„Proces Pelicot” w reż. Milo Raua i Servane Dècle, czytanie performatywne z udziałem aktorów TR Warszawa w Sali Rudniewa w Pałacu Kultury i Nauki. Pisze Marta Żelazowska na swoim instagramowym koncie.
Proces Pelicot wstrząsnął opinią publiczną. Gisèle przez lata była systematycznie odurzana przez męża i za jego wiedzą i zgodą wykorzystywana przez innych mężczyzn. Sprawcy (pięćdziesiąt jeden osób) zostali uznani winnymi i skazani na pobyt w zakładzie karnym. Udało się to tylko dzięki temu, że Dominique Pelicot dokumentował ten proceder (fotografie i nagrania video).
Gisèle, w przeciwieństwie do większości ofiar gwałtów we Francji, nie chciała zachować anonimowości. Pragnęła walczyć o sprawiedliwość jawnie, odzyskując w ten sposób nie tylko poczucie sprawczości, ale przede wszystkim godności. Jej słowa „Nie my mamy odczuwać wstyd – to oni” stały się symbolem odwrócenia wstydu i poczucia winy. Dzięki niej mówienie o przemocy seksualnej zyskało wymiar aktu siły i odwagi.
Milo Rau i Servane Dècle z materiału dokumentalnego stworzyli przejmujące studium przemocy. Widzowie stają się świadkami procesu, a przestrzeń sali Rudniewa w PKiN, w której prezentowano czytanie, została zaaranżowana na salę sądową. Rau zaciera tym samym granicę między teatrem a rzeczywistością. Publiczność niemal fizycznie odczuwa ciężar spojrzeń uczestników przesłuchania, współodczuwa napięcie i doświadcza bezwzględności zarówno miejsca, jak i sytuacji. Widzowie są niejako zmuszeni do udziału we własnym moralnym przesłuchaniu – stają się współodpowiedzialni za milczenie. Sala sądowa funkcjonuje więc jako przestrzeń rozliczenia całego społeczeństwa, które woli nie dostrzegać przemocy, zwłaszcza tej trudnej do zdiagnozowania i ukrytej za szczelnie zamkniętymi drzwiami.
Magdalena Kuta gra Gisèle z maksymalnym skupieniem i oszczędnością środków: pauzy, stanowczy acz chwilami łamiący się głos, słowa wypowiadane z pełną świadomością i konsekwencją. Z tej roli emanuje pamięć ciała o traumatycznym doświadczeniu, a jednocześnie ogromna determinacja w walce o sprawiedliwość. Znakomity jest również Lech Łotocki w roli Dominique'a Pelicota – to jego najlepsza kreacja od lat. Zmęczony, zgarbiony, mówi wolno, jakby każde słowo musiał wydobywać z odmętów pamięci. Trudno jest jednak pozbyć się wrażenia, że nie jest to pokora ani bezsilność, lecz wyrachowanie. W jego spojrzeniu jest coś niejednoznacznego: żal? strach? poczucie winy? A może jedynie lęk przed utratą kontroli i konsekwencjami? Nie wiadomo, czy bardziej wzbudza współczucie, czy potępienie – i właśnie w tej ambiwalencji tkwi siła postaci.
Jedną z najmocniejszych scen jest zeznanie synowej małżeństwa Pelicot. Agnieszka Podsiadlik kreuje postać przesiąkniętą pamięcią przemocy, niemal instynktownie wyczuwającą, że w domu Pelicot jest coś nie tak, mimo pozorów bezpieczeństwa. Nie mówi jednak nic, bojąc się zaufać własnej intuicji. Aktorka operuje minimalizmem: napięciem ciała, łamiącym się głosem i łzami, które napływają do oczu. Uczestnictwo w procesie wyzwala jej nieprzepracowaną traumę.
„Proces Pelicot” to spektakl o niezwykłej intensywności, który nie tyle rekonstruuje fakty, co demaskuje mechanizmy milczenia, przyzwolenia i społecznej obojętności wobec przemocy. Judith Lewis Herman w „Trauma and Recovery” podkreśla, że „ofiara wymaga (od nas) działania, zaangażowania i pamiętania…”, a postawa Gisèle – dążenie do jawności i konfrontacji ze sprawcami – czyni ją nie tylko bohaterką wygranego procesu, ale przede wszystkim symbolem przemiany sposobu myślenia o ofiarach przemocy seksualnej. Milczenie bowiem przestaje być neutralne, a mówienie o nadużyciach staje się aktem etycznej odpowiedzialności.