24.05.2021, 08:59 Wersja do druku

Co mnie śmieszy, co mnie mnie

Dyrektorzy teatrów chcą komedii. Słyszałem to od kilku z nich. Napisz komedię, no wiesz, coś dla odreagowania tej cholernej pandemii, coś dla ludzi, żeby się trochę pośmiali, a nie tylko te dramaty i problematy, tragedie ciężkie jak młyński kamień u szyi, z którym nic, tylko rzucić się w otchłań bezsensu. Napisałem kilka komedii, tak mi się wydaje. Przynajmniej śmiałem się, jak pisałem. Momentami. Jednak kiedy zastanawiam się nad tym, o czym miałaby być taka popandemiczna sztuka do śmiechu, to widzę, że życie pisze najlepsze komedie. Tyle rzeczy mnie śmieszy, że aż strach. Spróbuję sobie to wypunktować, a nuż się przyda.

Borys Budka – sam w sobie śmieszny, obdarzony niesamowitą vis comica, a kiedy się odezwie… no to po prostu widać (i słychać), że samorodek komediowy dużej mocy. Zresztą wśród polityków konkurencja w tej dziedzinie silna. Właściwie większość z nich gra tak, że boki zrywać. Zwraca uwagę bogactwo typów i charakterów, od hitlerkowatych prymusików, przez zbzikowanych Jowialskich, zdziwaczałe feminatywne damulki, skrzeczące niczym zardzewiałe furtki indywidua, porażające infantylizmem do tego stopnia, że jedyną reakcją obronną jest śmiech, taki z samych trzewi. Śmiech bez mała womitalny.

Leszek Balcerowicz – przybierający na okładce „Lisłika” pozę Napoleona na Świętej Helenie, a raczej Elbie, bo wciąż wierzy, że wróci na białym koniu i w sto dni zrobi porządek, jak w starych dobrych najntisach, kiedy to mocarną swą pięścią za jednym zamachem zlikwidował całe działy gospodarki popeerelowskiej, wnosząc istotny wkład w rozwój polskiej bidy z nędzą.

Osobną, ważną grupę postaci komedii naszych czasów stanowią pisarze, przepraszam, pisarki i pisarze, a raczej „osoby piszące”, żeby nikogo nie urazić. Tutaj na czoło z ramienia „gazety demokratów” wysuwa się Szczepan Twardoch, pisarz piszący uparcie po polsku, za polskie pieniądze z polskich instytucji zdobywający nowe rynki, a jednocześnie uparcie od polskości się odżegnujący. Ślązak, ale taki wyjątkowo śląski, nie taki sobie zwykły, tylko jeszcze bardziej od tych najbardziej. Jakub Żulczyk też próbuje swych sił w świecie komedii. Kto choć raz wszedł na jego fejsbukowy profil, ten wie, że pisarz ów nie wybacza najdrobniejszego nawet przejawu samodzielnego myślenia, to jest myślenia innego niż jego własne. Osobnik, który pod jakimś postem Żulczyka zdradzi się z tym, natychmiast zostaje ostrzelany przez Żelazną Kopułę bluzgów. Wyjątkową postacią w tej grupie czy podgrupie jest Olga Tokarczuk, o której wszyscy wiedzą, że wielką pisarką jest, ale niewielu potrafi ten dogmat uzasadnić bez obrażania się na tych, co śmią twierdzić, że nie tak wielką albo nawet nie śmią, tylko po prostu grzecznie milczą. „Nasza Olga” jest „naszą Olgą”, a wy to możecie sobie czytać tego waszego faszysto-rasistę Sienkiewicza albo innego antysemitę.

Ach, ale oto otwierają się wrota, za którymi czekają już kolejni kandydaci do komedii polskiej. Nasi celebryci, osoby celebryckie, influenserskie i konstytucji broniące. Może być ona nawet prosto z drukarki w hotelu na Zanzibarze. Gdyby ktoś nie wiedział, jak wyglądają współcześni polscy intelektualiści, niech natychmiast nadrobi te braki i zapozna się z przemyśleniami państwa Majdanów, Kingi Rusin, Mateusza Damięckiego etc. Ja już się zapoznałem i wciąż nie mogę się otrząsnąć. Przy okazji można oko zawiesić na morskiej pianie okolic Malediwów albo na kokosach zwisających wymownie na palmach gdzieś u wybrzeży Afryki Wschodniej. Intelektualiści nasi ciężko pracują, a zatem muszą równie intensywnie wypoczywać, co nie przeszkadza im narzekać na pożałowania godny los artystów i stan polskiej praworządności.

Mógłbym rzecz jasna jeszcze długo wymieniać kolejne postaci, które obsadziłbym w mojej komedii, ale już po tym pobieżnym przeglądzie wiem, że nie dam rady jej napisać. Poddaję się wobec ogromu wyzwania nie na moją biedną głowę. Jestem przekonany, że z tego odpowiedzialnego zadania o niebo lepiej wywiążą się luminarze naszego teatru, a dramaturgii w szczególności. A tak na marginesie, to komedię o dyrektorach teatrów najbardziej chciałbym obejrzeć. Ale wiecie, takich dyrektorach, co są dyrektorami z zawodu, prawie że od urodzenia i prawie do śmierci. Takich dyrektorach, którzy niczego poza byciem dyrektorami i dyrektorowaniem w swym dyrektorstwie nie umieją, bo nie muszą umieć, bo zawsze będą znowu dyrektorami. O, to byłaby naprawdę niezła komedia, ale Bareja już dawno nie żyje, a chyba tylko on wiedziałby, jak się za temat zabrać.

Tak więc czekam na lepszych, zdolniejszych ode mnie, którzy napiszą „jak jest”. Czy skorzystają z moich skromnych podpowiedzi? Nie jestem ja tak naiwny, żeby ich o to podejrzewać. Oni mają swoje tematy do swojego śmiechu. Poza tym w polskim teatrze nie jest ważne, jak się pisze, tylko kto pisze. Podsuwam jednak – za darmo! – pomysł, jak wywiązać się z tego zadania stosunkowo niewielkim nakładem pracy. Znacie Norymbergę Wojciecha Tomczyka? No, to skoro znacie, to jedynie pod postać złowrogiego esbeka podstawcie złowrogiego pisowca (wybierzcie sobie, jest ich bez liku), a dziennikarką niech będzie Eliza Michalik. I zakończenie trzeba przerobić. Esbek wprawdzie wykiwał wszystkich, ale tu sznur musi zatrzeszczeć pod ciężarem funkcjonariusza reżimu. Niech się ludziska nacieszą.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne