chcąc ponownie wyjść za mąż, musiała przed sądem w Melbourne przeprowadzić procedurę unieważnienia tamtego małżeństwa. Jednym słowem – Gałczyński był bigamistą, bo przecież w Polsce ciągle czekały na niego Natalia i Kira.
PAP: Po wyjściu z oflagu Gałczyński dał sobie rok na miłości i podróże po Europie. Zastanawiał się wtedy, czy wrócić do Polski. Wolanowska nie była jedyna...
M.U.: W tym samym czasie w Grenoble zakochał się w Neli Micińskiej i proponował jej małżeństwo, a jednocześnie był w związku z Marią Stobecką, zwaną Marutą. To właśnie Maruta wróciła z poetą po wojnie do Polski i wiosną 1946 roku stanęła razem z nim na progu krakowskiego mieszkania Natalii i Kiry. Jak wyobrażał sobie w takiej sytuacji przyszłość Gałczyński? Nie wiem i trudno mi to sobie wyobrazić, choć czasem twierdził, że jako poeta ma przyzwolenie od Pana Boga, żeby mieć kilka żon. Ale ostatecznie Natalia wygrała, a potem przebaczyła mężowi. Maruta musiała odejść i stała się pierwowzorem Hermenegildy Kociubińskiej, nawiedzonej i nie najmądrzejszej poetki, jednej z głównych bohaterek Teatrzyku Zielona Gęś, fantastycznie odgrywanej przez Irenę Kwiatkowską.
PAP: Natalia okazała się jednak najważniejsza...
M.U.: Myślę, że naprawdę była najważniejsza, ale też jedyna, która potrafiła się Gałczyńskim zaopiekować. Była kobietą, której potrzebował: muzą, żoną, kochanką i… właśnie opiekunką. On był chory, to już dziś nie ulega wątpliwości. Nie tylko na chorobę alkoholową, ta była konsekwencją. Rozmawiałem z dwoma psychiatrami, pokazywałem im wszystko, co wiemy o Gałczyńskim. Zdiagnozowali po latach – oczywiście zastrzegając, że to bez kontaktu z pacjentem – chorobę afektywną dwubiegunową z charakterystyczną sinusoidą: podziałem na czas, kiedy wszystko wydaje się możliwe, i mroczne okresy depresji. To miotanie się między euforią a totalną zapaścią, życie między niebem a piekłem. To tłumaczy legendarne alkoholowe ekscesy poety. Szukał lekarstwa, a alkohol doraźnie łagodził lęki, godził ze światem, dawał zapomnienie. A Natalia nadawała jego życiu kształt, zapewniała stałość, spokój i akceptację. To ona także walczyła ze wszystkimi, którzy podsuwali poecie alkohol. Swoją drogą, Gałczyński przez znakomitą większość czasu nie tykał alkoholu; gdyby naprawdę pił tak, jak głoszą legendy, niewiele udałoby mu się napisać. A zostawił nam bardzo wiele.
PAP: Po wojnie Gałczyński równie dobrze jak w prawicowym „Prosto z mostu” znalazł się w lewicowym „Przekroju” - opiewał Lenina, opłakiwał Stalina...
M.U.: Wielu pisało takie utwory, Gałczyński nie był wyjątkiem. Mogę tylko próbować zrozumieć dlaczego. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć jednego. Napisał wspaniały poemat o Wicie Stwoszu, który następnie zniszczył, dodając okropny rozdział pisany ewidentnie pod dyktando polityczne. Czytając ten poemat, widzi się artystę, który tworzy swoje opus magnum z jedną myślą: oto powstaje coś, dzięki czemu przejdzie do historii, zostanie zapamiętany. Sądzę, że taka myśl towarzyszyła Gałczyńskiemu, gdy sam tworzył. Ale nagle trafiamy na jakiś bzdurny pean do socjalizmu, ewidentnie dopisany, wtedy ręce opadają. I chyba jest to nieodwracalne – jeżeli Kira Gałczyńska zdecydowała, że ten dopisany na życzenie wydawcy fragment zostaje, jeśli nie walczyła, żeby poemat publikować w pierwotnej wersji, no to już nikt inny nie ma prawa do tego, tak zostanie. Poemat o Wicie Stwoszu będzie świadectwem tego, jak wielki talent od Boga miesza się z wpływem historii i ludzkimi słabościami.