„Death with me” wg scen. i w reż. Karoliny Czarneckiej w wykonaniu grupy brutto (Podlaskie Stowarzyszenie Tańca) w ramach programu OFF Polska. Pisze Barbara Michalczyk.
Memento mori. Wszyscy umrzemy. Więc czemu nie zrobić z tego małego show, jeszcze ten jeden, ostatni raz? Zespół Death with me poleca się nie tylko na pogrzeby, ale także chrzciny, śluby i inne okazje rodzinne, aby wspólnie celebrować świadomość skończoności doczesnego życia.
Oto przed nami trzy żałobnice, w białych ekscentrycznie przystrzyżonych perukach, czarnych kostiumach oraz opaskach uciskowych na twarzach. Z pozoru identycznie ubrane, dopiero przy uważniejszym spojrzeniu zaczynają się od siebie różnić – głębszym dekoltem, fakturą kostiumu czy jakimś większym jego rozdarciem. Wszystkie te stroje są niedopasowane, poprzeszywane i ewidentnie za duże – poza spódnicami, performerki mają na sobie marynarki, stworzone na bazie męskich, wywróconych na lewą stronę albo pozbawionych oryginalnych rękawów. Kostiumy wyglądają na nadgryzione zębem czasu, jakby one także przemijały – daleko im do eleganckich garsonek, które artystki mają na zdjęciach i plakatach promujących spektakl. Dodatkowo rozdarcia, które powstają w trakcie performansu przywodzą na myśl żałobne tradycje polegające na niszczeniu ubrań.
Niemalże cały pokaz Death with me toczy się przy jasno zapalonych światłach. Być może ma to związek z dostępnością – pomimo tego, że odbywa się właściwie bez słów, to w wydarzeniu uczestniczy tłumaczka polskiego języka migowego, która oddaje szeroki wachlarz dźwięków, które towarzyszą choreografii.
Cały spektakl został zakodowany w serii powtórzeń, które performerki wykonują na naszych oczach przez niemal godzinę. Głównym elementem, od którego performans się zaczyna, jest coś na kształt wspólnego pochodu – te pierwsze kroki, które wykonują performerki, wyglądają, jakby właśnie ruszyły za trumną. Powoli, z namysłem i splecionymi dłońmi idą rzędem dookoła sali. Mamy okazję się im dobrze przyjrzeć, a także nadać ich ruchom znaczenie, przełożyć je na język żałoby, którą albo już przeżyliśmy, albo dopiero przeżyjemy. Przypomniałam sobie samą siebie w podobnych sytuacjach.
Tym, co rozrywa tę typową tkankę dramatyczną, osnutą wokół przeżycia żałoby i zestawu konwencjonalnych gestów i ruchów, są wstawki komediowe. Dynamikę spektaklu wyznaczają konkretne interwały czasowe, sygnalizowane dżinglami, po których artystki muszą znaleźć się w określonym miejscu i pozycji. Więc pewne zaskoczenie i pośpiech wydają się być ogrywane, kiedy artystki biegną do mikrofonów, aby zaprezentować się jako funeralno-żałobny girlsband. Podczas tej sceny artystki stają przed mikrofonami, najprawdopodobniej robiąc lipsync do słów narratora z offu.
Najprawdopodobniej, ponieważ nie mogę powiedzieć, abym dobrze widziała tę sytuację, co niestety wynikało z nieprzemyślenia warunków przestrzeni, w której w Warszawie prezentowano ten spektakl. W sali wynajętej/udostępnionej przez Ośrodek Kultury Ochoty na środku znajduje się betonowy filar, który rozbijał przestrzeń i utrudniał zobaczenie wszystkiego – co, jak dowodzą zdjęcia, nie miało miejsca podczas pozostałych przebiegów. Pomimo powtarzalności sekwencji, widoczność była znacznie ograniczona i tylko z jednej strony widowni pełna – co było szczególnie drażniące w popisowym numerze prezentowania reklamy występów zespołu Death with me. Rozwiązaniem tego mogłoby być występowanie za każdym razem w inną stronę, szczególnie, że scena została powtórzona co najmniej trzy razy.
Więc mamy tę śmierć – ale nie zawsze zupełnie na serio. Czasami są to sekwencje, w których ciała performerek opadają z sił. Pochód rozpada się, druga performerka obsuwa się na pierwszą i kurczowo się jej trzyma, a trzecia pada na drugą i również próbuje nie wypuścić jej z rąk. Ich ciała pozostają przy tym zupełnie bezwładne, więc wysiłek wkładany w obejście przestrzeni gry, który wkłada pierwsza z performujących osób jest rzeczywisty. Za każdym razem także efektem były coraz mocniej porwane ubrania oraz porzucone elementy garderoby – jak buty czy peruki. Ta scena chyba najmocniej przywodziła na myśl ciężar, jaki spada na ludzi doświadczających żałoby, ale także tych, którzy są blisko osób w czynnej żałobie. Jakby twórczynie próbowały nam powiedzieć, że zawsze jest ktoś, na kogo spada odpowiedzialność za innych, kto mimo wszystko decyduje się zachować pozory normalności, biorąc na siebie dosłowny w tym wypadku ciężar cudzego cierpienia. Performerki wczepiają się w siebie nawzajem, drą przy tym kostiumy, w niektórych sekwencjach wlokąc się na brzuchu za wiodącą pochód, trzymając ją za kostkę lub rąbek spódnicy. Nic dziwnego, że prędzej czy później ostatnia z nich odpada i pozostaje z tyłu. Nie wszystkich można uratować.
