Logo
Recenzje

Teksty Źródłowe: Sztuka protestu

23.04.2026, 15:17 Wersja do druku

 „Sztuka protestu” Michała Buszewicza w reż. autora w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. Piotr Nykowski

Protest czy strajk to bardzo wdzięczny (sic!) temat dla sztuki. Nieważne kto protestuje, nieważna jest skala ani forma, nie ważny jest nawet podmiot czy przedmiot (przeciw czemu lub/i komu). Protest to zawsze emocje i zawsze bardzo wyraziste. Od demonstracyjnej bezradności (choćby głodówka czy wymowne milczenie), przez szloch, krzyk, skandowanie, aż po śpiew. Szczególnie istotną i pożądaną emocją w proteście jest wkurw. Ten jest najbardziej fotogeniczny i świetnie nadający się do wszelkiego portretowania. Ciekawsza jest już tylko przemoc i krew…

Jeśli ktoś spodziewał się, że nowe przedstawienie Michała Buszewicza w szczecińskim Teatrze Współczesnym będzie takowym „niewypikowanym” portretem protestu z kreatywnymi wulgaryzmami, a nawet krwią, będzie zawiedziony. Nie ma tu tzw. mięsa, rzeczony wkurw też jakby wyciszony. Tylko czy to źle?

Już sam tytuł przedstawienia zdradza intencje reżysera: kluczem jest odpowiednia interpretacja słowa „sztuka”. Rację będą mieli ci, którzy skojarzą to z atakami ekologicznych aktywistów na dzieła (nomen omen) sztuki, ale też ci, którzy potraktują to jako swoisty podręcznik czy instrukcję do zorganizowania skutecznego buntu. Zresztą twórcy już w opisie spektaklu pytają „Czy protest powinien być kulturalny”? Nieinwazyjny? Do zaakceptowania przez wszystkich? A może lepiej, żeby w ogóle go nie było?”. Buszewicz robi spektakl nie o jego przedmiocie, ale o mechanizmach nim rządzących. Jednak nie trzyma akcentów na wodzy i momentami porzuca wiodący pomysł, na rzecz merytorycznego zacięcia. To niestety czyni spektakl nierównym i niekonsekwentnym. Odpowiedniej sprawczości nie otrzymują obie przestrzenie – nie przekonamy się do eko-aktywizmu, nie nabierzemy chęci ani nie pozyskamy wiedzy do skutecznego sprzeciwu.

Teatr Michała Buszewicza ma autorski charakter, pełni w nim rolę autora i reżysera. Nie sięga po wielką literaturę, co zdarzało się jeszcze w początkach jego artystycznej drogi, lecz pracuje w oparciu o własne teksty. W ostatnich realizacjach postawił na współpracę z grupami eksperckimi, co ma zagwarantować czytelność i wiarygodność, tak ważne w teatrze społecznie wrażliwym. Utwory Buszewicza są pozbawione nadętej i sztucznej poetyki, epickich monologów, zbędnych dywagacji oraz moralizatorskich puent. Tak było choćby w dwóch jego szczecińskich realizacjach – głośnej „Edukacji seksualnej” wyprzedzającej porażkę rządowej „edukacji zdrowotnej” oraz w czułym eseju o dojrzałości „Domu niespokojnej starości”. Najnowsza produkcja stanowi kontynuację społecznego cyklu, tworząc z pozostałymi tryptyk (póki co). Zbieżność jest widoczna nie tylko w charakterystycznej narracji, ale także atmosferze. Teatr Buszewicza nabrał rozpoznawalnych cech i konsekwencji. Najważniejszą jest brak często trudnego i sztucznego konceptualizmu. Ten teatr jest zrozumiały i powszechny. By zrozumieć intencje twórcy nie trzeba posiadać doktoratu z przedmiotu opowieści, a jedynie empatię i chęć wejrzenia w wykreowany świat i zmierzenie się z przedstawionymi problemami, wątpliwościami i dylematami.

