„Requiem dla snu” Huberta Selby'ego Jra w reż. Jakuba Skrzywanka, koprodukcja STUDIO teatrgalerii w Warszawie i Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Pisze Tomasz Domagała na stronie domagalasiekultury.pl.
Scenografia Grzegorza Layera jest znakomita, a jej rdzeniem wydają się dwa pomieszczenia, które po dodaniu zaledwie kilku detali umiejętnie mogą się zmienić w nieco inną przestrzeń. Pierwszym z nich jest utrzymana niemal w całości w czerwonej tonacji dziupla Sary Goldberg (Anna Radwan), umieszczona w prostokątnym, przeszklonym kubiku. W jego wnętrzu znajduje się salon połączony z kuchnią – wszystko oparte o proste linie, geometryczne podziały – z oszczędnym wyposażeniem: niska sofa, mały stolik oraz telewizor ustawiony przy prawej ścianie, obok niego lampa z czerwonym abażurem, dająca miękkie, rozproszone światło. W tle znajdują się zasłony i otwarte przejście prowadzące, jak można sądzić, do sypialni lub łazienki. Ot, biedna ale czysta kawalerka, jakich pod każdą szerokością geograficzną niemało. Z drugiej strony obrotówki znajduje się przestrzeń późnobarokowego kościoła z charakterystycznym ołtarzem z kolumnami, zwieńczonym promieniami oraz mensą ołtarzową z fantazyjnego marmuru. Gdy ta przestrzeń pierwszy raz nam się objawia, miejsce w ołtarzu, w którym normalnie znajduje się obraz, jest puste, sam zresztą kościół wygląda na budynek, którego funkcja już dawno została zmieniona z sakralnej na inną, użytkową. Skrzywanek zresztą będzie tą zmianą jego funkcji inteligentnie grał przez cały spektakl, a to umieszczając w tej przestrzeni mieszkanie bogatego psychiatry, a to na przykład ekskluzywną restaurację. Znakiem tych transformacji przestrzeni stanie się ruchomy ekran, który w zależności od potrzeby wyświetli w miejscu ołtarzowego obrazu to, co stanowi sens nowego przeznaczenia kościoła, zarówno na poziomie rzeczywistym, jak i metaforycznym. Patrząc na to z innej perspektywy, od strony bohaterów, ów obraz będzie wyznaczał jednocześnie horyzont ich dążeń, ambicji i marzeń, co pięknie widać na przykładzie postaci Marion (Magda Grąziowska).
Pejzaż opowieści Jana Czaplińskiego/Jakuba Skrzywanka, a właściwie na razie tylko jej tło (nie tylko wizualne, ale i duchowe) wydaje się więc namalowane po mistrzowsku: mamy oto świat, w którym totalnie pogubieni ludzie, zarówno młodzi, jak i starzy, zostając sierotami po duchowości chrześcijańskiej, szukają jej zamienników w różnych dziedzinach – sztuce, modzie, psychoterapii, kulcie ciała, stając się łatwym celem różnego rodzaju uzależnień. Wiem, pejzaż ten nie jest odkrywczy, ale w teatrze nie musi być, ważne, żeby historia była opowiedziana nietuzinkowo i w jakiś sposób poruszająco. I tak w teatralnym Requiem dla snu jest. Obraz w ołtarzu jest też niewątpliwie kluczem do jej odczytania, w finale bowiem, gdy Harry (Robert Wasiewicz) odbywa brutalnie szczerą rozmowę z matką (Anna Radwan) – rozmowę, która prawdopodobnie nigdy nie miała miejsca i nie będzie go miała, ze względu na fakt, że Sara prawdopodobnie oszalała, bądź się unicestwiła – w pewnym jej momencie postanawia wejść do pustej lodówki, jakby chcąc się tam poddać hibernacji do czasu, gdy świat wokół niego wreszcie przestanie się walić (ach, te skojarzenia z Harper z „Aniołów w Ameryce”!). Obrotówka rusza, naszym oczom ukazuje się znany nam już ołtarz, a w jego centralnej części widzimy przerażoną i zbolałą twarz Harry’ego. Oto współcześni święci, zdaje się nam mówić Skrzywanek, ludzie najsłabsi, z gruntu dobrzy i prawi, którzy na skutek skurwysyństwa świata i innych ludzi wokół, udają się w wyniszczającą podróż w jedną stronę, bo każde drzwi, jakie się przed nimi otwierają, prowadzą do jeszcze głębszego kręgu piekieł. Requiem dla snu staje się czymś więcej niż zgrabnym tytułem, bo w tej rzeczywistości nawet sen nie zapewni już tego, co tym ludziom potrzebne – wytchnienia, odpoczynku, spokoju. Naprawdę poruszające!
