Logo
Recenzje

Zanim ktoś wyda wyrok

1.10.2026, 15:48 Wersja do druku

„Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rosego w reż. Piotra Ratajczaka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Bartek Warzecha

Nie planowałem, że tego wieczoru teatr będzie miał cokolwiek wspólnego z moim życiem poza tym, że przez kilkadziesiąt minut będę siedział na widowni. Tymczasem los najwyraźniej miał własny scenariusz. Trafiłem na „Dwunastu gniewnych ludzi” w momencie, kiedy sam czekam na rozstrzygnięcie, a obok mnie usiadła osoba, z którą jestem dziś w sporze i z którą wciąż łączy mnie wspólna firma. Trudno o bardziej niezręczny zbieg okoliczności. A może właśnie przeciwnie — o bardziej trafiony. Kilka dni po premierze znalazłem się więc w teatrze w szczególnym momencie własnego życia. Być może niedługo sam będę musiał usiąść w miejscu, w którym ktoś będzie próbował wydać osąd w mojej sprawie. Oczywiście nie jako przysięgły, lecz jako człowiek, którego los zależy od cudzej decyzji. Nie chodzi przy tym o sytuację o podobnym ciężarze jak ta, którą oglądamy na scenie — i właśnie ta różnica jest ważna. Na scenie waży się los człowieka oskarżonego o zabójstwo, w moim przypadku chodzi o zupełnie inny rodzaj sporu. Ale sam mechanizm oczekiwania na cudzy osąd pozostaje niepokojąco znajomy. I może dlatego te sto minut spędzone z dwunastoma mężczyznami rozważającymi cudzy los miało dla mnie ciężar nieco inny niż zwykły wieczór w teatrze. A jednak to tylko prywatny kontekst, może nawet trochę przewrotny żart sytuacji, bo spektakl Ratajczaka nie potrzebuje żadnych moich życiowych dopowiedzeń, żeby działać.

Najbardziej interesuje mnie nie niewinność, lecz moment przed wyrokiem

Wszyscy pamiętamy podstawowy mechanizm tej historii. Dwunastu przysięgłych ma zdecydować o losie młodego człowieka oskarżonego o zabójstwo ojca. Jeden z nich mówi: zatrzymajmy się. Nie twierdzi nawet, że chłopak jest niewinny. Twierdzi tylko, że nie wolno udawać pewności tam, gdzie pojawia się choćby rozsądna wątpliwość. I właśnie ten moment wydaje mi się dziś ciekawszy niż sama kryminalna zagadka. Bo człowiek znacznie łatwiej przyjmuje cudzą winę niż cudzą niewiadomą. Lubimy zakończenia. Lubimy mieć rację. Lubimy powiedzieć: „wszystko jest jasne”. Niejasność jest męcząca, wymaga pracy, rozmowy, sprawdzania, czasem przyznania, że wcześniej mogliśmy się mylić. A przecież największą siłą tego spektaklu nie jest wcale samo odkrywanie kolejnych szczegółów sprawy. Jego prawdziwym tematem jest dla mnie cena, jaką trzeba zapłacić za powiedzenie: „Nie wiem”. To „nie wiem” okazuje się tutaj aktem odwagi. Nie dlatego, że jest efektowne. Właśnie przeciwnie — brzmi skromnie, wręcz banalnie. A jednak potrafi zatrzymać grupę ludzi, którzy już właściwie wiedzą, jaki powinien być wyrok. Wystarczy jeden człowiek, który nie chce pomylić przekonania z wiedzą.

Dwunastu ludzi i ani jednego człowieka przezroczystego

Ratajczak nie próbuje z dwunastu przysięgłych zrobić jednego chóru. Przeciwnie: pozwala im pozostać osobnymi światami. To zresztą jeden z najbardziej interesujących elementów przedstawienia. Kiedy jedna osoba mówi, pozostałe nie znikają. Nadal istnieją. Patrzą, wiercą się, reagują, irytują, wycofują. Ich obecność pozostaje ważna również wtedy, kiedy milczą. Dzięki temu sala obrad nie staje się miejscem, w którym po prostu „dyskutuje się o sprawie”. Widz cały czas obserwuje również tych, którzy czekają na swoją kolej, nie zgadzają się, tracą cierpliwość albo przeciwnie — zaczynają wycofywać się z wcześniej zajętego stanowiska. Ktoś chce jak najszybciej wyjść. Ktoś inny chce mieć święty spokój. Ktoś potrzebuje dominować. Ktoś boi się wystąpić przeciw większości. Ktoś przyjmuje cudze zdanie, zanim zdąży zbudować własne. Ktoś jeszcze inny nie zmieni poglądu, bo zmiana oznaczałaby przyznanie, że wcześniej się pomylił. I nagle okazuje się, że największym przeciwnikiem prawdy nie musi być kłamstwo. Może nim być zwyczajna wygoda. Ta wielość charakterów jest zresztą warunkiem powodzenia całego przedstawienia: każda z tych postaci musi pozostać osobna, bo inaczej rozmowa szybko stałaby się jedynie wymianą argumentów. Tymczasem oglądamy także zderzenie temperamentów, doświadczeń i ludzkich słabości. Dwunastu przysięgłych nie tworzy jednej zbiorowej świadomości. Każdy przychodzi do tej rozmowy z własnym bagażem i każdy inaczej reaguje na sytuację, w której trzeba skonfrontować własne przekonanie z cudzym argumentem.