Protestowanie w Polsce ma nie tylko długie tradycje, ale przede wszystkim doniosłe miejsce w historii. To przecież stanowcze robotnicze NIE zdołało pokojowo obalić komunę, o czym wiedzą szczególnie mieszkańcy Północy. Dla młodszych pokoleń, dla których tamte wydarzenia tłumiła milicja na dinozaurach, a obserwację terenu prowadzono z grzbietów pterodaktyli, najwyrazistszym przykładem protestu jest dziś sprzeciw wobec nacjonalistycznych rządów pisowców, ze szczególnym uwzględnieniem Strajku Kobiet. Demonstracje klimatyczne nie zdobyły w Polsce takiego rozgłosu czy uznania albo ważności jak w innych krajach świata. Relacje z ataków ekologicznych aktywistów na słynne dzieła sztuki, przykuwanie się do drzew czy asfaltu pokazywano w polskich mediach nie jako główne tematy dnia, ale jako tzw. Michałki, czyli zabawne newsy na koniec wydań telewizyjnych serwisów informacyjnych. Mimo, to Buszewicz zdecydował się stworzyć teatralny portret tej właśnie formy protestowania. Nie odbieram tego jednak jako zaangażowany głos w przedmiot sprzeciwu, ale próbę odnalezienia tematu uniwersalnego, niewywołującego kontrowersji czy… protestu. Chętnie obejrzałbym „Sztukę protestu 2: reaktywacja”, w której Buszewicz przyjrzałby się takim aktom wobec sztuki. Kilka gotowych scenariuszy jest do wzięcia od zaraz: oburzenie „patriotów” treścią wystawy „Chłopcy” w Muzeum Gdańska, kontrowersje po „Klątwie” Olivera Frljicia w stołecznym Powszechnym czy nawet lokalna awantura o „Dwanaście złotych penisów” z Akademii Sztuki w Szczecinie.

W centrum sceny „Sztuki protestu” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie stoi pusty cokół, a jego ewidentnie brakujący element, w przeskalowanej formie, spoczywa u jego stóp. To rzeźba „Myśliciel” (Le Penseur) Auguste’a Rodina przedstawiająca zamyślonego mężczyznę, ewidentnie zmagającego się z jakimś przejmującym problemem. Niektórzy widzą w nim nawet metaforę filozofii jako takiej. Jednak Michał Dobrucki, autor scenografii szczecińskiego spektaklu, nie nawiązuje do oryginalnego dzieła Rodina z 1880 roku, ale do jednej z jego kopii, która stanęła przed wejściem do Muzeum Sztuki w amerykańskim Cleveland (Cleveland Museum of Art – CMA). W 1970 roku posąg został wysadzony przez nieznanych do dziś (!) sprawców, ale pozostawiony na cokole napis „Off the ruling class – Precz z klasą rządzącą” oraz polityczne tło tamtych czasów wskazują na akcję związaną z wojną w Wietnamie. Gdyby się uprzeć należało by potraktować ów gest jako inspirację dla działań współczesnych eko-aktywistów. Dobrucki, eksponując te rzeźbę zwraca właśnie uwagę na głośne akcje „Ostatniego Pokolenia” polegające na oblewaniu farbą czy zupą najsłynniejszych obrazów. Przyznał też, że inspiracją dla tego pomysłu był fakt, że Teatr Współczesny mieści się w tymczasowej siedzibie w gmachu muzeum. Jednak można to uznać już za zdezaktualizowane, bo w momencie, w którym piszę te słowa, projekt Nowego Współczesnego na Łasztowni został już zaprezentowany. Dopełnieniem „Myśliciela” jest monstrualna kula (ziemska), która stanowi ekran dla projekcji panelu sterowania osobliwej gry „Tamagotchi Świat”. O jej roli w spektaklu nieco później. Mniej udane są za to pozostałe projekcie wyświetlane na kilku powierzchniach jednocześnie. Za niepowodzenie ich komunikacyjnej funkcji stoją połamane płaszczyzny czyniące te treści kompletnie nieczytelnymi. Swoją drogą, było ich zbyt wiele i zbyt „gęsto”. Niepotrzebny teatralny gadżet.

