„Nerwica natręctw” Laurenta Baffie w reż. Artura Barcisia Teatru Gudejko w ramach projektu „Teatralne Lato na szóstym piętrze”. Pisze Robert Trębicki.
Akcja spektaklu dzieje się w poczekalni u wybitnego, światowej sławy lekarza psychiatry. Zjawiają się tam pacjenci obarczeni przeróżnymi obsesjami i lękami: od arytmomanii, czyli przymusu przeliczania wszystkiego, przez lęk przed bakteriami, aż po tiki i objawy zespołu Tourette’a. Gdy pan doktor utknie w samolocie i nie dotrze na umówione wizyty, oczekującym pacjentom puszczają resztki i tak już nadwątlonych nerwów. Zamiast czekać z założonymi rękami, tworzą zaimprowizowaną grupę wsparcia. Zaczyna się amatorska psychoterapia, a śmiech miesza się z refleksją nad tym, czy ktoś tu właściwie jest normalny.
Obsada daje koncertowy popis, a na pierwszy plan wysuwają się absolutnie genialne kreacje. Jowita Budnik i Zdzisław Wardejn tworzą na scenie duet wybitny – ich wyczucie komediowego timingu, naturalność i sceniczna prawda budzą czysty podziw. Wardejn, ze swoim dostojeństwem, uroczymi przekleństwami i komizmem sytuacyjnym, rozbraja bez pudła, a Budnik, znakomicie wykorzystująca swoją fizyczność, trafia w punkt każdą reakcją i każdą emocją.
Nie ustępują im grająca jak natchniona Katarzyna Herman oraz sam Artur Barciś – oboje z ogromną brawurą wyciągają ze swoich postaci maksymalne dawki absurdu, humoru i ironii. Do tego dochodzi bardzo dobry, świeży i dynamiczny udział Damiana Kulca oraz Diany Krupy, którzy świetnie dopełniają ten zwariowany psychiatryczny pasjans, nie dając się zepchnąć w tło.
Reżyseria Artura Barcisia trzyma ten sceniczny pociąg w ryzach od początku do końca. Scenografia jest prosta, ale idealnie oddaje klaustrofobiczny klimat lekarskiej poczekalni, w której nie ma ucieczki przed sąsiadem z fotela obok. Siłą tej realizacji są tekst i tempo.
Reżyser nie zanudza widza moralizatorstwem, lecz pozwala aktorom grać spojrzeniem, gestem i słowem. Świadomie wykorzystuje ich fizyczność: po pierwsze, trafnie dobiera aktorów do postaci, po drugie – pozwala im grać i samemu, raz dyskretnie, raz w rubaszny sposób, korzystać z reżyserskiej „władzy” i wchodzić w bliższą zażyłość z widzem.
Sytuacje wydają się wręcz absurdalne, ale podane są z taką empatią i ciepłem, że zamiast drwić z bohaterów i ich przypadłości, śmiejemy się z ludzkiej kondycji w ogóle. Kibicujemy im przy tym w drodze do pokonania dręczących ich chorób i tytułowych natręctw.
To wspaniały wieczór dla każdego, kto chce po prostu dobrze i mądrze się bawić. Uśmiech nie schodzi z ust, a przepona dostaje porcję solidnego masażu.
Polecam.