Logo
Magazyn

Aktor też ma prawo mówić. Nawet kiedy nie gra

10.08.2026, 14:30 Wersja do druku

Czy aktor ma prawo mówić własnym głosem, kiedy schodzi ze sceny? O wolności słowa, prawie artysty do obywatelskiej opinii i o tym, dlaczego aktor nie przestaje być obywatelem tylko dlatego, że jest aktorem. Pisze Wiesław Kowalski.

„Jestem aktorem, mężem, ojcem. Ale w środku zawsze będę obywatelem, bo żyję w Polsce, płacę podatki, mam takie same prawa do wypowiadania swoich opinii jak każdy inny chodzący po tym mieście” – powiedział Mateusz Damięcki, zapytany, dlaczego popularni aktorzy angażują się w polskie sprawy. Właściwie trudno się z tym nie zgodzić. A jednak za każdym razem, kiedy aktor, aktorka, reżyser czy pisarz zabiera głos w sprawach publicznych, pojawia się ktoś, kto przypomina im, gdzie jest ich miejsce. „Niech grają”. „Od polityki są politycy”. „Artysta powinien zajmować się sztuką”. „Nie po to kupuję bilet do teatru, żeby słuchać jego poglądów”. To ciekawe, jak łatwo niektórym przychodzi przyznanie artyście prawa do grania cudzych słów, a jak trudno – prawa do wypowiedzenia własnych.

Aktor może przez dwie godziny mówić ze sceny tekst napisany przez Szekspira, Czechowa, Wyspiańskiego czy współczesnego dramaturga. Może wcielać się w króla, zbrodniarza, księdza, komunistę, liberała, faszystę, idealistę i cynika. Może w imieniu swojej postaci wypowiadać najbardziej kontrowersyjne sądy o świecie. Publiczność nagradza go za to oklaskami. Ale kiedy po zejściu ze sceny powie: „A teraz ja, Mateusz Damięcki, obywatel tego kraju, uważam, że…”, nagle część publiczności przypomina sobie, że przecież jest tylko aktorem. Tylko? To słowo wydaje mi się tutaj kluczowe. „Tylko aktorem” – jakby zawód automatycznie odbierał człowiekowi inne role, które pełni w życiu. Jakby podpisanie umowy z teatrem albo pojawienie się w serialu powodowało utratę obywatelstwa. Jakby aktor, przekraczając próg sceny, zostawiał w garderobie swoje poglądy, doświadczenia, lęki, przekonania i odpowiedzialność za miejsce, w którym żyje. Przecież jest dokładnie odwrotnie. Artysta nie przestaje być obywatelem dlatego, że jest artystą.

Joanna Szczepkowska, Manuela Gretkowska, Maja Ostaszewska, Jacek Poniedziałek, Daniel Olbrychski, Krystyna Janda i wielu innych ludzi kultury przez lata zabierali lub zabierają głos w sprawach publicznych. Jedni robią to częściej, inni rzadziej. Jedni mówią językiem ostrym, inni bardziej powściągliwym. Możemy się z nimi zgadzać albo nie. Możemy uważać ich argumenty za trafne albo całkowicie chybione. Ale dlaczego właściwie mieliby nie mieć prawa mówić? Czy aktor po zakończeniu spektaklu przestaje być obywatelem? Czy pisarka traci prawo do komentowania rzeczywistości w chwili, kiedy opublikuje książkę? Czy reżyser może przez całe życie interpretować rzeczywistość na scenie, ale nie wolno mu powiedzieć, jak ją widzi poza sceną? I wreszcie: kto miałby decydować, kiedy artysta mówi jeszcze jako obywatel, a kiedy „przekracza swoje kompetencje”?

Bo ten argument o „kompetencjach” jest szczególnie osobliwy. Oczywiście aktor nie jest automatycznie ekspertem od gospodarki, konstytucji, geopolityki czy prawa tylko dlatego, że jest znanym aktorem. Tak samo polityk nie staje się automatycznie ekspertem od sztuki dlatego, że został wybrany do parlamentu. Ale obywatel nie musi być ekspertem, żeby mieć poglądy. Ma natomiast obowiązek – tak jak każdy inny – ponosić odpowiedzialność za to, co mówi. Jeśli mówi rzeczy głupie, można mu odpowiedzieć. Jeśli manipuluje, można to wykazać. Jeśli kłamie, można go skorygować. Jeśli wykorzystuje swoją popularność do szerzenia szkodliwych opinii, można jego słowa krytykować. Ale krytyka nie jest tym samym, co kneblowanie.

I tutaj dochodzimy do pewnego paradoksu. Ci sami ludzie, którzy mówią artystom: „Nie mieszajcie się do polityki”, często bardzo chętnie korzystają z ich nazwisk, popularności i społecznego znaczenia, kiedy jest to dla nich wygodne. Chcemy, żeby aktorzy reprezentowali nasz kraj, pojawiali się na festiwalach, promowali kulturę, byli ambasadorami swoich teatrów, filmów i instytucji. Chcemy, żeby ich nazwiska przyciągały widzów. Chcemy ich obecności, kiedy trzeba mówić o kulturze. Ale kiedy mówią o państwie, prawach obywatelskich, wyborach, demokracji czy społecznych podziałach, nagle słyszą: „Jesteś tylko aktorem”. A może problem nie polega na tym, że artyści mówią. Może problem polega na tym, że nie wszyscy lubią to, co mówią.