Najciekawszy jest gniew, który nie dotyczy sprawy

Tytułowi „gniewni” wcale nie są jednakowo gniewni. Ich emocje mają różne źródła. Jeden przynosi do sali własne doświadczenia, drugi rodzinne rozczarowania, trzeci uprzedzenia, kolejny zwyczajny pośpiech. Sprawa oskarżonego staje się czymś w rodzaju ekranu, na który każdy z nich rzuca własną historię. Szczególnie mocno widać to w postaci Przysięgłego nr 3 granego przez Sławomira Orzechowskiego. Jego zaciekłość stopniowo przestaje być wyłącznie stanowiskiem w sprawie. Zaczynamy rozumieć, że za tym gniewem znajduje się coś osobistego, coś, czego bohater właściwie nie chce zobaczyć. I wtedy spektakl robi się mniej wygodny. Bo łatwo jest patrzeć na człowieka, który się myli, i powiedzieć: „jest uprzedzony”. Trudniej zobaczyć, że jego reakcje mogą wyrastać również z bólu, lęku albo własnych doświadczeń. Nie usprawiedliwia to jego sądów. Ale czyni go człowiekiem, a nie figurą służącą wyłącznie do pokazania, jak wygląda zła odpowiedź. To właśnie w tej postaci szczególnie wyraźnie widać, że człowiek może mówić o jednej sprawie, a tak naprawdę przez cały czas konfrontować się z własną przeszłością. Ratajczak ma tu na szczęście więcej zaufania do aktorów niż do jednoznacznych tez. Orzechowski nie musi tłumaczyć swojego bohatera. Wystarczy, że pozwala nam obserwować, jak jego pewność stopniowo zaczyna pękać.

Filip Kowalczyk nie gra bohatera, który ma rację

To ważne rozróżnienie. Przysięgły nr 8 w wykonaniu Filipa Kowalczyka nie jest kimś w rodzaju superbohatera, który wchodzi na scenę i próbuje wyprowadzić innych z błędu. Jest raczej człowiekiem, który nie może pogodzić się z tym, że sprawę można zamknąć bez ponownego sprawdzenia. To subtelniejsza i przez to ciekawsza postawa. Jego siła nie polega na tym, że wie więcej od pozostałych. Polega na gotowości do zadawania pytań. W świecie, w którym każdy ma już opinię, on ma jeszcze wątpliwość. I być może dlatego jego prawdziwym przeciwnikiem nie jest Przysięgły nr 3 ani nr 10. Jest nim czas. Zniecierpliwienie. Potrzeba zakończenia sprawy. Wszystko to, co mówi człowiekowi: „Daj spokój, przecież wiadomo, jak jest”. W tym sensie „Dwunastu gniewnych ludzi” jest spektaklem o bardzo prostej, ale niezwykle trudnej czynności: powtórnym przyjrzeniu się temu, co już raz uznaliśmy za oczywiste. Nie ma w tym nic szczególnie widowiskowego. Jest za to coś, co znamy z własnego życia: chwila, w której trzeba zdecydować, czy będziemy bronić własnego pierwszego osądu, czy jeszcze raz dopuścimy do siebie możliwość, że czegoś nie zauważyliśmy. To właśnie ta cecha nr 8 wydaje mi się najciekawsza — nie jego nieomylność, ale gotowość do zatrzymania się przed pewnością.

