Logo
Recenzje

Bal na jednego aktora

2.10.2026, 15:26 Wersja do druku

„Bal w operze” Juliana Tuwima w reż. Artura Barcisia w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

To nie będzie tekst długi. Nie dlatego, że o „Balu w operze” w Teatrze Polonia nie warto pisać. Dlatego, że to trzeba zobaczyć. I usłyszeć. Bo żadne słowa nie oddadzą energii, pasji i aktorskiej wirtuozerii Artura Barcisia interpretującego tuwimowe dzieło w monodramie uświetniającym jubileusz siedemdziesiątych urodzin aktora. Dla porządku jednak, słów kilka nakreślę.

Julian Tuwim napisał słynny katastroficzny poemat w 1936 roku, w momencie szczególnym, dobrze wyczuwając zmieniające się nastroje społeczne oraz uderzając ostrzem satyry w elity zaślepione władzą, pieniądzem i panoszącymi się ideologiami. Wizja wielkich tego świata, którzy, bawiąc się przy dźwiękach orkiestry, zmierzają ku samozagładzie, była proroczą zapowiedzią nieodległej przyszłości. Groteskowym widowiskiem, które dekonstruując rzeczywistość ukazywało mechanizmy rządzące zepsuciem ówczesnej wierchuszki. Oj, nie spodobała się ta zjadliwie upolityczniona poetycka krytyka możnym II RP. 

Najgorsze, że czasy mamy już inne, a problemy władzy pozostały jakby te same. Omijanie kolejek w szpitalach, saloniki VIP, ośmiorniczki czy inne Pegasusy – rządzący wciąż chętnie korzystają z uprzywilejowania, opierając się na brzęczącej monecie, szerząc dokoła propagandę sukcesu i pogłębiając społeczne podziały w politycznym teatrze uprawianym na Wiejskiej. Szczując i wbijając do głów jedynie słuszne, bo własne racje przesłaniające ludziom rozsądek i odbierające logiczne myślenie. A wszystko to w czasie, gdy na Wschodzie zbierają się czarne chmury. Dlatego „Bal w operze” trafia dziś ponownie z wielką mocą.

Spełniając swe sceniczne marzenie, Artur Barciś postanowił zmierzyć się z tekstem Tuwima w solowej potyczce. Wyzwanie to nieliche, bo rozpędzony furią poety tekst zmienia rytmy w szalonym korowodzie. To przyspiesza, to zwalnia tempo, żonglując językiem z prawdziwie tuwimowską słowotwórczą maestrią. Piętrzy anafory i ekspresyjne enumeracje, bije w twarz groteską, za chwilę pogrąża w otchłani dramatu, by znów przeskoczyć płynnie w komediowe tony. Dramaturgię buduje w nagłych zmianach tempa i nieustająco pulsującym, rozedrganym rytmie języka naszpikowanego elegancką polszczyzną twórczo przeplataną brutalnym żargonem ulicy i głupotą prasowych komentarzy zamkniętych w słowie „ideolo”. Barciś-aktor brawurowo okiełznał językową materię, ale to w końcu teatr, a nie wieczór poetycki. I tu w sukurs przyszedł mu Barciś-reżyser. Jak bal, to bal. Na sto fajerek.