W tę przestrzeń wkraczają bohaterowie „Sztuki protestu” znajdujących się po dwóch stronach „barykady”. Są protestujący eko-aktywiści i protestujący przeciw protestującym eko-aktywistom korporacyjni CEO (Chief Executive Oficer), kreujący współczesny komercyjny świat. Klinem w te kontrapunktowe grupy wbijają się jeszcze dwie postaci – Daria oraz Ela policjantka. Niestety autor „zapomina” o ich wiodących rolach, bo w dalszej części spektaklu ich znaczenie maleje, zrównując się z pozostałymi. I nie jest to bynajmniej efekt ekologicznego zrównoważenia. Szkoda, bo zabrakło w tej opowieści prawdziwych bohaterów, a ten kolektywny nie ma „ludzkiego”, empatycznego wymiaru. Przewrotnie nie pomagają w tym liczne rozważania spoza postaci oraz prywatne improwizacje.

Struktura spektaklu to krótkie sekwencje, często monologi, krok po kroku, słowo po słowie, zgłębiające tytułową sztukę protestowania. Poznajemy nie tylko różne formy strajku, ale także powody zaangażowania jego uczestników oraz ich wątpliwości. Buszewicz naszpikował spektakl pozawerbalnymi symbolami. Wspominałem już o metaforycznej scenografii Michała Dobruckiego, a podobną formę mają także kostiumy Lily Dziedzic. To oryginalne, dość postmodernistyczne projekty, ewidentnie inspirowane przaśnymi latami 90. XX wieku. Krzykliwe kolory i fantazyjne wzory! Ich dopełnieniem są dziwne buty części postaci – obuwie Barefoot z pięcioma palcami albo wysokie platformy (żelazka).

Pełne ironicznych symboli są przede wszystkim stroje korpo menadżerów – Dziedzic odziała ich w klasyczne marynarki oraz bajecznie kolorowe bokserki, tożsame krawaty oraz dwie różne skarpety. To sarkastyczne nawiązanie do współczesnej mody, ale także możliwość zdefiniowania bohaterów jako „chłopców w krótkich spodenkach”. Ów gag potęguje jeszcze pomysł na powierzenie tych ról przedstawicielom dojrzalszej części męskiego zespołu aktorskiego Współczesnego – Pawłowi Adamskiemu, Robertowi Gondkowi, Pawłowi Niczewskiemu, Konradowi Pawickiemu oraz Przemysławowi Walichowi. Wielcy menadżerowie, a może dyrektorzy, politycy, decydenci są uroczo nieporadni wobec wyzwań świata poza ich wygodnymi biurami. By podtrzymać subiektywnie zadowalające status quo sięgną nie tylko po spryt, ale też po oszustwo, kombinacje, mataczenie, etc. Znamy to z urzędniczej codzienności, prawda? Cała piątka wybornie odnalazła się w tych figurach. Bawią improwizowane sceny, w których ich oderwanie od rzeczywistości staje się jeszcze wyrazistsze i zabawniejsze.

