„Co gryzie Gilberta Grape’a” Petera Hedgesa w reż. Jakuba Zalasy w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Agnieszka Loranc w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 8/10
„Co gryzie Gilberta Grape’a” – najpierw powieść Petera Hedgesa, później nominowana do Oscara filmowa adaptacja Lasse Hallströma, a dziś materiał, który – jak się okazuje – wciąż prowokuje kolejne pokolenia artystów do zadawania pytań i dopisywania własnych komentarzy. Spektakl w reżyserii Jakuba Zalasy, prezentowany w Teatralnym Instytucie Młodych Teatru Ludowego w Krakowie, wyrasta z pierwowzorowych narracji, by stworzyć teatralną opowieść o ciężarze odpowiedzialności, o dorastaniu w pułapce i o śnie, który – no właśnie – spełni się czy nie?
W centrum wydarzeń pozostaje Gilbert Grape – w tej roli debiutujący na scenie Ludowego Marcin Mazurek, który wraz z tym spektaklem zasila szeregi zespołu – uwięziony między opieką nad bratem z niepełnosprawnością (Arnie grany jest przez Kajetana Sługockiego, aktora z niepełnosprawnością, co znacząco podnosi autentyczność relacji scenicznych) a chorą matką (Beata Schimscheiner). Twórcy wprowadzają widzów do świata Grape’ów niczym do kolejnego odcinka telewizyjnego american show: wszystko zanurzone jest w plastikowej, przerysowanej, zbyt gładkiej amerykańskości. To dzięki gęstej sieci kulturowych cytatów, odwołań i klisz, które przenikają wszystkie warstwy przedstawienia – od tekstu, przez scenografię i wizualizacje (Jakub Kotynia), po choreografię (Martyna Dyląg) i kostiumy (Julia Zawadzka). Scena przypomina składowisko ikon popkultury: makieta domu, makieta miasta zaludniona karaluchami pędzącymi ku swojemu „dobru”, sklepowe półki uginające się od plastikowych produktów, trawnik jak z reklamy, sofa wyglądająca jak zgnieciona puszka słodkiego napoju, pojawiający się Elvis Presley. To przestrzeń, w której wszystko jest przetworzone, jakby bohaterowie żyli w świecie po przejściu przez fabrykę konserw. I rzeczywiście – twórcy zanurzają tę historię w czymś, co można nazwać „amerykańskim szlamem”: wszystko tu jest skondensowane jak gazowany napój w hermetycznej puszce, która w końcu musi eksplodować.
Starannie zbudowany, sitcomowy świat zaczyna się kruszyć w drugiej części spektaklu, kiedy amerykański sen bohaterów odsłania swoją duszność. Gilbert powoli zrzuca ironiczną skorupę, bo uświadamia sobie własną niemożność wyrwania się z narzuconych ról – opiekuna, syna, wzorowego pracownika, gwaranta rodzinnej stabilności. Staje się ofiarą systemu, ludzi i własnej lojalności, ale także cudzych pragnień i projekcji. Jedną z nich jest Betty Carver (Katarzyna Tlałka), mężatka cynicznie przyznająca, że wybrała go na obiekt romansu, bo wiedziała, że Gilbert nigdy nie opuści Endory.
W endorskim mikrokosmosie każdy próbuje wspiąć się po drabinie własnych aspiracji – choć dla jednych oznacza to awans, a dla innych powolną katastrofę. Najpełniej widać to w postaci Kena Carvera, granego przez Macieja Namysło. Ken jest ucieleśnieniem amerykańskiej mantry sukcesu. Gdy jego zawodowe osiągnięcia prezentowane są z dumą i samozachwytem, prywatnie wszystko mu się sypie. Namysło świetnie wydobywa tę wewnętrzną pustkę – jego Ken jest głośny, napompowany, wiecznie w trybie autoprezentacji, a jedyną rzeczą naprawdę niewzruszoną pozostaje skrupulatnie ułożona blond fryzura.
Bonnie, matka Gilberta – poruszająco zagrana przez Beatę Schimscheiner – przez większość spektaklu siedzi tyłem do widowni, wpatrzona ślepo w telewizor. Tuż przed nią stoi manekin – jej własny pomnik, figura sprzed depresji, otyłości i załamania, które przyszło po samobójczej śmierci jej męża, Alberta. To odbicie przeszłości, którego Bonnie nie potrafi porzucić. Wie, co się z nią stało, ale pozostaje całkowicie skupiona na sobie, swoich ranach i samotności. Nie dostrzega potrzeb dzieci – ani Arniego, ani Gilberta. Ten drugi staje się dla niej podporą, którą obciąża w nieskończoność, nie z okrucieństwa, lecz z nieumiejętności zauważenia kogokolwiek poza sobą. Nawet w dniu urodzin Arniego, gdy po latach wychodzi z domu, powtarza, że wszyscy na nią patrzą – jakby świat istniał wyłącznie w odniesieniu do niej.
A jednak ta historia nie kończy się w tonacji american horror story. Choć Endora potrafi dusić, Gilbert nie jest w niej całkiem samotny. Na swojej drodze spotyka ludzi, którzy – w różnym stopniu – stają się dla niego oparciem i przeciwwagą dla rodzinnego ciężaru. To Tucker – przyjaciel o niezwykłej lojalności (Wojciech Lato), ale przede wszystkim dziewczyna z Missisipi – Becky (Dorota Goljasz). W jej słowach i gestach kryje się przekonanie, że całe Stany to jedna wielka Endora: można uciekać tysiące mil, ale dopóki nie zmieni się wewnętrznego kompasu, wszędzie odnajdzie się tę samą pułapkę. Becky staje się figurą – a może nawet statuą – inności i wolności.
Choć „Co gryzie Gilberta Grape’a” wyrasta z historii znanej od dekad, Jakub Zalasa wyraźnie adresuje spektakl przede wszystkim do młodych widzów. To oni najpełniej odczytają opowieść o dorastaniu w świecie zbudowanym z oczekiwań i presji sukcesu. To teatr mówiący ich językiem – oparty na rytmie popkultury, ikonografii memów, estetyce nadmiaru i przerysowania – a jednocześnie nieuciekający od tematów trudnych: odpowiedzialności ponad siły, emocjonalnego wypalenia, niemożności wyrwania się z narzuconej roli. Dzięki temu spektakl staje się komentarzem do doświadczeń współczesnych nastolatków i młodych dorosłych, którzy coraz częściej czują, że świat oczekuje od nich więcej, niż są w stanie unieść.