„Noc śpiewa swoje pieśni” Jona Fossego w reż. Łukasza Lewandowskiego w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Pisze Eryk Maciejowski w „Dwutygodniku”.
Nobel nobilituje, a Nobel dla pisarza parającego się także dramatami powinien zapewnić zwiększone zainteresowanie teatrów. Na pewno? Niekoniecznie. Jon Fosse wprawdzie napisał blisko trzydzieści dramatów i są to teksty znane na polskich scenach – na ich podstawie powstało kilkanaście spektakli – ale od 2023 roku, w którym Szwedzka Akademia zwróciła na autora uwagę świata, powstały bodaj tylko dwa przedstawienia na ich podstawie. W 2024 roku katowicki Teatr Bez Sceny wystawił „Silny wiatr” w reżyserii Andrzeja Dopierały, a teraz lubelski Teatr im. Juliusza Osterwy zaprosił Łukasza Lewandowskiego do wyreżyserowania „Noc śpiewa swoją pieśń”. Jeden spektakl na rok, w dodatku poza głównymi ośrodkami teatralnymi kraju, to raczej mało, chociaż lubelska premiera jest niemałego kalibru. Nie bez znaczenia jest też fakt, że przedsięwzięciu patronuje ambasada Norwegii.
Kto czytał Fossego, tego pewnie nie dziwi, że teatry nie zabijają się o noblistę. Jego twórczość nie należy do najłatwiejszych, a do tego jest ostentacyjnie wręcz nieefektowna i oderwana od kontekstów rozpalających kulturalne kręgi. Norwega interesuje to, co w życiu zwyczajne i przemilczane, a jego ascetyczne teksty lokują się w rejonach, które można umownie opisać jako przecięcie Ibsena z Beckettem. Nie są to rzeczy dla każdego i nie należą do najprostszych, ale istnieje typ widza i czytelnika, dla którego takie rzeczy (trzy razy „wy”: wyciszone, wyrafinowane, wymagające) są atrakcyjne. W przebodźcowanej, rozwrzeszczanej rzeczywistości mogą dostarczać ukojenia, a może nawet – uwaga, zdewaluowane określenie – głęboko metafizycznych doznań. Kto takich rzeczy szuka, ten na pewno zainteresuje się lubelską inscenizacją. Tak naprawdę sam fakt, że można teksty Fossego (czyli właściwie co?) usłyszeć i zobaczyć na scenie, jest wystarczający, żeby pojechać do Lublina.
„Noc śpiewa swoje pieśni” (w innym tłumaczeniu: „Noc śpiewa piosenki”) to typowy Fosse. Mamy tu więc pozbawioną niepotrzebnych detali i rozpisaną na pięciu bohaterów historię o jednym dniu z życia małżeństwa pogrążonego w kryzysie. Oto oni: mąż i żona z bardzo małym dzieckiem, zapewne ze średnich rejonów klasy średniej. Do bólu przeciętni i normalni. Mężczyzna (Daniel Salman) nie pracuje. Nie wychodzi z domu. Przez większość czasu leży na kanapie. Pod nieobecność żony zajmuje się dzieckiem, a poza tym mnóstwo czyta i pisze, chociaż wydawnictwa odrzucają jego próby literackie. Kobieta (Marta Ledwoń) utrzymuje cały ten kram, ale dusi się i usycha w towarzystwie mrukliwego, zamkniętego w sobie męża zżeranego przez toksyczny miks rozczarowania i ambicji. Ich kryzys jest tak głęboki, że energia wyparowała nawet ze zrytualizowanych kłótni i powtarzanych w kółko wyrzutów. Nie ma wątpliwości, że to wszystko musi w końcu wybuchnąć (i wybucha), ale nic w tej historii nie jest jednoznaczne czy łatwe do oceny. Rzecz może się kojarzyć z twórczością Ingmara Bergmana i pewnie słusznie, bo między nim a Fossem łatwo wyczuć głębokie duchowe pokrewieństwo. Tylko jak takie trudne i wymagające studium rozpadu małżeństwa i relacji międzyludzkich ugryźć?