To zasadnicza różnica. Można przecież powiedzieć: „Nie zgadzam się z Mają Ostaszewską”. Można powiedzieć: „Uważam, że Daniel Olbrychski się myli”. Można polemizować z Krystyną Jandą, Joanną Szczepkowską czy Mateuszem Damięckim. Można napisać felieton, w którym udowadnia się, że ich diagnoza rzeczywistości jest błędna. To wszystko jest częścią debaty publicznej. Znacznie gorzej, kiedy zamiast odpowiedzieć na argument, odpowiada się na zawód: „Nie masz prawa tego mówić, bo jesteś aktorem”. To argument zaskakująco podobny do tego, który brzmi: „Nie jesteś lekarzem, więc nie masz prawa mieć opinii o systemie ochrony zdrowia”. „Nie jesteś nauczycielem, więc nie masz prawa mówić o edukacji”. „Nie jesteś rolnikiem, więc nie wypowiadaj się o rolnictwie”.

Oczywiście, doświadczenie zawodowe ma znaczenie. Wiedza ma znaczenie. Kompetencje mają znaczenie. Ale demokracja nie jest klubem ekspertów, do którego obywatel otrzymuje dostęp po okazaniu odpowiedniego dyplomu. A artysta jest obywatelem. Czasami nawet szczególnie widocznym obywatelem. Ma publiczność, ma zasięgi, jego nazwisko jest rozpoznawalne. To daje mu pewną siłę, ale także nakłada na niego odpowiedzialność. Tak samo jak na dziennikarza, sportowca, profesora czy popularnego influencera.

Można dyskutować o tym, czy artysta powinien angażować się politycznie. To jest bardzo ciekawa dyskusja. Nie można jednak z tego zrobić zasady, że artysta ma mówić wyłącznie cudzym tekstem. Bo czymże byłby wtedy teatr? Przecież teatr od zawsze zajmuje się człowiekiem uwikłanym w swoją epokę. Władzą. Przemocą. Wolnością. Religią. Wojną. Prawem. Nierównościami. Buntem. Odpowiedzialnością. Sumieniem. Państwem. Społeczeństwem. Szekspir nie pisał przecież sztuk w próżni. Wyspiański nie pisał „Wesela” o problemach wyłącznie estetycznych. Brecht nie interesował się jedynie konstrukcją sceny. Gombrowicz nie zajmował się wyłącznie formą literacką. A my mielibyśmy dzisiaj powiedzieć aktorowi: „O polityce możesz mówić tylko wtedy, kiedy tekst sztuki napisany przez kogoś innego ci na to pozwala”? To byłaby dość osobliwa definicja wolności artysty.

Oczywiście artysta może milczeć. Ma do tego pełne prawo. Tak samo jak ma prawo mówić. I może być przy tym aktorem, ojcem, matką, mężem, żoną, sąsiadem, podatnikiem, wyborcą, mieszkańcem konkretnego miasta i obywatelem konkretnego państwa. Te role się nie wykluczają. Przeciwnie – wszystkie tworzą człowieka, który ostatecznie wychodzi na scenę. W przywołanej wypowiedzi Damięcki powiedział również: „Nie czuję się aktywistą, tylko po prostu obywatelem”. To zdanie wydaje mi się ważniejsze niż cała awantura o to, czy aktorzy powinni angażować się w politykę. Bo może nie chodzi wcale o „angażowanie się artystów”. Może chodzi o coś prostszego: o prawo obywatela do zabrania głosu.

Damięcki nie powiedział przecież: „Ponieważ jestem aktorem, wiem najlepiej”. Powiedział coś znacznie bardziej podstawowego: „Jestem obywatelem”. I tego prawa nie daje mu popularność. Nie daje mu go również zawód. Nie daje mu go liczba obserwujących w mediach społecznościowych. To prawo ma dlatego, że jest człowiekiem i obywatelem. Tak samo jak każdy z nas.

Możemy więc nie lubić poglądów artystów. Możemy uważać ich wypowiedzi za naiwne, przesadne, niesprawiedliwe albo zwyczajnie błędne. Możemy z nimi polemizować. Możemy nawet przestać chodzić na ich spektakle czy oglądać ich filmy – choć byłbym ostrożny z takim mieszaniem porządków. Ale nie mówmy im, że mają milczeć dlatego, że są aktorami. Bo jeżeli zaczniemy ustalać, którym obywatelom wolno mówić, a którym nie, bardzo szybko okaże się, że problem nie dotyczy już artystów. Dotyczy nas wszystkich.

A przecież scena jest właśnie miejscem, z którego od wieków padają pytania, których władza, obyczaj i większość wolałyby czasem nie słyszeć. Dlaczego więc aktor miałby milczeć po zejściu ze sceny? Przecież wtedy dopiero zaczyna mówić własnym głosem.

Źródło:

Materiał nadesłany

Wątki tematyczne

Sprawdź także