„AI nadchodzi” wg scen. i w inscenizacji Magdaleny Engelmajer, i Szymona Turkiewicza, współpraca Teatru ME/ST i Teatru Scena Współczesna w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Scena Współczesna jest od lat domem rozśpiewanego inteligentnego humoru. Od jakiegoś czasu wokalny talent Moniki Mariotti wspomaga tu swym głosem Anna Mierzwa, ostatnio w „Całej prawdzie o kłamstwie” można było usłyszeć rewelacyjną Żanetę Rus, lecz gdy zapowiedziano „AI nadchodzi”, nową premierę realizowaną we współpracy z Teatrem ME/ST, w tym akurat aspekcie nie obiecywałem sobie zbyt wiele. Do momentu, gdy nie usłyszałem Pauliny Sobiś-Majchrzak we wkomponowanych w spektakl piosenkach Szymona Turkiewicza. I choć nie od tego zwykle wypada zaczynać, to tym razem zakłócę recenzencki algorytm.
Aż chciałoby się bowiem, żeby Szymon Turkiewicz skupił się na basie, a perkusję i klawisze oddał innym muzykom, by aranże wybrzmiały w pełni, bez sztucznych podkładów i zawężonego instrumentarium. Istnieje jednak ryzyko, że przy rozbudowanej oprawie muzycznej piosenki zanadto zdominowałyby aktorską treść spektaklu, więc może jednak mierzmy siły na zamiary. Nie jesteśmy w Romie. Paulina Sobiś-Majchrzak porywa miękkim, swingującym jazzowo wokalem, porusza emocjonalnym głosem nuty współczesnego R&B, sprawnie rapuje, pokazuje rockowego pazura, by za chwilę przejść do nostalgicznej ballady. Niezwykle się cieszę, że rzeszowska aktorka wpadła do stolicy, by podzielić się swoją muzyczną wrażliwością, a przedstawienie zyskało dzięki tej oprawie piękny uzupełniający komentarz.
A o czym jest rzecz? O tym mówi już sam tytuł. „AI nadchodzi”, a twórcy, czyli ME/ST – Magdalena Engelmajer i wspomniany Szymon Turkiewicz, zastanawiają się z przymrużeniem oka, czy jako ludzkość nie popełniamy przypadkiem wielkiego błędu nie instalując zabezpieczeń. Czy w pogoni za szybciej i lepiej, w zachwytach nad rosnącymi ciągle możliwościami sztucznej inteligencji, w coraz częstszym sięganiu po telefon zamiast po rozum, nie doprowadzamy przypadkiem do „degradacji intelektualnych możliwości” człowieka. Bawią muzyczne umizgi do popełniającego błędy chata GPT, w końcu „kłamie o nas najpiękniej”, tuszuje braki i swymi okrągłymi wypowiedziami powoduje, że czujemy się wyjątkowi. A jednocześnie dzięki narzędziom AI korporacje gromadzą dane, śledzą zachowania i przyzwyczajenia, dostosowują algorytmy, by łapać nas w konsumencką i dopaminową pułapkę. Czy więc kontrolujemy jeszcze nasze zachowania, czy jesteśmy już całkiem świadomie sterowani?