Muzyczne konotacje i struktura „Balu  w operze” prosiły się o muzyczną oprawę. O to, by słowa podbite zostały melodią, by wybrzmiały w akustycznej ciszy, by mieniąc się kolorytem znaczeń, odczytywane były przez współczesnego widza bez mrugnięcia okiem dzięki emocjom zawartym w ilustracji dźwiękowej. Jerzy Satanowski stworzył muzykę idealnie skomponowaną z frazą Tuwima, dał oparcie słowu, uwypuklając sens i wymowę wiersza, dał też oddech Barcisiowi-aktorowi, by w ferworze dziko-kabaretowego uniesienia znalazł miejsce na chwilę odpoczynku. Ale muzyka i słowo to nie wszystko. Jest jeszcze związany z nimi sceniczny ruch, gesty, mimika, wymachy, uderzenia, przysiady. Anna Iberszer wspomagała tworzenie choreografii w oparciu o scenografię Wojtka Stefaniaka. A ten postawił na skomplikowaną prostotę. Prostotę, bo to ledwie metalowy podest ze schodami pośrodku, z rurą do zjazdu z jednej i drabinką do wspinania z drugiej strony. Z klatkami na teatralne lalki, okratowanymi siatką drzwiami, obracany, to prawda, wciąż proste? Skomplikowanie konstrukcji wychodzi na jaw, gdy dodamy do niej Barcisia-aktora. Strzelającego tekstem jak z karabinu, pilnującego między frazami efektów dźwiękowych i melodii, sekwencji gestów i ruchu, a nadto biegającego w tę i nazad po stromych schodach, balansującego na balustradach, wiszącego niemal w powietrzu na skromnej drabince… Artur Barciś imponuje fizyczną formą, koordynacją i kondycją – jakby wiek dodał mu skrzydeł, a Tuwim dodatkowo uwznioślił. Całości zespolonego w jeden monolit teatralnego widowiska dopełniają zgrane ze scenicznymi emocjami światła Waldemara Zatorskiego i będące bohaterem tła metaforyczne wizualizacje Franciszka Barcisia z poetycką swadą ilustrujące poszczególne części wiersza. W tekst wpleciono nadto złowieszczo brzmiące wypowiedzi natchnionych ideologicznie liderów tamtych i obecnych czasów – Trumpa, Hitlera, Dudy… I obejmujący spektakl klamrą fragment Apokalipsy św. Jana odczytany głosem Krystyny Czubówny.

A przecież to nie wszystko. Jest jeszcze postać aktora i kostium. Artur Barciś wciela się w upiornego mistrza ceremonii, zdehumanizowanego klauna z filmowego „Kabaretu”, przywołując tym samym atmosferę moralnej dekadencji i hulaszczej rozrywki towarzyszącej ucieczce przed zbliżającym się kryzysem. Zuzanna Markiewicz dodała także sznytu międzywojnia scenicznym lalkom, ubierając je w smoking, frak czy krwistoczerwoną suknię z lat dwudziestych. Owe bezduszne puste postaci to jedyni towarzysze Barcisia-aktora. Klauna, który wraz z upływem balu zauważa swą przedmiotowość, przerażająco zaciskając pętlę na szyi rozwiązaną muchą. Który w geście sprzeciwu zrzuca maskę, by ukazać prawdę o gnijącej moralności człowieka – zauroczonego przepychem i blichtrem władzy, wyznającego kult pieniądza i ostentacyjnej konsumpcji, całkowicie zobojętniałego na cierpienie innych i zbliżające się zagrożenie. Ostatni koncert, ostatni taniec, apokaliptyczny bal zakłamania, egoizmu i ludzkiej pazerności. Ideolo.

Monodram Artura Barcisia w Polonii to spektakl kompletny. Zharmonizowany w najdrobniejszych detalach. Związany rytmem i emocjami. Gdzie tuwimowy gejzer słów trwoży, hula i małpuje na równi z ekspresją aktora, zestrojony muzyką, ciszą, obrazem, światłem i choreografią. Gdzie nic nie dzieje się przez przypadek, gdzie każdy element jest na swoim miejscu, a jeden bez drugiego nie istnieje. Spoiwem jest aktor – Artur Barciś hipnotyzuje, czaruje, fascynuje i… przeraża. Snując katastroficzną wizję przyszłości, ostrzega przed światem nienawistnych ideologii opartych na ksenofobii i pogardzie. Przed hulaszczą zabawą oderwanych od rzeczywistości elit. Przed zaślepieniem żądzą pieniądza. Przed powtórką koszmaru wojny.

Przy całym zachwycie nad kunsztem barcisiowego „Balu w operze” najważniejsze pozostaje pytanie, co z tym ostrzeżeniem zrobimy.

Tytuł oryginalny

Bal na jednego aktora - "Bal w operze" w Teatrze Polonia, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także