Powracającym motywem jest także piosenka, która znalazła się w trailerze do spektaklu. Usłyszeliśmy ją zarówno jako skandowany czterowiersz, ale także w wersji elektroniczno-zremiksowanej. To właściwie jedyne słowa wypowiadane przez performerki, które to wchodzą w bezpośrednie interakcje z publicznością jedynie za pośrednictwem gestów. W większości przypadków artystki wypowiadają je jak mantrę, powoli, mechanicznie i bez głębszej interpretacji. Trochę, jakby zawodziły lub chciały nas wprowadzić nimi w trans.
Ale właśnie: interakcje z widzami. Nie da się ukryć, że potencjał powtarzania w kółko tej samej sekwencji ruchów, na pewnym etapie po prostu się wyczerpuje i konieczne staje się poszukiwanie sposobów na utrzymanie uwagi widowni. W tym wypadku twórczyni scenariusza (Karolina Czarnecka) oraz choreografka (Dorota Baranowska) – obie przy tym obecne na scenie – postawiły na włączenie w działania widzów. Wywołało to oczywiście dwa rodzaje reakcji, natychmiast ożywiające widownię. Z jednej strony zintensyfikowaną obserwację sufitu/ścian/czegokolwiek innego, byle nie złapać wzroku którejkolwiek z performerek, próbujących zachęcić losowe osoby do włączenia się do działania. Z drugiej strony, na widowni zasiadały także osoby, które naprawdę chciały spróbować swoich sił w kolejnych scenach, włączające się w żałobny pochód lub taniec wokół tematu śmierci. Nie zawsze niestety miało to swój najszczęśliwszy finał, ponieważ z mojej perspektywy, osoby, które decydowały się wejść w performans, wciąż pozostawały na jego obrzeżu i nie były do końca otoczone opieką przez performerki. Pomimo powtarzających się elementów, każda sekwencja miała swoje małe wariacje i odstępstwa, co powodowało, że widz lub widzka nie do końca wiedzieli, co mają robić. Dodatkowo, choć zostali wciągnięci do udziału, nikt nie proponował im równie łatwego powrotu na swoje miejsce, stąd ucieczki wykonywane chyłkiem, kiedy któraś z performerek obracała się plecami. O tym, że można by tę kwestię lepiej dopracować, świadczy fakt, że w ten sam sposób ze sceny uciekają także osoby zaangażowane w produkcję performansu. Wydaje mi się, że ta interakcja zadziałałaby lepiej, gdyby zapraszać widzki i widzów do scen, które już kilkukrotnie widzieli i widziały, w których nie byłoby zmiennych. Warto także byłoby rozważyć, w jaki sposób widzowie mogliby ten performans opuszczać, aby uniknąć obecnych w nim niezręczności.
Rozumiem, że twórczyniom zależało na tym, aby odtworzyć danse macabre – porywający wszystkich niezależnie od wieku, wykształcenia, płci, pochodzenia czy narodowości. Niemożliwy do zatrzymania i zupełnie totalny. Taniec ku śmierci. Taniec, który właśnie przez to jest życiem. I w idealnym świecie, prawdopodobnie porwałyby w ten sposób do tańca całą widownię – czego, mówiąc szczerze, spodziewałam się po zobaczeniu pierwszej sekwencji. W finale performerki tańczą jednak same, a my patrzymy na popis sprawności ich ciał, którego najprawdopodobniej nikt na widowni nie byłby w stanie z marszu powtórzyć. I czuć w tym pewną zmarnowaną szansę na finalny akt, który mógłby nas wszystkich połączyć, zmusić do przeżycia czegoś razem – w miejsce indywidualnych refleksji snutych na podobne tematy. Niestety, na końcu i tak wszyscy umrzemy sami.
Tym, co zostało ze mną na dłużej, była wspomniana już piosenka – Jedna chwila. Współczesny remiks bycia ku śmierci, dostępny na Spotify i innych platformach z muzyką.
Czy to dobrze, czy to źle? Kto to wie? Kto to wie.
***
Death with me
Występują: Dorota Baranowska, Karolina Czarnecka, Paula Czarnecka
Scenariusz, reżyseria: Karolina Czarnecka
Choreografia: Dorota Baranowska
Kostiumy: Maria Duda
Muzyka: Mike Johnson, Karolina Czarnecka
Reżyseria światła: Bogusław Kasperuk
Plakat: Małgorzata Pawlak
Fotografie: Dawid Grzelak
Współpraca: Podlaskie Stowarzyszenie Tańca i Centrum Kultury Piaseczno