W postaciach protestujących nie zabrakło aktorskiej fantazji, rzetelnego warsztatu, a momentami nawet pewnej beztroski, ale odczułem deficyt finezji i wiarygodności. Nie uwierzyłem w ich klimatyczny aktywizm, zobaczyłem jedynie próby sportretowania stereotypowych szablonów statystycznych buntowników. Szkoda, że bohaterowie nie otrzymali choćby cech konsultantów społecznych pomagających w tworzeniu scenariusza. Ów brak przekonania był fundamentalny do uznania tej teatralnej lekcji protestowania za niezbyt przekonującą. Nawet odważne poświęcenie Wojciecha Sandacha vel Piotra, który pokazuje się w jednej ze scen nago, nie uwiarygodniło go jako zapalonego obrońcy przyrody. Trudno uwierzyć w głoszone hasła, gdy więcej atencji niż sama treść pochłania szukanie odpowiedniego miejsca na scenie, w którym projekcja trafi na właściwy fragment transparentu. Żadne ze skandowanych haseł nie było wiarygodne, nawet te najgłośniejsze albo szczególnie te. Zamiast przekonania i siły kolejni bohaterowie okazywali wątpliwość czy strach. Wśród nich Maks, w którego wciela się Kacper Kujawa, niestety tym razem pozbawiony charyzmy i nieco płaski albo mdły. Jedyną sceną, w której przypomina o swojej scenicznej energii jest ekstatyczny taniec, niewiele wnoszący w merytorykę przedstawienia. Podobnie Konrad Beta, nie próbujący w portrecie scenicznego Szymona wykorzystać swojego naturalnego, zadziornego emploi. Jest po prostu zbyt grzeczny. To jednak nie wina aktorów, ale struktury scenariusza, który skupia się na sednie tematu, a nie rysach charakteru postaci, które mogły by to opowiedzieć. Spośród całej czwórki tylko Maria Wójtowicz w monologu, w którym szukała odpowiedniej formy dla wyrażenia swojego sprzeciwu miała okazję zaprezentować większą skalę emocji swojej bohaterki. Jednak tu znów zawiódł tekst, nie pozwalając jej na literackie uzasadnienie problemu, a jedynie przy pomocy onomatopei wyrażających niezdecydowanie. W sukurs (widowiskowy) przyszła jeszcze… dmuchawa oraz kolejne pokazy teatralnych czarów (ładne!) czyli możliwości technologiczne sceny. Jej monolog pozostaje w pamięci i staje się ikoną całej kompozycji Buszewicza.
Wspominałem już o dwóch postaciach – Darii oraz Eli policjantki. Ta pierwsza pretenduje do roli narratorki „Sztuki protestu”. Poznajemy ją w momencie, gdy jedzie na rozmowę o pracę w nowym mieście, do którego właśnie się przeprowadziła. W tej roli oglądamy interesującą, wyjątkowo opanowaną i stateczną Marię Dąbrowską. Drogę blokują aktywiści, którzy przyklejają się do asfaltu. Kobieta podchodzi do protestujących chcąc jedynie zobaczyć co się dzieje, ale mimowolnie dołącza do nich. Później czyni to jeszcze kilkukrotnie. To interesujące pokazanie mechanizmów, które pchają ludzi do wyrażania swojego zdania czy sprzeciwu.
Na szczególne uznanie zasługuje pomysł na stworzenie postaci Eli policjantki. To ciekawy katalizator emocji strajkujących i jednocześnie trafny ironiczny obraz, albo karykatura władzy. Funkcjonariuszka jest chłodna i wyniosła, a tym samym stanowcza i bezkompromisowa, posługuje się jedynie bezdusznymi bezokolicznikami – odklejać, sprzątać, usuwać… Jej muzyczny monolog, z uwagi na kontrapunktową atmosferę i wyzywającą treść, wybrzmiewa przepysznie. To przede wszystkim znakomita interpretacja Barbary Biel. Zarówno przed jak i po „zrzuceniu” munduru funkcjonariuszki!

Karykaturą miało też być wyśpiewanie „We Are the World” przez konsorcjum CEO w krótkich spodenkach. Ta jedna z najważniejszych piosenek w historii muzyki stanowiła jednocześnie potężną akcję charytatywną dla głodujących dzieci w Afryce. Tym pastiszem Buszewicz z dystansem sportretował współczesne akcje, będące częściej przemyślanymi kampaniami PR-owskimi, niż faktyczną pomocą. Celowo wprowadza nutę fałszu wykorzystując zmieniający głos hel. Szkoda, tylko że owe wysokie tony słyszymy jedynie z offu, a nie wyśpiewane przez aktorów na żywo. Sam hel w balonach, okazał się atrapą…