I wszystko zmierzałoby tu w kierunku teatralnego arcydzieła, gdyby nie forma adaptacji powieści Huberta Selby’ego Jr.. Czapliński ze Skrzywankiem postanowili przede wszystkim nie ścigać się z Aronofskym i była to naprawdę mądra decyzja. Choćby z tego powodu, że w teatrze trudno byłoby o lepszy finał od tego zafundowanego widzom przez Amerykanina, który oparł go na montażowo podkręconym pomieszaniu ze sobą minifinałów kluczowych dla fabuły wątków, dodatkowo stymulowanym jeszcze hipnotyczną, niezapomnianą muzyką Clinta Mansella. Twórcy w Studio/Starym postawili więc na nieco inne rozwiązanie: rodzaj funkcjonujących obok siebie miniopowieści, będących bardziej ruchomymi w czasie portretami głównych postaci tej fabuły, niż spójną opowieścią. Zostały oczywiście ze sobą splecione, na ile pozwalały możliwości, a te – bez spektakularnego finału w stylu Aronofsky’ego – były tutaj dużo mniejsze. Pomysł był naprawdę niezły, bo pozwalał dodatkowo na pokazanie nam całej palety możliwych uzależnień, przytomnie przypominając, że do życiowej katastrofy prowadzić mogą nie tylko „złe” narkotyki, ale też i „dobre” jedzenie czy „nikomu nieszkodząca przecież” telewizja, a nawet tabletki, które leczą. Brak jednak finałowej iluminacji wszystkich tych katastrof naraz sprawia, że opowieść traci swoją dramaturgię, a w efekcie – temperaturę. I pozostaje wrażenie, że w sumie nie do końca wiadomo, ku czemu cała ta fabuła zmierza. Nawet zresztą, gdy się ją jakoś ogarnie, pamiętając, że chodzi tu raczej o pejzaż świata niż jego przemianę, pozostaje jakiś niedosyt, bo ma się poczucie, że można to było opowiedzieć lepiej, że portrety uzależnień i ich ofiar to trochę jednak za mało. Nie pomaga też zamknięcie głównych wątków w ramie telewizyjnego show (a la Truman Show) czy dołożenie postmodernistycznych wstawek, łączących to wszystko z naszą, współczesną rzeczywistością. Obie te narracje stają się bowiem balastem, zwłaszcza gdy widz wciąż próbuje sobie jakoś poukładać istotę rzeczy.