Sztuka jest kameralna, więc i spektakl powinien taki być; tu jednak pojawia się problem techniczny. Na dużej pudełkowej scenie wytwarzałby się zbyt wielki dystans między aktorami a publiką. Mała scena? Lepsza – ale ta w Teatrze im. Osterwy jest klaustrofobicznie ciasna i ma niewielką widownię; raczej za mało w stosunku do zrozumiałego zainteresowania wynikającego z powodów nakreślonych trzy akapity wyżej. Skoro więc Mahomet nie może przyjść do góry, to góra musi przyjść do Mahometa, dlatego zdecydowano się zbudować tymczasową widownię na dużej scenie. To świetny pomysł i dobrze działa. Usadzeni w bodaj siedmiu rzędach, widzowie mają bliski kontakt z aktorami i scenografią, a wysoka i szeroka ściana z tyłu pozwala na swobodne operowanie multimediami. Przy okazji wytwarza się też odpowiednia przestrzeń, dobitnie podkreślająca osamotnienie i egzystencjalną izolację bohaterów.
Efekt ten potęguje oszczędna scenografia autorstwa Katarzyny Stochalskiej. W centrum widzimy łóżko obudowane żelaznymi prętami sugerującymi zarysy ścian, drzwi, okien. Niby to małżeńska sypialnia, ale bardziej jednak symboliczna klatka. Biel strojów i pościeli kontrastuje z otaczającą ciemnością. Muzyki prawie nie ma. Świateł jest tyle, żeby było coś widać; skupiają całą uwagę na bohaterach. Wizualizacje, gdy już się pojawiają, są czarno-białe i przedstawiają tylko Ledwoń, Salmana albo oboje naraz, co ilustruje wyidealizowane marzenia bohaterów o sobie nawzajem. To są wszystko proste chwyty, ale skuteczne. Pasują do tekstu okrojonego z wszelkich szczegółów, włącznie z imionami głównych bohaterów. Jeden Baste (Krzysztof Olchawa) ma imię, ale tylko dlatego, że pojawia się ono w dialogu.
Na poziomie plastycznym jest to wszystko spójne, chociaż dość oczywiste – obraz podąża po prostu za książką, która w czasie lektury generuje podobne, stereotypowo skandynawskie obrazy – ale to tylko powierzchnia. Pod spodem jest tekst, który ma w sobie ogromną przestrzeń do wypełnienia tym, czego nie da się powiedzieć. W sferze słów bardzo niewiele się w nim dzieje; bohaterowie meandrują wokół sensów, powtarzają utarte frazesy, posługują się niedopowiedzeniami, nie mówią, co myślą, albo mówią coś całkiem innego. To, czego nie słychać, jest równie ważne jak to, co faktycznie wypowiedziane. Uzupełnienie pustych miejsc za pomocą gry aktorskiej jest zadaniem zarówno reżysera wyznaczającego ogólny kierunek interpretacji, jak i samych aktorów, którzy muszą jakoś zbudować swoich bohaterów. I tu zaczynają się problemy.
Pomysł na spektakl wydaje się jasny i przejrzysty jak norweski lodowiec: przenosimy tekst na scenę takim, jaki jest, i staramy się nie narzucać widzowi konkretnych interpretacji. Sam niech sobie interpretuje, bo ma co, głupi nie jest, na pewno sobie poradzi. A jednak, pomimo wyraźnej staranności, jaką włożono w przygotowanie spektaklu, „Noc śpiewa swoje pieśni” jest dziwnie nierówna, nie zawsze przekonująca, a miejscami po prostu nudnawa, chociaż krótka (godzina z kwadransem). Coś tu nie gra.