Bezapelacyjnie najlepszą albo najwyrazistszą sceną „Sztuki protestu” jest sekwencja koncertu symfonicznego w Filharmonii. Jest w niej sporo silnej energii, dynamicznego tempa, oczekiwanego wkurwu oraz potężna dawka humoru. Dowcip zaczyna się już w stroju Maestro z dominantą w postaci monstrualnego żabotu, w którym udrapowana koronka z odpowiedniej perspektywy wygląda jak… siwa broda Krzysztofa Pendereckiego (sic!). Uważam tę scenę za najlepszą w całym spektaklu, tak samo jak postać dyrygenta kreowaną przez Pawła Adamskiego. Aktor zbudował ją wyrazistą grubą krechą, ale w pełni ją uzasadnił siłą karykatury i wytrawnym pastiszem. To rola brawurowo skomponowana. Buszewicz znakomicie w patetyczny utwór wpisał narastający protest. Dobry rytm, dobre tempo. Jak to w symfonii… Notabene wybór utworu nie był przypadkowy, bo słyszymy kompozycję Ludwiga van Beethovena do sztuki Johanna Wolfganga von Goethe „Egmont”, którego tytułowy bohater zostaje skazany na śmierć za udział w powstaniu przeciwko Hiszpanii. Czy każda rewolucja (czyt. protest) jest skazany na porażkę?

Szczerze rozbawiła mnie sekwencja otwarcia przez fikcyjnego pana marszałka drogi (drogiej drogi). Bawiła tez gloryfikacja ścieżek rowerowych i próba uczynienia z nich priorytetu w przeciwdziałaniu katastrofie klimatycznej. Jednak o niskich kompetencjach, a co za tym idzie horyzontach już nie fikcyjnych przedstawicieli władz samorządowych nie chcę w tym miejscu rozprawiać (choć wkurw jest fotogeniczny). Tak czy inaczej szacunek dla Buszewicza za czujność i wnikliwość obserwacji. Plus rewelacyjne przemówienie Roberta Gondka.

Dziwnym archaizmem jest przywołanie przez Buszewicza popularnej w latach 90.XX wieku gry „Tamagotchi”. W swoim spektaklu czyni z tej z niej deadline końca świata. Energię do jego uratowania można pozyskać poprzez specjalne urządzenia – rowery stacjonarne. Pedałują aktywiści, ale gdy się zmęczą proponują potrzymanie przy życiu „Tamagotchi” (i świata) komercyjnym oponentom. Ci wykpią się i najpierw sprytnie wykorzystają samych aktywistów, a chwilę później także widzów. Świetna zabawa dla publiczności nie ma niestety przełożenia na coś głębszego… Szkoda. Ciekawy pomysł, sprowadzony do infantylnej igraszki.

Są jeszcze otwierające i zamykające opowieść personifikacje Ciał niebieskich. Ach! Znakomity to duet Iwony Kowalskiej i Jacka Piątkowskiego. Próbują nas wprowadzić w hipnotyczny stan, by oddalić widmo katastrofy klimatycznej. Proszą by zamknąć oczy i zobaczyć lepszy świat. Co z tego jak zaraz trzeba je otworzyć… Nie sprzyja im niestety nieprzekonująca forma „Sztuki protestu”.

Twarde dane, mówiące o tym jak jest źle pojawiają się w spektaklu tylko raz. W formie projekcji wyświetlanej na zasłoniętej kurtynie. Niestety faktura materiału uniemożliwiła jego odczytanie. Przez chwile myślałem, że to celowe… Ale niestety nie.

Po spektaklu, który owszem bawił i jakoś tam uczył, nie miałem ochoty protestować, szczególnie na tematy związane z klimatyczną apokalipsą. Nie udało się wytworzyć iskry, która miała by rozpalać sprzeciw czy w ogóle jakieś pobudzenie. Mimo to uważam „Sztukę protestu” za rzetelną teatralną robotę, świetnie wpisującą się w społeczne zacięcie Teatru Współczesnego w Szczecinie.

Zamiast puenty: wartość eko-aktywistów szczególnie w Szczecinie czy na Pomorzu Zachodnich powinna być doceniania. Myślę, o Parku Narodowym Doliny Dolnej Odry, który nie powstał przez pisowskich aparatczyków z Rady Miasta Gryfina. Szkoda, że eko-aktwyiści uprzednio nie przykleili nie tyle co siebie, co ich do sosen w Krzywym Lesie…

PS. Dymy dobrze współpracowały ze światłem ;-) Jedna ze scen może śmiało konkurować z malarskimi przedstawieniami Wniebowstąpienia Maryi Dziewicy Panny coś tam...

Źródło:

Teksty Źródłowe
Link do źródła

Sprawdź także