Teatr bez ucieczki

Ratajczak ma do dyspozycji materiał, który mógłby łatwo zamienić się w muzealny eksponat. Kultowy film Lumeta, Henry Fonda, klasyka kina, scenariusz znany od dziesięcioleci. Tymczasem przedstawienie nie próbuje udawać, że odkrywa „Dwunastu gniewnych ludzi” na nowo. I dobrze. Jego współczesność bierze się nie z przerabiania tekstu na siłę, lecz z tego, że oglądamy ludzi, którzy zachowują się dokładnie tak, jak ludzie zachowują się również poza teatrem. Scenografia Marcina Chlandy jest oszczędna i podporządkowana aktorom. Nie próbuje przyciągać uwagi samą sobą. Dzięki temu można skupić się na relacjach między postaciami i na tym, co dzieje się w grupie. Ważne jest również to, że scena nie zmusza widza do patrzenia wyłącznie na osobę, która aktualnie mówi. W tym przedstawieniu równie interesujące bywają reakcje pozostałych: spojrzenie, gest, zmiana pozycji, zniecierpliwienie albo nagłe skupienie. Słuchanie nie jest więc przerwą między kolejnymi kwestiami, lecz częścią działania. Człowiek, który słucha, może zmienić zdanie. Może zareagować na to, co usłyszał. Może też tylko czekać na swoją kolej, żeby powiedzieć to, co już wcześniej postanowił powiedzieć. Właśnie dlatego obserwowanie tych, którzy pozostają w tle, jest tak istotne. Szczególnie wyraźnie widać to w sposobie gry Krzysztofa Wakulińskiego, którego obecność nie sprowadza się do wypowiadania kolejnych kwestii. Wspólna przestrzeń pozwala zauważyć, że proces podejmowania decyzji nie składa się wyłącznie z głośnych deklaracji. Czasem najwięcej mówi reakcja człowieka, który jeszcze niczego nie powiedział.

I tu dochodzę do rzeczy, której wcześniej się nie spodziewałem. „Dwunastu gniewnych ludzi” nie jest dla mnie przede wszystkim spektaklem o sądzie. Jest spektaklem o tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy wie, że inni ludzie będą musieli ocenić jego wersję wydarzeń. To różnica zasadnicza. Kiedy siedzimy na widowni, jesteśmy bezpieczni. Możemy oceniać przysięgłych. Możemy irytować się na ich uprzedzenia. Możemy kibicować numerowi 8. Możemy czekać na moment, w którym kolejne argumenty rozbiją pozornie szczelną konstrukcję oskarżenia. Ale wystarczy wyobrazić sobie, że to my siedzimy po drugiej stronie. Że ktoś inny opowiada o nas. Że kilka osób, które nas nie znają, musi z dostępnych fragmentów informacji zbudować obraz naszej winy albo niewinności. Nagle „Dwunastu gniewnych ludzi” przestaje być wygodną opowieścią o tym, że należy mieć otwarty umysł. Staje się czymś znacznie bardziej osobistym: ostrzeżeniem przed łatwością, z jaką człowiek staje się bohaterem cudzej opowieści. A cudza opowieść nie zawsze jest prawdą.

Przypadek z teatru

Dlatego moje przypadkowe sąsiedztwo na widowni nabrało dla mnie szczególnego, trochę absurdalnego znaczenia. Siedziałem obok osoby, z którą łączy mnie wspólna historia i dzieli spór. Oboje prawdopodobnie mamy własną wersję wydarzeń. I oboje zapewne potrafilibyśmy ją przekonująco przedstawić. W normalnym życiu takie sytuacje rzadko przypominają teatralną debatę. Nie ma dwunastu numerowanych krzeseł. Nie ma przewodniczącego, który pilnuje kolejności. Nie ma zasady, że zanim zapadnie decyzja, trzeba jeszcze raz przeanalizować każdy szczegół. Jest za to coś znacznie bardziej niebezpiecznego: przekonanie, że swoją wersję znamy już wystarczająco dobrze. Może dlatego siedzenie obok wspólniczki podczas „Dwunastu gniewnych ludzi” wydało mi się po prostu przewrotnym dowcipem sytuacji. Teatr przypominał mi przez cały wieczór, żeby nie wydawać wyroków zbyt szybko. A rzeczywistość, siedząca obok mnie w fotelu, miała własne zdanie.

Nie wychodzę z tego spektaklu z odpowiedzią

I to chyba najbardziej mi się w nim podoba. Nie dostałem lekcji pod tytułem: „oto prawda, oto sprawiedliwość, oto właściwy sposób myślenia”. Dostałem raczej sto minut obserwowania, jak trudno ludziom zmienić zdanie i jak wiele trzeba, żeby jednak to zrobili. A przecież zmiana zdania nie musi oznaczać przegranej. Może być jej przeciwieństwem. W świecie, w którym stanowisko coraz częściej traktuje się jak część tożsamości, umiejętność powiedzenia „sprawdzam” staje się czymś niemal heroicznym. Jeszcze bardziej heroiczne może być powiedzenie: „Pomyliłem się”. Dlatego po tym przedstawieniu nie myślę przede wszystkim o tym, czy chłopak z opowieści jest winny albo niewinny. Myślę o chwili, w której człowiek ma już gotowy osąd i mimo wszystko decyduje się jeszcze raz przyjrzeć faktom. A jeśli przy okazji teatr zmusza mnie do zastanowienia się, jak sam chciałbym być potraktowany, gdy kiedyś ktoś będzie wydawał wyrok w mojej własnej sprawie — trudno o bardziej osobiste spotkanie ze sceną. Tym razem naprawdę nie chodziło więc o to, kto miał rację. Chodziło o to, czy zanim przyznamy ją sobie na zawsze, jesteśmy jeszcze gotowi posłuchać drugiego człowieka.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także