Jeśli już jesteśmy przy obu dodatkowych narracjach, to jedna jest niestety gorsza od drugiej. Prowadzący show (Marta Zięba i Krzysztof Zawadzki) raz po raz rzucają żartami na siłę i dziwnie nam ze sceny podawanymi interwencyjnymi komentarzami w służbie tego, co dziś w teatrze musi zostać powiedziane, żeby różne bańki były szczęśliwe. Dziwnymi, bo do dziś w sumie nie umiem powiedzieć, czy Prowadzący je wyśmiewają, czy serwują je nam na serio. Jakby zresztą nie było, i tak cała ta narracja wydaje się być naprawdę zmęczona sama sobą, najlepsi więc aktorzy w pięknych kostiumach nie są w stanie jej pomóc. Co bardziej istotne, miałaby ona głębszy sens, gdyby zamiast zajmować się prezentacją poglądów twórców na modne tematy, zajęła się na poważnie krytyką telewizji, do której przynajmniej formalnie wydaje się tu wymyślona. Dramat bowiem Harry’ego wynika tu przecież pośrednio z uzależnienia jego matki od telewizji, potężnego medium, nie po to przecież wymyślonego, jak mówi pewne przysłowie, żeby mówić prawdę. Opowieści zaś o upadku osób takich jak nasi bohaterowie wciąż zapewniają nie tylko największą oglądalność, ale i największe pieniądze. Nad wstawkami typu plansze z dziećmi czy o trzy czwarte za długa scena kupowania narkotyków „w mieście”, nie ma się nawet co pastwić – jak prawie zawsze udają one zaangażowanie twórców, ich determinację i potrzebę, żeby wstrząsnąć widzem, nie mając jakiegokolwiek znaczenia, wszystko bowiem, co się tu do nas mówi, jest nie tylko powszechnie wiadome, ale i powszechnie nikogo nie obchodzi. Szczerze mówiąc, o wiele bardziej poruszają w tej kwestii sceny, jak na przykład ta, w której Tyrone (Daniel Dobosz) przychodzi na randkę z Grindra i kilkukrotnie proponuje swojemu wybrankowi kreskę. Biorąc pod uwagę, że szuka bliskości i miłości – tak przynajmniej odczytuję znakomitą rolę Dobosza – zmroził mnie fakt, że nie umie on już szukać swojego szczęścia bez mefedronu, co przerodziło się natychmiast w jakiś rodzaj uczucia niezgody wobec losu Tyrone’a jako postaci tragicznej i nie daje spokoju do dzisiaj.
Różnicę między zapisanymi w adaptacji narracjami widać przede wszystkim na scenie, bo przestrzeń głównej opowieści – realistyczna (a czasem może nawet surrealistyczna), stanowiąca rdzeń tego spektaklu – jest oparta na głębokim, znakomitym aktorstwie Anny Radwan, Daniela Dobosza, Magdy Grąziowskiej, Roberta Wasiewicza i błyszczących na drugim planie Eweliny Żak oraz Adama Nawojczyka. Jest ono na tyle sugestywne i poruszające, że gdy na scenie pojawiają się nagle ofiarnie grający swój wątek Marta Zięba z Krzysztofem Zawadzkim, serwując nam mądrości swoich postaci, natychmiast ma się ochotę wziąć pilota i przewinąć do przodu. Na umoralniających wstawkach aż korci zaś, żeby pójść do kuchni i zrobić sobie herbatę. A wszystko dlatego, że ta opowieść Huberta Selby’ego Jr. jest prosta, dobrze wymyślona i naprawdę sugestywna, wszystko zaś, co ją komentuje, niby to wskazując, co w niej jest naprawdę ważne, jest po prostu zbędne. Bo tam od razu wiadomo, co jest ważne: reżyser pięknie to zresztą opowiedział poprzez grę scenografią, kostiumem czy fenomenalnie ułożoną muzykę Marcina Maseckiego (ach, to użycie na start zdeformowanej „Sarabandy” Haendla – uwaga barok! – i cała reszta pejzażu dźwiękowego z finałowym hołdem dla Clinta Mansella), a aktorzy wszystko to fenomenalnie zagrali. That’s all! Dobra wiadomość jest taka, że Jakub Skrzywanek stopniowo wygrzebuje się spod marmuru infantylnego moralizatorstwa, które go raz po raz nawiedza, żeby ograniczyć jego teatralny talent. A talent bez wątpienia ma, żadne podpórki nie są mu potrzebne, udowodnił to już naprawdę tysiąc razy. Sztuka bowiem w tym, żebym jako widz sam odkrył, że coś jest niemoralne, a nie wysłuchał tego z ust aktorów albo dramaturga.
Requiem dla snu jest spektaklem nierównym, to rzecz pewna, ale dobrego w nim dużo więcej niż złego, sama zaś Anna Radwan i jej obłędna kreacja w roli Sary, matki Harry’ego, wystarczyłaby tu za przeciwwagę dla całej reszty. Aczkolwiek oprócz jej znakomitej kreacji dostaniecie coś jeszcze – kawał dobrego teatru, radzący sobie ze średnią sceniczną adaptacją, plus znakomite aktorstwo większości zespołu. Jak na hagiografię, to naprawdę niemało.