Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Power Play

1.10.2026, 16:12 Wersja do druku

„Power Play” Szymona Adamczaka w reż. Samary Hersch w TR Warszawa. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Adrian Lach

Tak to właśnie toczy się ten świat, że człowiek pędzi, pędzi i zanim się spostrzeże, to całe jego dzieciństwo można zamknąć w puszce po ciastkach, w której zwykle są przybory do szycia, a nie Danish Butter Cookies. W momencie obudzenia się z tym faktem rekomendowaną akcją jest wyjście na spektakl kierowany do dzieci.

„Power Play” zmyślnie zamienia sam spektakl w zabawę, jednak nie infantylną. Dzieli się na trzy jasne segmenty, które zestawione razem tworzą turbo ciekawą opowieść o spojrzeniu na zabawę z dwóch perspektyw – dorosłego i dziecka. Całość domyka mega oniryczny finał, który stał się dla mnie bardziej gorzki, niż chyba było to planowane.

W pierwszym segmencie za pomocą obrazu z kamery wyświetlonego nad sceną obserwujemy historię zaczerpniętą z „Króla Maciusia Pierwszego” Korczaka. Wszystko odgrywane jest w kolorowej, szmaciano-kocowej scenografii Marty Szypulskiej i jest naprawdę fajnie przemyślane; poprowadzone w estetyce typowej zabawy dziecięcej z przesadą i emfazą, niczym w najbardziej tripowych odcinkach „Lippy and Messy”. Do tego kostiumy (zrobione z przypadkowych rzeczy, które można znaleźć w domu) potęgują wrażenie obserwowania procesu wymyślania sobie zajęcia przez małoletnich. Jednak w pewnym momencie całość karuzeli uśmiechu się zatrzymuje i młode aktorki mówią: stop – przecież tak nie wygląda prawdziwa zabawa. To otwarło mi oczy na fakt, że obserwowałem jakąś formę mimikry, wizji dorosłego na temat tego, jak wygląda zabawa dzieci; wizji, która nie ma przecież nic wspólnego z rzeczywistością. To oczywiste, że dorosła reżyserka bazuje na swoich wspomnieniach, a od kiedy była mała, świat poszedł do przodu.

Dlatego Samara Hersch odważnie postanawia oddać głos młodym bohaterkom „Power Play” i w drugiej części tego scenicznego eksperymentu na kwadrans oddaje scenę dzieciom i odwraca porządki – dorośli aktorzy muszą ich słuchać i wykonywać ich propozycje scenicznych akcji. Naprawdę fantastycznie zabawna sekwencja, pokazująca, czym tak naprawdę może być niczym nieskrępowana zabawa, wyjęta poza ramy sztywnego widzenia dziecięcych figli jako siedzenia w bazie z koców z garnkiem na głowie. Klara Olszewska jako prowodyrka dzieci pięknie pomiata dorosłymi na scenie, wspólnie z koleżankami wybierając coraz bardziej absurdalne propozycje: jak na przykład oprowadzanie po swoim warzywniaku, ale na smutno; chodzenie, ale ciągłe potykanie się o swoje nogi, czy też moje ulubione, gdy Monika Frajczyk miała udawać influencerkę, która nie ma czasu na spotkanie ze swoim fanem i dawanie autografów.

Finalnie po zakończonej zabawie wszyscy idą spać i w tej onirycznej przestrzeni pustyni śpią sobie na wydmach, opowiadają, o czym śnią albo, jak w przypadku Tomka Tyndyka, czemu zasnąć nie mogą (przytłoczony problemami dorosłości i strachem). Całościowo okazuje się, że dorośli śnią o swoistym powrocie do czasu młodości, a dzieci o byciu dorosłym; każdy pragnie tego, czego nie ma, i w zasadzie nie wie, jakie konsekwencje wiązałyby się z osiągnięciem swojego snu. Sen Dobromira Dymeckiego jednocześnie jest pewnego rodzaju zarysowaniem kręgu życia: w czasie dorosłości, na starość, osuwamy się ponownie w zdziecięcenie i wracamy do swoistej matni bycia nieskrępowanym już niczym.

Co warto zaznaczyć, jest to chyba jeden z niewielu spektakli, w których grają dzieci i wychodzą na tym z godnością i bez wstydu. Swoją naturalnością i czystą radością zapełniają scenę i tworzą fantastyczną synergię z aktorami profesjonalnymi, co daje naprawdę przyjemną do oglądania grupę dzieci: tych dorosłych i tych prawdziwych, które po prostu dobrze się bawią.

„Power Play” w reżyserii Samary Hersch z TR Warszawa wzbudziło we mnie nieukrywane wzruszenie i ukłucie nostalgii, nie tylko dlatego, że to spektakl dla dzieci (czy też młodzieży – no offence), który traktuje odbiorców na poważnie i z szacunkiem, nie stara się niczego uprościć i tłumaczyć na siłę. Mnie jako dorosłego wprowadził w kilku momentach w nie do końca komfortowy moment uświadomienia sobie, co straciłem, nie tylko w kwestii dzieciństwa, które, jak wiadomo, nie wróci, ale też właśnie tej iskry fantazji, którą można i wręcz powinno się w sobie pielęgnować. Takiej iskierki, która umarła we mnie w ciągu tej nieskończonej pogoni za dedlajnami w pracy, a poza pracą – za kolejnymi spektaklami do zobaczenia. Straciłem pewien pierwiastek naiwnej spontaniczności, która pozwalałaby mi po prostu siąść i zrobić sobie namiot z koców, a w nim herbatę i wycinanki. Spektakl TR Warszawa dzięki takiej perspektywie jest kierowany nie tylko do dzieci, jako opowieść o oddaniu im sterów i pokazaniu, że zabawa jest i powinna się dziać na ich zasadach i nie ma co spieszyć się do bycia dorosłym, ale także właśnie dla takich starych dziadów jak ja. Może to być zimny prysznic otwierający oczy na stratę, która stała się tylko i wyłącznie z powodu mojej własnej, głupiej nieuwagi. Naprawdę piękny i poruszający projekt – pozdrawiam z mojego fortu z poduszek, kochani.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

26.09.2026

Sprawdź także