„Dobry Wieczór Kawalerski czyli na drugą nóżkę” Doroty Truskolaskiej-Alibert w reż. Piotra Nowaka z Agencji Teatralnej Przemysław Galant w Scenie Relax w Warszawie. Pisze Robert Trębicki w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (7/10) – dobry
Młody (Marcin Rogacewicz) wkrótce się żeni, więc staropolskim zwyczajem wyprawia dla najbliższych kumpli wieczór kawalerski. Powolutku zjawiają się goście – choć może „goście” to za dużo powiedziane – raczej uczestnicy tej sympatycznej imprezy: Stylowy Alu (Waldemar Błaszczyk), sportowiec i znawca niszowego kina z najdalszych rejonów świata; Kukuł (Andrzej Deskur), fachowiec od ptasich obyczajów i najlepszy zaopatrzeniowiec; Wołek (Bartłomiej Nowosielski) – po prostu pantoflarz. Wszyscy znają kobiety jak własną kieszeń, więc wypowiadają życiowe mądrości, a przede wszystkim serwują rady dla przyszłego nowożeńca – co i jak powinien robić z młodą małżonką.
Butelki wódki szybko pustoszeją, robi się coraz bardziej wesoło, a gdy zjawia się – omyłkowo zaproszona – „dziewczyna do tańca”, czyli striptizer o imieniu Miki (Piotr Nowak), który chętnie dzieli się z chłopakami relacjami z obsługiwanych wieczorów panieńskich, impreza nabiera tempa – intelektualnego i poznawczego. Morze alkoholu ubywa, pomysłów przybywa, dobre rady fruwają w powietrzu. Jest zajebiście…
Powiem szczerze: nie spodziewałem się, że spektakl mnie tak wciągnie, że tak dobrze będę się na nim bawił. Sztuka nie oferuje żadnych błyskotliwych doznań filozoficznych, więc cóż zabawnego może być w pięciu coraz bardziej pijanych facetach, coraz bardziej świntuszących, potykających się o własne nogi, wygłaszających kompletne życiowe brednie, by w końcu paść – w samych slipach i krawacie – na podłodze, w objęciach równie roznegliżowanego współtowarzysza mocno zakrapianej imprezy?
Własne wspomnienia z takich wieczorów? Długie powroty i ciężkie kace, urwane filmy i debilne pomysły na zrobienie draki? Tak – to wszystko w tym spektaklu jest. Bawi się publiczność, radość mają aktorzy. Ba – jestem wręcz pewien, że kilku tekstów w ogóle nie ma w scenariuszu.
Aktorsko jest rewelacyjnie. Te nagłe zaśnięcia, rześkie przebudzenia, kłopoty z utrzymaniem równowagi czy czytelnością mowy – naprawdę jest na co popatrzeć. Spore wrażenie wywarł na mnie Piotr Nowak, który od momentu wejścia właściwie przejmuje scenę. Bawi, śmieszy, pilnuje tempa akcji, a jego historia o górniku z Elbląga, któremu śmierdziały stopy, to komediowy majstersztyk. W sukurs przychodzi mu Waldemar Błaszczyk, który – niczym wodzirej – wyznacza tempo kolejnych toastów i podrzuca tematy coraz bardziej absurdalnych dyskusji. Andrzej Deskur opowiada, jak wyglądałoby to wszystko w świecie ptaków, a udręczony życiem Bartłomiej Nowosielski coraz bardziej niechętnie odbiera telefony od natrętnej żony, wymyślając niestworzone miejsca i sytuacje, w których rzekomo się znalazł, przez co nie jest w stanie do niej przyjechać. Wszyscy grają z absolutną powagą i podporządkowaniem rytmowi chwili – i to działa.
Pozostaje pytanie: czy to naprawdę chodziło o odprowadzenie kolegi w stan małżeński, czy raczej była to po prostu kolejna okazja do nieskrępowanej celebracji? Bo alkohol jest tu nie tylko rekwizytem, lecz jednym z głównych motorów scenicznej rzeczywistości.