Humorystyczno-przestrogowy wydźwięk ma też historia scenicznej rodziny Szotów. Mama, czyli Magdalena Engelmajer, urzeczona ekspresowym zredagowaniem własnego CV wpada w zachwyt nad „globalnym przeskokiem kwantowym” i postanawia przenieść rodzinny dom w erę przyszłości. Ach, ileż emfatycznych ogólników i pustych frazesów rodem z social mediowych poradników znawców wszelakich wypowie. Zainstalowani agenci AI, przypisani i sprofilowani do poszczególnych sfer życia przejmują pomału kontrolę nad wyżywieniem, aktywnością fizyczną, kontaktami rodzinnymi, rozrywką, a nawet snem domowników. Sztuczna inteligencja, która miała usprawnić funkcjonowanie we współczesnym świecie i zaoszczędzić czas, panoszy się, narzuca swą wolę i odbiera wolność wyboru. Ale w zamian rozdaje złote gwiazdki. Początkowo sceptyczny wobec jej zastosowań tata Michał – w tej roli Bartosz Mazur – przyparty do muru potrzebą napisania w trzy dni konkursowego scenariusza filmowego o nieodkrytych przestrzeniach mitologii prasłowiańskiej, oczywiście z uwzględnieniem inkluzywności i obecności środowisk wykluczonych, ostatecznie także się łamie. Odtąd dorośli w każdej kwestii radzić się będą osobistego elektronicznego boga i słuchać cyfrowego lania wody. Ową fascynację przeniosą z czasem na swego dziewięcioletniego syna Maksa (któż nie marzyłby o długopisie AI do odrabiania lekcji?), którego perypetie szkolne i miłosne, miast rodzicielską mądrością, będą chcieli zastąpić gotowymi odpowiedziami z telefonu. W rolę chłopca wciela się Maksymilian Turkiewicz, z dziecięcą naturalnością i odwagą bawiący się rolą – choć czasem brakuje mu nieco siły głosu, to scenicznej żywiołowości i wzbudzania sympatii publiki dorośli mogą mu pozazdrościć. Rodzinne otrzeźwienie przychodzi stopniowo. Błagalna rozmowa o pracę, którą w całości przejęło AI jest tylko preludium. Ale rozgniecenie na miazgę niewinnego kołatka pomylonego przez algorytm z pluskwą daje już do myślenia. Bo skoro margines błędu dopuszcza pośrednio unicestwienie owada, to czemu nie miałby doprowadzić do znacznie poważniejszych tragedii? Jak można oddać własne myślenie i odpowiedzialność czemuś, co nie czuje? „Chcę mieć odwagę do własnych błędów, a nie tylko lęk do cudzych rozwiązań” - mówi z przejęciem Engelmajer. Bohaterowie budzą się pomału z cyfrowego letargu, a nawet potrafią przyznać do błędów. Choć akurat znajomości poznanego w międzyczasie koreańskiego nikt im nie odbierze.
Scenografię spektaklu, obok nieśmiertelnej kanapy i rodzinnego stołu, uzupełniają spore ekrany wyświetlające projekcje – te z gatunku popularnonaukowych mądrości sztucznej inteligencji, jak i poetyckie obrazy rodzącej się przyrody. Do tego bowiem w rezultacie namawiają nas twórcy. Do odsapnięcia od technologii, zrzucenia butów i dotknięcia ziemi. Wrócenia choć na chwilę do natury, porozkoszowania się jej pięknem i ułożenia świata na nowo. Swoją cegiełkę do tej odezwy dorzucają też uczestnicy warsztatów teatralnych „Zagraj życie po swojemu”, którzy dość nieoczekiwanie uczestniczą we fragmentach spektaklu. Choć akurat w Scenie Współczesnej należy oczekiwać nieoczekiwanego.
„AI nadchodzi” z pomysłem, humorem i odrobiną demonicznej przesady pokazuje zagrożenia płynące z zachłyśnięcia się technologią artificial intelligence. Spektakl silnie rezonuje ze współczesnością, z ludzką skłonnością do zachwytu nad technicznymi nowinkami i relatywizacją skutków ich nadmiernego, bezkrytycznego używania. Teatr ME/ST wraz ze Sceną Współczesną wystawiły okraszoną znakomitymi muzycznymi wstawkami słodko-gorzką historię o potrzebie zachowania zdrowego dystansu, powrotu do międzyludzkich relacji i ograniczonego zaufania do mądrości cyfrowych narzędzi. „Kto trzyma ster, czy to jeszcze człowiek, czy szereg jedynek i zer?” - pytają autorzy i z tym zawieszonym w przestrzeni pytaniem zostawiają widzów. Każdy ma wybór. Można czerpać z dobrodziejstw nowoczesnych technologii, ale warto utrzymywać zdrową samokontrolę. Niekoniecznie czytać skład batonika przed zjedzeniem. A nie wszystkim jest to obce. Jeśli nie skusi Was muzyka, to ta właśnie scena powinna. I ewentualny darmowy Snickers. O ile przejdzie przez gardło.