Dialogi Fossego balansują na cienkiej granicy oddzielającej realizm od abstrakcji. Nie są w pełni naturalne, ale nie są też całkiem sztuczne; operują powtórzeniami, jedne rzeczy wyolbrzymiają, a innych nie komunikują, nakłaniając do wniknięcia pod banalne, powierzchowne sensy. Jak to zagrać? Realistycznie? A może jakoś umownie? Niestety, pomimo szczerych pokładów dobrej woli trudno dopatrzeć się na lubelskiej scenie spójnego pomysłu na to, jak aktorzy mają się za tego biednego Fossego wziąć. Wszyscy grają tak, jak potrafią: jedni lepiej, inni gorzej, raz tak, a raz siak. Matkę (Magdalena Sztejman) i Ojca (Tomasz Bielawiec) narysowano groteskową, nieco kabaretową kreską, wpisującą ich w dobrze znane, ale i tak zabawne stereotypy Groźnej Teściowej i Posłusznego Jej Teścia; zaryzykuję tezę, że to dwie najlepsze role w spektaklu. Baste Krzysztofa Olchawy jest postacią kalejdoskopową, ciągle się zmienia i nic w nim nie jest stałe. Trochę to zakłopotany samiec alfa, a trochę przeegzaltowana pensjonarka, co w sumie jest ciekawym połączeniem. W przypadku dwójki głównych bohaterów granych przez Salmana i Ledwoń postawiono na stopniowe odkrywanie emocji, od sztywności i stonowania na początku do finalnej eksplozji wyrzutów i wątpliwości. Pomysł jest niezły, ale jakby brakuje środków do jego wykonania.
Dialogi czasem wybrzmiewają bardzo naturalnie, a czasem popadają w zupełnie nieprzekonującą sztywność i umowność. Trudno znaleźć do tych zmian klucz i być może po prostu go nie ma. Zmiany strojów (wpierw jasne, nijakie, później wyraziste, jaskrawe – czerwony u Salmana, błękitny u Ledwoń) podpowiadają, że mamy do czynienia z ujawnianiem tego, co skrywane w duszach. To trochę za mało, chociaż wygląda ładnie. Natomiast samotne miotanie się po scenie, co w różnych momentach robią oboje, zapewne ilustruje targające postaciami emocje, ale jest tak sztampowe, że trudno się tym przejąć.
Skutkuje to wszystko łaciatą konstrukcją, w której elementy udane mieszają się z mieliznami. Spektakl na tym sporo traci, bo całe misternie budowane i uwalniane napięcie rozwiewa się jak dym, gdy coś komuś akurat nie wychodzi. Największe mielizny pojawiają się niestety przy finale, gdy aktorzy, mówiąc frazą pustą a okrągłą, nie dają rady udźwignąć emocjonalnego ładunku sceny, w której wszystko wszystkim wali się na głowy. Bohaterowie cierpią, a ja odpływam i myślę o tym, że – tu użyję słów otwierających tekst dramatu – dłużej tego nie wytrzymam, bo przecież będę musiał to wszystko jakoś opisać dla „Dwutygodnika”, a nie wiem jak. Posłużę się więc starym dobrym Grotowskim, bo Grotowski jest dobry na wszystko: oni grają, a ja im nie wierzę. Nie tak powinny wyglądać wstrząsy i wzruszenia w teatrze.
Żeby jednak było jasne: spektakl jest kanciasty, ale nie jest nieudany. Przede wszystkim nie przesłania tekstu i pozwala widzowi go usłyszeć, a to całkiem dużo. Jest dość przyzwoicie zrealizowany, estetyczny i nie za długi. Raczej warto go zobaczyć niż nie (jeszcze raz: noblista, metafizyka, rzadka okazja). Brakuje mu tylko jakiegoś pazura, czegoś takiego, co by przykuwało uwagę i skłaniało do refleksji albo chociaż do zastanowienia się, co tu się właściwie dzieje i dlaczego. Jeśli widz się wzruszy, zaduma albo przeżyje coś głębszego, to przede wszystkim dzięki Fossemu. Teatr jest to tylko niezły. Tylko tyle i aż tyle.